Główni kandydaci do mistrzostwa Polski — Lech, Raków i Jagiellonia — tegoroczne granie zaczęli z przytupem. Rozwalcowany Widzew, rozjechany Radomiak. Po takich wynikach warszawski kibic wymagał, żeby i Legia puściła wodze fantazji. Powinna, bo zdecydowanie nie jest w pozycji, w której może beztrosko gubić punkty. Cóż, więc właśnie zgubiła.
Huraganowe ataki, szarże, wrzutki, strzały. Nie zapowiadało się na to, że Legia przy pozostałych zespołach z czołówki będzie wyglądała jak ubogi krewny, jednak zapomnieliśmy o czynniku X, jakim jest niesamowita konstrukcja kadry stołecznej drużyny. W serniku znajdziemy takie rodzynki jak Gabriel Kobylak w roli pierwszego bramkarza. Tak, ten sam Kobylak, którego z Ekstraklasy znamy głównie dlatego, że okazał się za słaby na Radomiaka, nie wnosząc do tej drużyny absolutnie nic poza kilkoma zabawnymi momentami.
Na przykład, gdy piłka przeleciała mu pod nogą i wturlała się do siatki. Albo kiedy ni stąd, ni zowąd zapakował piłkę za kołnierz Oliwiera Zycha. Po meczu z Koroną do jego kompilacji funny moments dorzucimy kolejny klip. Ten, w którym Kobylak wrzuca na konia Rafała Augustyniaka, podając mu piłkę, gdy naciskał na niego Nono. Efekt był taki, jak zwykle, gdy defensywny pomocnik zwrócony przodem do bramki dostaje podanie z rywalem na plecach. Strata, futbolówka wpada pod nogi Adriana Dalmau, banalnie stracony gol.
Ekstraklasa. Legia Warszawa — Korona Kielce 1:1, czyli prezenty rozdane
Wiedzieliśmy, że powrót Nono, czyli gościa, który w poprzednim sezonie wykonał najwięcej skoków pressingowych i najczęściej odbierał piłkę właśnie w ten sposób, może być najlepszą wiadomością dla Korony tej wiosny, ale że przekonamy się o tym tak szybko? To jednak niespodzianka. Jeszcze większą było jednak to, w jaki sposób z defensywą Legii bawił się Wiktor Długosz. Skoro o kompilacjach mowa, to wycinki z tego spotkania mogłyby dać Wiktorowi kontrakt w czasach, gdy odpowiednio zmontowana kaseta zapewniała wrażenie, że on tak zawsze.
Szkoda, że jednak nie zawsze, bo dynamiczny, zwrotny i zawzięty Długosz narobił przy Łazienkowskiej 3 sporego zamieszania. Raz za razem odjeżdżał Steve’owi Kapuadiemu, który przecież do wolnych nie należy. Raz, gdy tak odstawił Francuza po stracie Wahana Biczachczjana, Legia miała szczęście, że przymierzył wprost w Kobylaka. Innym razem, kiedy wbiegł między Kapuadiego i Ryoyę Morishitę, szczęście już gospodarzom nie sprzyjało. Japończyk zahaczył rywala i wyleciał z boiska z czerwoną kartką.
To właśnie był punkt zwrotny całego widowiska. Co prawda nie ostatni, ale istotny, bo gdy jakość jest wyraźnie po jednej stronie, strata piłkarza może wyrównać siły. Korona trzymała się wcześniej obranego planu i adresowała większość piłek do Długosza, ewentualnie do równie szybkiego, ale mniej konkretnego Mariusza Fornalczyka. Kapuadi wciąż się mylił, Długosz go przepychał, zabierał mu piłki, raz nawet Steve rozjechał się na murawie, jednak brakowało wisienki na torcie. Ozdobić go nią powinien Dalmau, lecz dwukrotnie zabrakło mu wyczucia i precyzji, gdy uderzał z pola karnego.
Augustyniak zmarnował rzut karny, ale mógł uratować mecz asystą
Wspomniana przewaga jakości Legii Warszawa często wystarcza jednak, żeby wygrać nawet w dziesiątkę. I umówmy się: równie dobrze mogło się to skończyć właśnie w ten sposób. Może i po niepotrzebnym, dodatkowym wysiłku, ale jednak z kompletem punktów. Nie wyszło z kilku powodów. Przede wszystkim ekipa Goncalo Feio potrafiła wrócić do meczu, doprowadzić do remisu. Fakt, że stało się to w sposób dość przypadkowy, bo zagraną z rzutu wolnego piłkę nieudolnie wybijał Dalmau (napastnik w polu karnym to co? Zagrożenie, brawo Romku) i w ten sposób dał Kapuadiemu szansę na wbicie jej do bramki.
Ze skutecznością Legia była jednak na bakier. Jeszcze zanim władowała się w kłopoty, świetną okazję marnował przecież Wojciech Urbański, który położył Bartłomieja Smolarczyka, ale nie potrafił pokonać Rafała Mamli. Bramkarz Korony dołączył jednak do długiej listy grzeszników z inauguracji wiosny, ładując się z pięściami w Marca Guala. Jakby tego było mało, zaraz potem władował się też w Pawła Wszołka i pozostało nam wylosować, za którą sytuację gospodarze otrzymają rzut karny. Padło na drugą, też chcielibyśmy wiedzieć, dlaczego, ale zostawmy to. Ważne, że Augustyniak do piłki podszedł i kropnął w słupek.
Gdyby w szatni ktoś wystartował do niego z pretensjami, że to dwie sytuacje z jego udziałem pozbawiły Legię punktów, Augustyniak będzie miał się czym bronić. W niezrozumiały sposób z asysty okradł go przecież Biczachczjan, który dostał ciasteczko w polu karnym i — mając masę czasu — trafił w nogę interweniującego Mamli. Na koniec w polu karnym zakiwał się jeszcze Claude Goncalves, który właśnie przez to nie doszedł do dobrej okazji. Nie ma rady, nie da się wygrywać, jeśli robi się wszystko odwrotnie, niż wypada, gdy walczysz o mistrzostwo kraju.
Zmiany:
Legenda
WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE:
- Radomiak ma szczęście, że Jagiellonia mu odpuściła, bo mogło się skończyć 10:0
- Górnik dominował, ale co z tego? Nigdy nie skreślaj Puszczy
fot. FotoPyK