– Nigdy w życiu nie dałem szczerego wywiadu. Robiąc film, mam nadzieję, że uda się powiedzieć całą prawdę o sobie, nie krzywdząc innych ludzi – zapowiedział Wojciech Szczęsny na samym początku swojego dokumentu. Z produkcji „Szczęsny”, stworzonej na zlecenie Amazon Prime, nie wyłania się obraz człowieka, który przez całą karierę był nieszczery. Wręcz przeciwnie. Obejrzeliśmy film przyjemny, ale niezaskakujący.
Na dokument o bramkarzu Barcelony czekałem znacznie bardziej niż na opowieści o losach Roberta Lewandowskiego czy Kuby Błaszczykowskiego, jakie pojawiły się w ostatnich latach. Wiadomo było, że o pierwszym powstanie laurka, a historia drugiego – choć niezwykle mocna – została już opowiedziana wiele razy. Szczęsny to inna para kaloszy. Stoi za nim pewna tajemnica. To piłkarz o niespotykanej mentalności. Zdystansowany, wyluzowany, człowiek z krwi i kości. Jego historia to materiał na wybitną biografię, która opowiada o spełnionej karierze, ale jednocześnie nie jest cukierkowa.
Seans kończę z lekkim rozczarowaniem. Dokument jest grzeczny, bezpieczny, przyjazny. Miało wyjść ładnie – i wyszło.
Tylko czy o to chodzi w dokumentach?
„Szczęsny”. Recenzja filmu Amazon Prime
To nie oznacza jednocześnie, że to typowy słodko-pierdzący film. Nie, ma on swoje mocne momenty. Tym najcięższym jest opowieść o relacji z ojcem, którą dostajemy na samym początku seansu. Maciej Szczęsny wychodzi na toksycznego przemocowca, który najpierw zostawia rodzinę cztery miesiące po ślubie, gdy Wojtek ma dwa miesiące, a później – pewnie nieświadomie i motywowany pokrętnie pojmowaną troską – wyżywa się na synu, co wielu nazwałoby zimnym chowem czy wychowaniem twardą ręką.
Sam Wojtek nie uważa jednak, że ostre metody ojca w czymkolwiek mu pomogły. To nie jest podobna historia do Andre Agassiego, który znienawidził surowego ojca, ale jednocześnie jego dyktatorskie zapędy doprowadziły go na szczyt. Szczęsny zrobił karierę nie dzięki ojcu, a mimo niego. Zawdzięcza mu jedynie zarażenie pasją do piłki. Jan, starszy brat Wojciecha, wyznaje, że ich pasja do piłki zaczęła się w momencie, gdy zdali sobie sprawę, że ich tata nie jest zwykłym tatą.
Ale to tyle, jeśli chodzi o ciepłe słowa pod adresem ojca. Bramkarz Barcelony wyznaje, że w tej relacji towarzyszył mu ciągły strach. Zdradza, że ojciec „czasami karał mocnym laniem po dupie”. Pewnego razu, po długim czasie bez jakiegokolwiek kontaktu, napisał do niego SMS, informując, że potrzebuje rozmowy, bo poznał kobietę swojego życia. Maciej oddzwonił. Opowiadał przez 1,5h, że potrzebuje pieniędzy na prawników i nowy samochód, ale nie zapytał, co to właściwie za dziewczyna.
Pieprzu dodaje opiekunka Wojtka z Londynu, pod której skrzydła trafił po transferze do Arsenalu w wieku szesnastu lat. Wspomina, że oglądała mecz wraz z Maciejem Szczęsnym. „Genialnie to obronił”, zagadała do niego po jednej z interwencji Wojtka. Ojciec na to, że niezupełnie, bo upuścił piłkę. „Zanim to zrobił, obronił”, odparła opiekunka. „Ale jednak upuścił piłkę”. Z jej opowieści wyłania się obraz człowieka, który najbardziej na świecie potrafi krytykować.
Maciej jawi się tu jako człowiek, który właśnie tak wyobraża sobie rolę ojca. Z dumą opowiada, jak rugał synów za to, że nie chodzą po domu w kapciach. Jego wypowiedzi są wręcz demoniczne. O rozmowie telefonicznej z Wojtkiem – tej o prawnikach i samochodzie, ale nie o Marinie – opowiada przy użyciu precyzyjnych danych. Podaje co do minuty, ile trwała i o której godzinie się odbyła. Z pewnością siebie w głosie twierdzi, że miał relację z synem, gdy ten nie był milionerem, a nie ma jej od momentu, gdy tym milionerem się stał.
W dokumencie przypomniane są wpisy, jakimi Maciej recenzował Arsene’a Wengera, który odstawił bramkarza od składu. „Pan Wenger nie zalicza się do osób lojalnych. Nie zawsze dotrzymuje słowa i jest do końca szczery. Natomiast bardzo chętnie twierdzi, że na klapach jego marynarki jest popiół z czyjegoś papierosa podczas, gdy w rzeczywistości to jego własny łupież”, publikował na swoim blogu. „Nie odzywałem się do niego od ponad dwóch lat i jak każdy mam dosyć jego idiotycznych komentarzy na temat klubu i menedżera, którym dużo zawdzięczam”, odpowiedział na to Wojciech, odcinając się od słów swojego ojca, który w ten rozpaczliwy sposób mógł walczyć o uwagę syna. Po oczach biją słowa Wojtka o tym, że jego rodzina jest dziś pełna. Nie ma w niej ojca, ale tak ma być, wszyscy są w komplecie.
W efekcie otrzymujemy fatalny obraz człowieka, który, mimo upływu lat, nie jest skłonny do autorefleksji. To jedyny czarny charakter tego filmu. A przecież Szczęsny mógł odczuwać też żal do Arsene’a Wengera – też ukazanego w roli ojca, ale tego piłkarskiego – który dwa razy wysłał go na wypożyczenie do AS Roma, skąd Polak wracał po świetnych sezonach i z nadziejami, lecz Francuz szybko pozbawiał go złudzeń. Z nim Szczęsny też nie rozmawiał tyle, co z ojcem. Przynajmniej do momentu, w którym Amazon Prime zabrał się za film.
Mało piłki w piłce
Wokół relacji Szczęsnego z Wengerem unosi się aura wdzięczności. Bramkarz nie ma żalu, ale chce zrozumieć po latach motywacje „bossa”. Przyznaje mu rację, gdy ten zdradza, że powodem nagłej rezygnacji było to, że Polak poczuł się w Arsenalu zbyt komfortowo. W końcu został odstawiony po tym jak po dwóch babolach został przyłapany na papierosie. Choćby Szczęsny stawał w Rzymie na głowie, nie mógł zatrzeć złego wrażenia. Klub z Londynu ma w tym dokumencie niezwykle istotną rolę. Widz ma poczucie, że w sercu Wojtka zajmuje tylko trochę mniej miejsca niż rodzina. I że bramkarz może nie kocha piłki nożnej, ale kocha Arsenal.
Fani futbolu będą zawiedzeni, bo piłka nie wybija się w tej produkcji na pierwszy plan. Wiele istotnych wątków nie doczekało się nawet krótkiej wzmianki. Nie widzimy nic o Euro 2016, rywalizacji z Łukaszem Fabiańskim, mundialu w Rosji czy Euro 2020. Nie wypowiada się żaden selekcjoner. Reprezentacyjna historia zaczyna się od czerwonej kartki w meczu z Grecją na Narodowym, przechodzi do fenomenalnych interwencji w Katarze i… na tym się kończy.
Identyczną wagę, co cała przygoda z kadrą, miała dla producentów opowieść o tym, jak Szczęsny poderwał swoją żonę (i nie, to nie hiperbola). Robert Lewandowski pojawił się na ekranie tylko raz – z wypowiedzią, która została wciśniętą na siłę. Od kapitana kadry dowiadujemy się, że Szczęsnemu nie było łatwo po przeprowadzce do Londynu. Naprawdę to jest najważniejsza rzecz, jaką najwybitniejszy napastnik w polskiej piłce ma do powiedzenia najwybitniejszemu bramkarzowi?
Nie ma nic o Ronaldo, z którym Szczęsny grał, niewiele jest o Barcelonie, piłkarskie apetyty ratuje niesamowita aura Gianluigiego Buffona. Nie ma tu szatniowych anegdot, są za to rodzinne, ciepłe emocje, gdy Wojciech i Marina wpuszczają widzów do swojego domu. Relacja bramkarza z synem Liamem stanowi mocny kontrast do tego, jak ten traktowany był przez własnego ojca. Wiele mówi scenka, w której 84-krotny reprezentant uczy Liama gry w golfa. Podchodzi do niego z troską, najpierw chwali, a potem delikatnie zwraca uwagę na drobny błąd techniczny, by po udanym uderzeniu wspierająco pogratulować i przybić piątkę.
Sam Szczęsny wypada w tej produkcji bardzo dobrze. I jako postać, i jako narrator, bo to właśnie bramkarz we własnej osobie prowadzi nas przez cały film. Urocze są jego opowieści o udawanej pewności siebie, która towarzyszyła mu przez całą młodość. Albo historia o tym, że gdy pierwszy raz zadzwonił do Mariny, brzmiał tak oficjalnie, że ta wzięła go za jakiegoś agenta. Interesujące – zwłaszcza wiedząc, jak się potoczyło życie – były też rozterki bramkarza chwilę po przejściu na emeryturę.
Szczęsny nie wiedział, jak się odnaleźć. Szukał codziennej rutyny, która miałaby utrzymać go w ryzach. Dzielił się swoimi wątpliwościami co do podjętej decyzji, znudzony leżał na kanapie i oglądał mecz Arsenalu. Dokument nagrywany był właśnie pomiędzy przejściem na emeryturę i wznowieniem kariery po niespodziewanej ofercie z Barcelony. Ta historia spadła twórcom jak z nieba, ale nie mam wrażenia, że została wykorzystana.
To dokument, z którego równie zadowoleni, co fani Weszło, będą czytelnicy Pudelka. A może nawet bardziej ci drudzy. A już na pewno zadowolony z niego będzie sam tytułowy bohater. „Szczęsny” jest efektownie zrobiony, sprawnie opowiedziany, a z ekranu wylewa się ciepło domowe. To kino familijne, a nie pełnokrwisty dokument o jednej z najbardziej nieoczywistych polskich karier. Nie jest to Wojciech, który – tak jak w zapowiedzi na początku filmu – pokazuje nam swoją nieznaną dotąd twarz. Może mówi trochę bardziej otwarcie, ale nie jest to żadna zaskakująca spowiedź. Ładnie zostało opowiedziane to, co już wiedzieliśmy. Obok wątku z ojcem nie można przejść obojętnie, ale cała reszta rozczarowuje.
Ocena: 6,5 / 10
JAKUB BIAŁEK
WIĘCEJ O REPREZENTACJI POLSKI:
- Kulesza: Drogie bilety? Są koncerty, za które płaci się 1000 złotych
- Selekcja negatywna. Jej twarzą Krzysztof Piątek
- 190 zł za mecz rezerw reprezentacji Polski. Nie za dużo?
Fot. Newspix.pl