Nie kazali długo na siebie czekać. Nie pozwolili rozsiąść się wygodnie w fotelach, nie pozwolili zapiąć pasów, nie pozwoli skupić się nad czymkolwiek innym. To był futbol domagający się uwagi, który w dodatku nie zna słowa: nie. Nie przyjmuje niczyjej odmowy. Zresztą, któż by śmiał spróbować odrzucić zaproszenie do tak pięknej zabawy. Jeśli znalazł się jakiś oporny, niech wie, że stracił coś z życia. Chylimy czoło przed Barceloną, z uznaniem kiwaniem głową przed Juventus. Nie możemy zrobić nic więcej, jedynie podziękować.
Zagrajmy w otwarte karty – nie dowierzaliśmy, gdy Massimiliano Allegri zapowiadał otwarty futbol. Przeciwko Barcelonie?! Przeciwko formacji ofensywnej siejącej zniszczenie?! Przeciwko Messiemu?! To scenariusz, który na kilometr pachniał samobójstwem. Nie była to jednak zasłona dymna, jego ludzie naprawdę poszli na noże z piłkarzami Barcelony. Na palcach jednej ręki policzyć możemy trenerów, którzy w tym sezonie wykazali się podobną odwagą.
Pierwszy sygnał Juventusowi do ataku dał… Javier Mascherano. Dwie nerwowe, jakże niepodobnie do niego, interwencje. Sytuacje bez konsekwencji, ale rozpoczęły wymianę ciosów. Faworyt został delikatnie podrażniony, po czym szybko wyprowadził kontrujący cios. Messi, o nim przed finałem mówiło się najwięcej, to on, nad-piłkarz znajdujący się w życiowej formie, miał poprowadzić Barcelonę do triplete – drugiego w historii w klubu. Nikt nie dokonał tej sztuki wcześniej. Argentyńczyk lubi takie sytuację. Zabawił się w Xaviego, dłuższym podaniem dał sygnał do ataku. Pierwszego, który od razu zmusił Buffona do kapitulacji. Alba-Neymar-Iniesta-Rakitić. 1-0. Mogliśmy padać na kolana.
Długo przytrzymali nas w tej niewygodnej pozycji. Messi swoje kluczowe przy pierwszej bramce podanie powtórzył jeszcze nie raz. Z drugiej strony, Marchisio, Pogba, Morata, Vidal – każdy z apetytem, by skraść ten przepiękny, czerwcowy wieczór. Gdzie indziej należy jednak szukać bohatera Juve. Był nim leciwy gość między słupkami – facet, który nie potrzebuje zwycięstwa w Lidze Mistrzów, by być wielki. To Buffon swoją interwencją po strzale Alvesa dał Juventusowi drugie życie w tym spotkaniu. Najpierw drugie, potem trzecie, czwarte…
To było jedno z tych spotkań, w których przerwa potrzebna była nie tylko piłkarzom i trenerom, ale również kibicom.
Jeśli to właśnie wiara czyni cuda, to dziś w biało-czarnych strojach po boisku biegali tylko i wyłącznie ludzie wierzący bardzo głęboko. Mieli prawo zwątpić, gdy Barca na drugą połowę wyszła z przekonaniem o swojej doskonałości. Zachwianie nim graniczyło właśnie z cudem. Piłkarzom z Turynu się to udało. Nie tylko strzelili wyrównującą bramkę, za sprawą Moraty, który przesłał tym samym pozdrowienia do Madrytu (zagranie pietą Marchisio – dzieło sztuki), ale dalej napierali, jakby ta szansa miała się już nigdy nie powtórzyć.
Barcelona miała jednak Messiego. Nie strzelił dziś bramki, nie zaliczył klasycznej asysty, ale zrobił swoje. Suarezowi po jego rajdzie zostało jedynie dobicie piłki. A całej Barcelonie dobicie rywala. Spróbował Neymar, ale wybaczcie – nie będziemy komentować sposobu, który wybrał na zamknięcie meczu. Szkoda psuć sobie wieczór. Juve brakowało już pary, możemy sobie tylko wyobrazić, ile zdrowia kosztował ich ten mecz. Nieliczne próby, gra na chaos, tego dnia nie chciało udać im się już nic więcej. Bramka Neymara – tym razem prawidłowa – nie miała już większego znaczenia.
Zespół z Turynu na sromotną klęskę skazywany był jeszcze zanim Gianni Infantino zakręcił kulkami, by skojarzyć ze sobą półfinałowe pary. Już w Madrycie Włosi dokonali rzeczy wielkiej, lecz ciągle wielu spoglądało na nich z ukosa – w najlepszym wypadku traktując z przymrużeniem oka, zaś w najgorszym – jak nieproszonego gościa, który uniemożliwił obejrzenie finału marzeń. Zerwijmy z takim myśleniem raz na zawsze, dziś Juve pokazało klasę naprawdę godną Starej Damy. Szacunek za podjęcie walki.
Barca w potrójnej koronie, Lucho kończy sezon jako największy zwycięzca, a Messi już może przestawiać na półce Złote Piłki tak, by zmieściła się na niej kolejna – jeszcze w styczniu brzmiało to jak nieśmieszny żart kibica z innej części Hiszpanii. Czas pokaże, czy uda się powtórzyć wynik Guardioli, dorzucając trzy kolejne trofea. Czy ten wielki projekt okaże się, czymś bardziej trwałym niż ozłocona drużyna z 2009 roku? Zostawmy to.
Dziś pozwólmy świętować. Nie tylko kibicom Barcelony, ale również wszystkim fanom futbolu.