Jeśli wydaje wam się, że tegoroczna przygoda polskich drużyn w pucharach była dość żenującym pokazem bezradności, to dzisiejsza kartka z kalendarza powinna trochę zmienić waszą optykę. W sumie żadne odkrycie – bywało znacznie gorzej. Dziś wspominamy wydarzenie z dwóch względów szczególne. Ostatni mecz fazy grupowej Ligi Europy w sezonie 2013/14, który Legia rozegrała na Cyprze z Apollonem Limassol.
Po pierwsze, warszawska drużyna walczyła o to, by nie być najgorszą ekipą w HISTORII rozgrywek. Pięć pierwszych spotkań zespołu Jana Urbana w grupie zawsze kończyło się podobnie – Legia nie strzelała bramki, rywalom ta sztuka się udawała. Dwa razy legioniści zebrali oklep od Trabzonsporu, dwa razy ulegli Lazio, raz – u siebie – wspomnianej ekipie z Cypru. Do ostatniego spotkania przystępowali więc bez punktu oraz bez gola w rozgrywkach, no i z realną groźbą zapisania wstydliwej karty w historii.
Ostatecznie udało się wywinąć. Brzyski posłał z rzutu rożnego świetną piłkę na głowę Jodłowca, a później sam zamienił na bramkę rzut wolny. Warto to sobie przypomnieć, bo dziś lewy obrońca Legii rzadko powtarza takie zagrania.
Niesmak po tak tragicznym występie w Europie pozostał, jednak honor udało się uratować.
Ale, ale, ale…
Jeśli rzuciliście okiem na skrót, zobaczyliście spięcie Bartosza Bereszyńskiego z jednym z rywali, po którym Polak wyleciał z boiska z czerwoną kartką. To za to upomnienie prawy obrońca musiał odcierpieć swoje w kolejnej edycji, czego warszawski klub dopilnować nie potrafił… Cała heca z Celtikiem – zakończona walkowerem – zaczęła się właśnie tego dnia.
Życia nie oszukasz. Liczba kompromitacji najwidoczniej musi się zgadzać.