Nowy rok, ale Polacy dalej tacy sami. W Ga-Pa skakaliśmy beznadziejnie

Sebastian Warzecha

01 stycznia 2025, 16:22 • 4 min czytania 35

Reklama
Nowy rok, ale Polacy dalej tacy sami. W Ga-Pa skakaliśmy beznadziejnie

Każdy kolejny konkurs Pucharu Świata w trwającym sezonie sprawia, że mamy wobec naszych zawodników mniejsze oczekiwania. Raz, że skaczą słabo. A dwa – zupełnie nieprzewidywalnie. Ot, raz któryś skoczy daleko, żeby w następnej serii skok całkowicie zawalić. Opcjonalnie otrzyma dyskwalifikację. Dziś mieliśmy właściwie całe bingo, a honor Biało-Czerwonych w jakimś stopniu uratował jedynie Paweł Wąsek. 

Reklama

Oczekiwania przed zawodami w Garmisch-Partenkirchen? Naprawdę niewielkie. Zadowolilibyśmy się czwórką Polaków w drugiej serii, w tym choć jednym walczącym o najlepszą „10” konkursu. Nic wygórowanego, tym bardziej, że jednego Polaka na pewno mieliśmy obejrzeć dwukrotnie – Piotr Żyła i Jakub Wolny wylądowali bowiem w tej samej parze. I dobrze, bo obaj skoczyli tak fatalnie, że gdyby rywalizowali z kimkolwiek innym, nie mieliby szans na wejście do konkursu. A tak w tej rywalizacji rodem z FIS Cupu Piotrek (120 metrów) okazał się lepszy od Kuby (114 metrów).

I jasne, Wolny miał pecha do warunków, dostał sporą rekompensatę (13.9 pkt), ale Paweł Wąsek z wyższą (15.0) potrafił solidnie odlecieć i po skoku na 127 metrów choć minimalnie przegrał w parze z Naokim Nakamurą, to okazał się najlepszym z przegranych i zajął w pierwszej serii 14. miejsce. Czyli solidne, wydaje się zresztą, że to już poziom, na którym Wąsek jest w miarę ustabilizowany. Ciekawe, czy to przypadek, że z kadry dochodzą głosy, że jako jedyny w pełni ufa Thomasowi Thurnbichlerowi…

Zostawiając jednak na boku takie rozważania, dodajmy, że w pierwszej serii skakali też Aleksander Zniszczoł i Dawid Kubacki. Ten pierwszy może przez chwilę mógł liczyć, że wejdzie do konkursu jako szczęśliwy przegrany (choć szanse miał marne), ale niedługo potem przyszła informacja o jego dyskwalifikacji i wszystko się wyjaśniło. Drugi poleciał tak, jak to ostatnio ma w zwyczaju – czyli słabo. Skoczył co prawda 121.5 metra, ale w dobrych warunkach, więc jego nota była niewiele wyższa od tej Wolnego.

A na domiar złego Kubackiemu rekord skoczni (144 metry) zabrał jeszcze Michael Hayboeck, który huknął fenomenalne 145 metrów – ze spokojnym, dobrym lądowaniem! – i to… rywalizując z Polakiem w parze. Symboliczne, choć wolelibyśmy, żeby Dawid jednak tej symbolice pomógł i sam polatał dalej. Ale w tym momencie po prostu nie ma co liczyć na taki obrót wypadków. A co do Hayboecka – mimo takiego skoku nie prowadził po pierwszej serii. Lepszy był jego rodak, Daniel Tschofenig (141.5 metra), który tym samym w wirtualnej klasyfikacji Turnieju wspiął się na pierwsze miejsce, natomiast podium uzupełniał Gregor Deschwanden (138 metrów).

Reklama

Druga seria? Piotr Żyła skoczył lepiej (128.5 metra), ale nie podniósł się o ani jedno miejsce i zakończył zmagania na 29. pozycji. Z kolei Paweł Wąsek wylądował całkiem daleko, skacząc 132.5 metra, ale rywale okazali się jeszcze lepsi, bo zza pleców Polaka zaatakowali Pius Paschke (143.5 m!) czy Halvor Egner Granerud (135 m). W efekcie Polak spadł o dwa miejsca, na 16. pozycję, ale biorąc pod uwagę ogólną degrengoladę naszej kadry – i tak możemy takiemu wynikowi przyklasnąć.

Brzmi smutno? No brzmi. Ale taki mamy aktualnie klimat.

A co działo się z przodu w czasie, gdy Polacy mogli to już oglądać w roli kibiców? Otóż wielkie skakanie. Polatali Pius Paschke (143.5 metra), Stefan Kraft (140.5), Jan Hoerl (142.5), Anze Lanisek czy Gregor Deschwanden (obaj 140.5). Ten ostatni stanął zresztą – po raz kolejny w tym sezonie – na podium. I to nie na jego najniższym stopniu, bo Michael Hayboeck wylądował o trzy metry bliżej od Szwajcara. Utrzymał się jednak na pudle, bo po swoim skoku był drugi.

Na górze został wtedy tylko znakomity w tym sezonie Daniel Tschofenig. I to on stał pomiędzy Deschwandenem a pierwszym zwycięstwem w jego karierze. Nie odpuścił jednak Szwajcarowi. Ba, nie odpuścił nikomu – skoczył fenomenalne 143 metry i zgarnął wszystko: zwycięstwo w konkursie, pozycję lidera Pucharu Świata, którą odebrał Piusowi Paschke (o dwa punkty!), a także prowadzenie w Turnieju Czterech Skoczni. A patrząc na jego dyspozycję wydaje się, że tylko od niego zależy, czy wygra całą tę imprezę.

Reklama

Fot. Newspix

Czytaj też: 

35 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama