Miała 13 lat, gdy po raz pierwszy porównano ją do Caroline Wozniacki. No bo w sumie do kogo innego – w Danii tylko Caro osiągała na korcie wielkie sukcesy. Jednak Clara Tauson jest zawodniczką inną od byłej liderki rankingu i pokazuje to na korcie od dawna. Już jako 16-latka wygrała juniorskie Australian Open. Szybko zaczęła też imponować wśród seniorek, ale jej rozwój wyhamowały urazy. Teraz – zdrowa, z większą pewnością siebie i po prostu lepsza tenisowo – jest gotowa na wielkie sukcesy. W tym sezonie pokonała już Arynę Sabalenkę. Czy zdoła to zrobić też z Igą Świątek?
Clara Tauson. Dunka wreszcie gra tak, jak od dawna jej wróżono
Witamy w TOP 20. Zasłużenie
W teorii jeszcze nie jest to pewne, ale szansa na to, że wyprzedzą ją dwie zawodniczki – bo w rankingu live jest w tej chwili 19. – jest tak naprawdę minimalna. Stąd w najbliższy poniedziałek Clara Tauson najpewniej zadebiutuje w najlepszej „20” rankingu WTA. I choć ma tylko 22 lata, to będzie to debiut wyczekiwany od dawna, bo że tam się znajdzie – choć do tego jeszcze przejdziemy – prognozowano jej od lat.
W tym sezonie wreszcie pokazała, dlaczego.
I to już w pierwszym turnieju. W Auckland wygrała wszystkie mecze na drodze do finału – w tym niesamowite starcie z Sofią Kenin, zakończone tie-breakiem trzeciego seta, czy mecz z późniejszą mistrzynią Australian Open, Madison Keys – i ostatecznie triumfowała w turnieju. Była w tym wszystkim tylko malutka uwaga – pierwszego seta meczu z Naomi Osaką przegrała, a więcej… nie zagrały. Japonka bowiem była zmuszona skreczować. Ale kontuzje to część gry. Tauson została więc triumfatorką turnieju.
Potem jej wyniki były różne, ale trzymały się na dobrym poziomie. W Australian Open grała jeszcze jako zawodniczka nierozstawiona i miała pecha, bo już w III rundzie trafiła na Arynę Sabalenkę. Przegrała, naturalnie, a Białorusinka doszła do finału. W austriackim Linzu ograła ją Dajana Jastremska, a w Dausze – Elise Mertens, a więc dwie zawodniczki z gatunku „zawsze groźne, bez względu na to, kto jest po drugiej stronie siatki”. Ale potem przyszedł turniej w Dubaju.
A wraz z nim – przełom.
Rebecca Sramkova. Elina Switolina. Aryna Sabalenka. Linda Noskova. Karolina Muchova. Wszystkie te tenisistki uległy Clarze na drodze do finału. W nim Dunka przegrała co prawda z zaliczającą wtedy najlepszy okres w dotychczasowej karierze Mirrą Andriejewą, ale wynik, jaki wykręciła w Emiratach, i tak robił wrażenie. Zwłaszcza ten mecz z Sabalenką, liderką rankingu WTA. Wygrała w nim 6:3, 6:2, właściwie nie dając dojść rywalce do głosu.
– Grałam z nią drugi raz i mam wrażenie, że moje tempo odgrywania piłek jest jeszcze szybsze od jej, choć ona jest oczywiście bardziej regularna. Gramy bardzo podobnie, lubię oglądać jej mecze. Czuję, że dziś dobrze czytałam jej zagrania, szczególnie drugi serwis, z którym miałam sporo problemów w Australii – mówiła. Z miejsca przypomniano też jej słowa, które wypowiedziała wcześniej w tym samym tygodniu – że choć na zewnątrz stara się pokazywać, że nic jej nie rusza, to w środku ma sporo wątpliwości.
Taka wygrana pomogła nabrać pewności siebie.
Turnieje w Ameryce poszły jej jednak słabo, w obu odpadła w swoim drugim meczu. W Indian Wells znów lepsza była Andriejewa, w Miami – Paula Badosa. Sezon gry na kortach ziemnych też był raczej do zapomnienia, widać było, że nie jest to w pełni jej nawierzchnia. Trawa? Przed Wimbledonem też było średnio – w Nottingham w ćwierćfinale pokonała ją… Magda Linette. A w Bad Homburg lepsza była – znowu – Mirra Andriejewa, która na Dunkę ma ewidentnie patent.
Ale prawda jest taka, że turnieje przed Wimbledonem służą głównie temu, by z trawą się obyć na tę najważniejszą imprezę. A na niej Clara już zaimponowała. Jasne, na razie to tylko IV runda – choć to równocześnie wyrównanie jej życiówki ze Szlema – ale w poprzednim meczu w świetnym stylu pokonała Jelenę Rybakinę. Doskonale funkcjonował wówczas jej forehand, śmiało przejmowała inicjatywę i właściwie nie dawała Kazaszce ani chwili oddechu.
Efekt? Wygrana 7:6 (6), 6:3. I mecz z Igą Świątek na horyzoncie.
I kto wie, może wreszcie nawiązanie do tego, co regularnie pisano o niej już dekadę temu w duńskiej prasie – że to nowa Caroline Wozniacki. Przynajmniej pod pewnymi względami.
Ma to po wujku
Pierwszy raz, gdy odbijała piłkę? Miała pięć, może sześć lat. Jej ojciec razem z przyjaciółmi grał mecz debla na pobliskich kortach. Wziął ją, bo tak po prawdzie to nie miał gdzie zostawić córki. Oglądała ich, czekała, a gdy skończyli, sama chciała spróbować pograć. Więc pograła, rakietą po starszej siostrze. Od razu było widać, że ma do tego dryg. Z ojcem odbijała piłkę przez pół godziny, a ten stwierdził, że warto córce dać warunki do rozwoju. Przez kolejnych kilka lat trenowali razem, różnymi piłkami, rakietami, na różnego rodzaju kortach.
– Tenis to jedyny sport, w jaki kiedykolwiek grałam. Ludzie się dziwią, gdy to mówię, bo dzieci zawsze uprawiają więcej sportów, ale ja grałam tylko w tenisa – mówiła potem. Zresztą tenisowe tradycje w domu miała całkiem niezłe. Amatorsko grali wszyscy nawet… trzy pokolenia wstecz (ojciec uprawiał do tego hokej na poziomie profesjonalnej ligi, a matka grała w piłkę ręczną). Zawodowo w tenisa grał z kolei jej wujek, Michael, który doszedł na 101. miejsce – „najgorsze”, mówiła Clara – w rankingu ATP.
Wspominała, że od tej pierwszej gierki z ojcem, nigdy nie opuściła tenisa na więcej niż trzy dni. Szybko pokochała też jego oglądanie. Do dziś twierdzi, że pytaniami o wyniki się jej nie zagnie.
– Oglądałam tenis całe życie, kiedy tylko miałam możliwość. I w telewizji, i na YouTubie. Możecie mnie pytać o wszystko. Znam wszystkie obecne wyniki i te z przeszłości. To dla mnie zabawa, bo uwielbiam oglądać tenis i znać wszystkich zawodników oraz ich wyniki. Mój trener mówi, że jestem jak tenisowa Wikipedia. Po prostu kocham ten sport. Kocham grać, kocham oglądać.
Jej rodzina – wobec takiego zainteresowania i talentu, który prezentowała na korcie – szybko musiała podjąć ważne decyzje. Gdy Clara miała mniej więcej dziesięć lat, właściwie wycofano ją ze szkoły, uczyła się w dużej mierze w domu, ale w porozumieniu z nauczycielami. Trudno było o inną decyzję, bo treningi, wyjazdy, kolejne turnieje pochłaniały większość jej czasu. Jeden z jej trenerów mówił kilka lat później:
– Clara bardzo wcześnie pokazała wielkie poświęcenie dla tenisa. Jej rodzina również, bo poświęcili wiele swojego czasu na jej naukę czy podróże. Clara może zostać najlepszą zawodniczką na świecie. Jest o lata świetlne przed jakąkolwiek inną zawodniczką z Danii. Jedyne, co jest dla niej wyzwaniem, to to, że jest leniwa. Czasem potrzebuje kopa w tyłek na treningu.
To ostatnie to nie do końca prawda. Rodzinie bardzo życie utrudniały finanse. Początkowo było nieźle, bo na miejscu szkolił ją wujek, który miał swój klub – uczył się w nim tenisa też między innymi Holger Rune – ale gdy zaczęło się podróżowanie po świecie, to pilnie szukano sponsora. Tyle że w Danii szału na tenis raczej nie ma, więc było to zadanie utrudnione.
Jej rodzice do dziś pamiętają, jak obudził ich krzyk ich piętnastoletniej córki. Clara dowiedziała się, że – choć jej ranking do tego nie wystarczał – dostała się do juniorskiego US Open, bo wycofało się kilka zawodniczek. Krzyczała z radości, oni też byli niezwykle szczęśliwi. Przez chwilę. A potem pojawiło się pytanie: „Jak my za to właściwie zapłacimy?”. Pomóc zaoferowała się duńska federacja, ale tylko częściowo. Resztę kosztów trzeba było pokryć ze swoich środków.
Jej matka mówiła, że z czasem po prostu przestała podsumowywać wydatki. Bo tylko się denerwowała, a w niczym to nie pomagało – córce i tak by pomagała w karierze.
A że warto, było widać. W wieku 13 lat Clara została mistrzynią Danii, najmłodszą w dziejach, poprawiła rekord Caroline Wozniacki. To wtedy zaczęły się porównania do byłej liderki rankingu WTA – wtedy jeszcze nie mistrzyni wielkoszlemowej. Clara dobrze sobie z nimi radziła, a luzować atmosferę starali się też ludzie z federacji, powtarzający, że owszem, Tauson ma wielki talent, ale „nie będzie kolejnej Wozniacki”. Więc spokojnie.
Kolejne wyniki jednak w zachowaniu spokoju fanom tenisa nie pomagały. Gdy miała 15 lat, Clara została mistrzynią Europy do lat 18. W finale rozgrywek pokonała o rok starszą… Maję Chwalińską. Łatwo, 6:3, 6:3. W tym samym okresie wygrała też na przykład Osaka Mayor’s Cup, jeden z większych turniejów tenisowych dla juniorów. W ćwierćfinale i półfinale wygrała… 6:0, 6:0. W finale było nieco gorzej – oddała rywalce gema.
Nazwisko tej rywalki? Qinwen Zheng, późniejsza mistrzyni olimpijska z Paryża.
Nastoletni fenomen, ale wyhamowany
Eksperci – w tym jej wujek – byli zgodni: Clara może zajść wysoko. Nie chodziło już tylko o czysto tenisowe aspekty – widać było, że fizycznie też jest jak na standardy kobiecego tenisa „ponad” wieloma zawodniczkami. Dziś mierzy 182 centymetry, a to daje jej świetne opcje serwisowe i możliwość generowania mocy i z forehandu, i z backhandu. Ale nad rywalki wyrastała już wśród juniorek, na przykład jako 16-latka.
W takim właśnie wieku pojechała na Australian Open 2019.
Była tam rozstawiona z „1”, ale w pierwszym meczu niespodziewanie kłopoty sprawiła jej reprezentantka gospodarzy, Anastazia Berezov. Australijka wygrała 6:1 pierwszego seta i dopiero wtedy Clara się pozbierała. Po meczu mówiła, że nie jest zadowolona ze swojego poziomu i musi go zdecydowanie podnieść. Udało się. Po drodze do finału nie straciła już nawet seta. W meczu o tytuł zresztą też nie – 6:4. 6:3 pokonała wtedy Leylah Fernandez.
Czyli tę samą zawodniczkę, która niespełna trzy lata później zagrała w finale seniorskiego US Open. Zresztą Clara tak miała – rywalki, które ogrywała, często osiągały potem coś szybciej od niej. Leylah, Qinwen Zheng, nawet Emma Raducanu, czyli ta, która pokonała Fernandez w przywołanym finale. To Tauson była ostatnią rywalką, która pokonała Brytyjkę przed jej niesamowitym występem w Nowym Jorku, gdzie nikt nie zdołał jej już ograć. Przeniosło się to więc również na rywalizację seniorską.
Zresztą nie tylko jeśli chodzi o Raducanu. W 2020 roku – jesienią, bo turniej przełożono – Clara przeszła przez kwalifikacje do Roland Garros i w I rundzie zagrała fantastyczne spotkanie z Jennifer Brady. Wygrała je 6:4, 3:6, 9:7, bo wtedy jeszcze nie wprowadzono tie-breaka w decydującym secie. Dunkę w kolejnej rundzie ograła co prawda Danielle Collins, ale i tak był to dla niej fantastyczny moment.
A ledwie kilka miesięcy później ta sama Brady zawędrowała do finału Australian Open. I dopiero tam uznała wyższość Naomi Osaki.
– Wszyscy moi przyjaciele napisali do mnie: „Pokonałaś tę dziewczynę, która teraz jest w finale Szlema!”. Świetnie było ją oglądać. Byłam szczęśliwa, bo dzięki temu wiedziałam, że mam poziom, by wygrywać z takimi zawodniczkami. Nie mówię, że będę za niedługo w finale wielkoszlemowym, ale zyskałam sporo pewności siebie – mówiła wówczas Clara. I słusznie, że do wielkoszlemowych finałów podchodziła na spokojnie.
Bo choć kolejne miesiące dawały jej spore sukcesy, to wszystko miało się wkrótce zatrzymać. Ale zanim się zatrzymało, to w marcu 2021 roku – jako 18-latka – wygrała pierwszy turniej rangi WTA, w Lyonie. W finale w wielkim stylu – 6:3, 6:1 – ograła Viktoriję Golubic. Jeszcze w tym samym sezonie, we wrześniu, triumfowała w Luksemburgu, a uległa jej Jelena Ostapenko. Sama Clara miesiąc później musiała uznać wyższość Donny Vekić, gdy grały o tytuł w Cormayeur.
Wszystkie te turnieje rozgrywano pod dachem, na twardej nawierzchni, widać było więc, gdzie Tauson czuje się najlepiej. Ale że przy okazji odniosła też kilka innych niezłych rezultatów, to na koniec sezonu była 44. na świecie, a na początku kolejnego wspięła się nawet na 33. pozycję. A potem? Potem przyszły urazy. Najpierw poddały się plecy, potem stopa. Ale tak naprawdę to był wierzchołek góry lodowej. Sama mówiła:
– Przeszłam przez wiele różnych kontuzji, często trudnych. To zawsze denerwujące, złapać uraz, szczególnie, gdy grałam dobrze. Trudno było mi przez to przejść, ale walczyłam nadal i wierzyłam w siebie. Oczywiście, musiałam dostosować pewne rzeczy. Wcześniej trenowałam przez wiele godzin każdego dnia. Teraz zaczęłam myśleć więcej o jakości, mniej o natężeniu. Wciąż pracuję sporo, ale nie tyle godzin. Musiałam nauczyć się słuchać mojego ciała i dać mu odpoczywać – mówiła wówczas.
Kluczem okazał się… chłopak
Tak naprawdę dwa dobre lata zajęło jej uporządkowanie wszystkich spraw związanych ze zdrowiem i jego reperkusjami. Bo po urazach i przerwach trudno jej było odnaleźć poziom. Czasem pytano ją o ten okres, szczególnie o serie przegranych meczów, które jej się przydarzały. Czy grała wówczas z urazem?
– Nie, po prostu byłam słaba! – odpowiadała. I dodawała, że brakowało jej radości na korcie. Musiała ją odnaleźć, a gdy to się udało, wyniki wróciły.
A bardzo pomógł w tym również jej chłopak.
Ten zwie się Kasper Elsvad. Sam kiedyś grał, a z czasem został sparingpartnerem Clary. Przez jakiś czas pełnił tę funkcję, a ostatecznie zaufała mu na tyle, by uczynić swoim trenerem. Czy byli już wtedy w związku – nie mamy pojęcia, chronologia ma tu mniejsze znaczenie. Ważne, że – jak u Madison Keys, którą trenuje mąż – takie połączenie zdaje się działać naprawdę dobrze. I to mimo tego, że Elsvad ma ledwie 26 lat na karku.
– Wiele osób mówi, że może jest zbyt młody, ale uważam, że jeśli ma się odpowiednie umiejętności, to wiek nie ma znaczenia. Jego spojrzenie na tenis jest wspaniałe. Zauważa wiele rzeczy, które mi umykają. I wtedy, gdy gram mecze, i w czasie treningu – mówiła Clara. Przy okazji współpraca z Kasperem uporządkowała też sprawy w jej sztabie. W przeszłości na przykład musiała zakończyć współpracę z trenerem bo przez kontuzje nie miała pieniędzy. Potem pomagali jej trenerzy z Danii, związani z federacją.
Teraz ma stałego trenera, któremu ufa. A to też ważne, bo dzięki temu wprowadza wymagane przez niego zmiany.
Wyświetl ten post na Instagramie
Ot, choćby grała debla. Kasper uznał, że to pomoże jej rozwinąć się tenisowo i choć ona sama nigdy przesadnie gry podwójnej nie lubiła, to dała się namówić. I w końcu doceniła choćby to, że to inny rodzaj treningu, że jest mniej powtarzalny, że stanowi alternatywę do normalnych ćwiczeń. Nie żeby się w tym deblu zakochała, ale doceniła jego znaczenie. Oboje sporo pracowali też nad backhandem Clary – a więc jej słabym punktem, jak sama mówi – starając się sprawić, by był bardziej stabilny. I udało się, szybko zaczęła uderzać go znacznie pewniej.
Poprawiło się też poruszanie Tauson po korcie – choć tu pomogło pewnie to, że jest po prostu zdrowa – i Dunka lepiej reaguje również na niepowodzenia. Jest spokojniejsza, panuje nad nerwami, nie podpala się.
A za tym wszystkim idą wyniki. I dlatego Clara może być dla Igi Świątek sporym wyzwaniem.
Zagrożenie
Porównuje się ją – co już ustaliliśmy – do Caroline Wozniacki. I to naturalne, Caro to jedyna Dunka, która osiągała wielkie sukcesy na tenisowych kortach. Clara może być drugą. Ale jak mówi sama Tauson – obie są innymi typami zawodniczek. Wozniacki biegała za linią końcową, doskonale broniła i kontratakowała. Tauson lubi atakować, wywierać presję na rywalkach, dociskać je i albo wygrywać punkty bezpośrednio, albo zmuszać do popełnienia błędu. Lubi też chodzić do siatki, skracać wymiany.
Tak naprawdę pod wieloma względami najbliżej jej – co sama mówi – do Aryny Sabalenki i Jeleny Rybakiny. Czyli dwóch zawodniczek, które już w tym sezonie pokonała, tę drugą – dwa dni temu. Wyraźnie więc widać, jakie możliwości tkwią w tenisistce z Danii. Sama często przywołuje też przykład Petry Kvitovej, której gra była może nawet „pełniejsza”, bardziej wielowymiarowa od tej, na przykład, Sabalenki.
Czeszka wygrała dwa turnieje wielkoszlemowe i w obu przypadkach był to Wimbledon. Trawa po prostu sprzyja takiemu stylowi gry, jaki preferuje Clara. Stąd Igę Świątek na pewno czeka dziś trudne wyzwanie.
Bo owszem, obie grały ze sobą dwukrotnie, ale dawno temu – w 2019 i 2022 roku. Clara była wtedy inną zawodniczką, a w tym drugim przypadku i tak zdołała Polce urwać seta. Teraz jest dużo lepsza, jest „pełniejszą” zawodniczką pod kątem czysto tenisowym i ma dużo pewności siebie zbudowanej tegorocznymi występami. Tak naprawdę można by ją nawet uznać za faworytkę tego starcia, biorąc pod uwagę doświadczenia Igi z trawą i występy z tego sezonu.
Z drugiej strony Clara też wie, że nie będzie jej łatwo – po meczu III rundy mówiła, że Iga to wielka mistrzyni i niesamowita tenisistka. – Wiem, że nie czuje się być może najbardziej komfortowo na trawie, ale tydzień temu mogłam mówić o sobie to samo – stwierdziła. A więc Clara wie, że musi podejść do tego meczu ostrożnie, z respektem. Tak samo jak Iga.
A kto wyjdzie zwycięsko z tego starcia? To już rozstrzygnie kort.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix
Czytaj więcej o tenisie na Weszło:
- Przeciwnik jak ściana, której nie udało się rozbić. Majchrzak poza Wimbledonem
- Dwa lata temu nie mógł wyjść na kort. Teraz był w IV rundzie Wimbledonu
- Nie bądźcie jak Hubert Hurkacz. Ufajcie lekarzom [KOMENTARZ]
- Iga Świątek i rok bez wygranego turnieju. Jak z kryzysami radzili sobie najwięksi?