Reklama

Pobije czy nie pobije? Harry Kane na tropie rekordu Roberta Lewandowskiego

Paweł Wojciechowski

Autor:Paweł Wojciechowski

06 kwietnia 2024, 08:18 • 7 min czytania 20 komentarzy

Tytułowe pytanie nieoczekiwanie zaczęło się pojawiać w piłkarskich mediach na początku obecnego sezonu, kiedy Harry Kane wszedł do Bundesligi z drzwiami i futryną i po dwunastu kolejkach miał więcej goli niż poprzedni król strzelców. Jego imponująca seria pozwalała mu myśleć o pobiciu kosmicznego rekordu Roberta Lewandowskiego sprzed zaledwie trzech lat. Polak w jednej ligowej kampanii w Niemczech strzelił 41 goli. Wyczyn, który wymazał osiągnięcie Gerda Mullera z lat 70. i miał przetrwać dekady, już po kilku sezonach jest poważnie zagrożony. Zostało siedem kolejek i choć wiemy dużo więcej niż kilka miesięcy temu, pytanie pozostaje niezmienne. Pobije, czy nie pobije?

Pobije czy nie pobije? Harry Kane na tropie rekordu Roberta Lewandowskiego

Lewandowski w tamtym rekordowym sezonie 2020/21 zaczął w sposób imponujący. Już po pięciu kolejkach miał na swoim koncie dziesięć goli. W trzeciej serii strzelił cztery bramki Hercie Berlin, zapewniając Bayernowi zwycięstwo 4:3, a ostatniego trafienie z rzutu karnego zaliczył już w doliczonym czasie gry. Przypomnijmy, że w tamtej kampanii Bayern, opromieniony zwycięstwem w Lidze Mistrzów w lizbońskiej bańce w pandemicznym 2020 roku, zaczął kolejny sezon od sześciu zwycięstw w siedmiu meczach, strzelając w nich 27 goli. Jedenaście z nich było autorstwa Polaka, mimo że tylko w trzech z nich grał w pełnym wymiarze, a w jednym w ogóle nie pojawił się na murawie.

W tym specyficznym, post-covidowym sezonie trener Hansi Flick mocno oszczędzał swoich graczy, którzy jeszcze kilkanaście dni przed jego rozpoczęciem kończyli poprzedni. Paradoksem jest więc to, że właśnie w tym sezonie, w którym Polak pojawiał się na boisku w takim uszczuplonym wymiarze, ustanowił ten nieprawdopodobny rekord. Odkąd wyjechał z Poznania do Dortmundu w 2010 roku, tylko w dwóch kampaniach uzbierał mniej minut na ligowych boiskach, niż w tamtym pamiętnym sezonie.

robert-lewandowski

Od siódmej do dwudziestej trzeciej kolejki (listopad – luty) grał już jednak prawie wszystko, tylko czterokrotnie będąc zmienianym pod koniec meczu. W tamtym okresie był bardzo regularny, ale bez strzeleckich fajerwerków. Z siedemnastu serii, tylko w trzech nie trafił do siatki, a w czterech ustrzelił „doppel-packa”. W pozostałych dziesięciu schodził z murawy z bramką na koncie.

Reklama

Pechowy marzec

I przyszedł marzec. Lewy w trzech meczach strzelił siedem goli, notując dwa hat-tricki i dobił do 35 goli po 26 kolejkach. Ten niesamowity wyczyn zapowiadał nie tylko pobicie niemal czterdziestoletniego rekordu Gerda Mullera, ale też wyśrubowanie go na poziom niebotyczny. Tylko że pod koniec miesiąca miał miejsce feralny mecz polskiej kadry z Andorą w eliminacjach katarskiego mundialu. Paulo Sousa, dla którego było to pierwsze zgrupowanie w roli selekcjonera, postanowił nie dawać odpocząć super-snajperowi Bayernu i posłał go w bój z półamatorami z tego niewielkiego państwa. I to dosłownie „bój”, bo, jak się okazało, sponiewierany napastnik zszedł z boiska po godzinie z urazem kolana. Nie mógł wystąpić w hitowym meczu z Anglią na Wembley. Pauzował też w ćwierćfinałowym dwumeczu w Lidze Mistrzów z Paris Saint-Germain, w którym zespół ze stolicy Francji wziął rewanż za finał poprzedniej edycji i ograł obrońcę trofeum.

W kwestii ligowego rekordu – ten również stanął pod wielkim znakiem zapytania. Pierwsze prognozy mówiły o pauzie nawet sześciomeczowej, ale w końcu Polak był nieobecny w czterech spotkaniach i wrócił na cztery ostatnie kolejki. Reszta jest już historią. Jeden hat-trick i trzy pojedyncze trafienia wystarczyły by przebić osiągnięcie Mullera, niemieckiego strzelca wszech czasów, który zresztą kilka miesięcy później zmarł po wyniszczającej chorobie. Pokonanie Rafała Gikiewicza w 90. minucie rozstrzygniętego już meczu z Augsburgiem (5:2) było 41. bramką Lewego w tamtej kampanii. Rekord został więc pobity i wydawał się nie do ruszenia, a polski napastnik w kolejnej, też przecież spektakularnej kampanii (35 goli), już nie zbliżył się do kosmicznego wyczynu.

I wtedy pojawił się on, cały na biało. No, może nie cały, bo białej koszulce, w której występował do tej pory w Tottenhamie i reprezentacji Anglii, najczęściej towarzyszyły granatowe spodenki. Harry Kane z Bundesligą przywitał się golem z Werderem już w pierwszej kolejce, w drugiej serii gier miał pierwszy dublet, a w piątej pierwszy hat-trick. Po dziewięciu kolejkach miał na koncie dwanaście goli, a po dwunastu – osiemnaście.

To już wtedy było więcej niż w ciągu całego poprzedniego sezonu uzbierali królowie strzelców w okresie bezkrólewia, po odejściu Lewego do Barcelony. Christopher Nkunku i Niklas Fullkrug strzelili ledwie po 17 bramek i to wystarczyło to podzielenia się tytułem najlepszego snajpera Bundesligi. Anglik uporał się z tą dość nisko zawieszoną poprzeczką już po dwunastu seriach gier. Strzelał gola częściej niż co godzinę, a statystycy wyliczyli, że z taką skutecznością byłby w stanie do końca sezonu zdobyć ponad 50 bramek. Mało tego, zachwycał nie tylko ilością, ale też urodą swoich trafień. Głową, nogą, z rzutu karnego, zza pola karnego, a nawet zza połowy, jak w meczu z Darmstadt w dziewiątej kolejce.

Reklama

Nieźle jak na kogoś kto właśnie po raz pierwszy porzucił strefę komfortu i opuścił Wyspy jako 30-latek. Wprawdzie jego snajperskie osiągnięcia można było spokojnie porównywać z Polakiem, bo był m.in. trzykrotnym królem strzelców Premier League, najlepszym strzelcem mundialu 2018 i eliminacji Euro 2020, ale poziom, na jaki wszedł praktycznie bez aklimatyzacji, musiał budzić podziw. Trzeba było też zacząć poważnie brać pod uwagę pobicie wyglądającego na nie do pobicia rekordu Lewego.

Kane znowu bez mistrzostwa?

Początkowa skuteczność Kane’a wydawała się niemożliwa do utrzymania przez cały sezon i tak też się stało. Anglik trafił na przełomowy sezon Bayernu, z już praktycznie przypieczętowaną utratą prymatu w Bundeslidze po raz pierwszy od 2012 roku. Po wspomnianej wcześniej dwunastej kolejce w Monachium zaczął się kryzys, którego nie potrafił zażegnać trener Thomas Tuchel. Die Roten rzadko potrafili przekonująco wygrywać. Był to również trudniejszy czas dla napastnika, choć ciężko mówić tu o jakiejkolwiek blokadzie. Z kolejnych dziesięciu ligowych spotkań Bayern przegrał aż cztery, a 30-latek strzelił w nich „zaledwie” siedem bramek.

Szczytem kryzysu był luty i trzy porażki z rzędu Bawarczyków (dwie w lidze i jedna w Champions League). To wtedy zapadła decyzja o odejściu Tuchela po sezonie, a różnica w tabeli między bezbłędnym w trakcie tej kampanii Bayerem Leverkusen, a Bayernem, urosła do dziesięciu punktów. O Angliku też zrobiło się jakby ciszej. Na świeczniku pojawili się Jamal Musiala, strzelający przepiękne gole, młody talent w środku pola w postaci Aleksandara Pavlovicia, czy Joshua Kimmich i Alphonso Davies, wokół odejścia których multiplikowano plotki po kilka razy w tygodniu. Kane tymczasem dalej robił swoje. Po niesławnej porażce z Bochum, nota bene również z golem Anglika, w pięciu kolejnych meczach ligowych strzelił sześć bramek i ma ich aktualnie na koncie 31.

Kolejka ROBERT LEWANDOWSKI 2020/21 HARRY KANE 2023/24
Liczba goli Suma goli Liczba goli Suma goli
1 1 1 1 1
2 1 2 3
3 4 5 3
4 2 7 1 4
5 3 10 3 7
6 10 1 8
7 1 11 8
8 11 1 9
9 1 12 3 12
10 12 3 15
11 1 13 2 17
12 2 15 1 18
13 2 17 18
14 2 19 2 20
15 1 20 1 21
16 1 21 1 22
17 1 22 22
18 1 23 22
19 1 24 1 23
20 24 1 24
21 1 25 24
22 1 26 1 25
23 2 28 2 27
24 3 31 27
25 1 32 3 30
26 3 35 1 31
27 35 31
28 35  
29 35  
30 35  
31 1 36  
32 3 39  
33 1 40  
34 1 41  
SUMA 41 41 31 31

Kane strąci Lewandowskiego z piedestału?

I pora wrócić do pierwszego pytania…

Zostało siedem kolejek. Lewy w rekordowym sezonie w siedmiu ostatnich seriach strzelił sześć goli, ale w trzech z nich nie zagrał z powodu kontuzji. Aktualny lider klasyfikacji strzelców Bundesligi potrzebuje dziesięciu trafień, aby wyrównać rekord Polaka, a jedenastu żeby go pobić, a taka liczba bramek w siedmiu meczach dla takiego snajpera wydaje się liczbą trudną do osiągnięcia, ale nie niemożliwą.

Przed Bayernem spotkania z Heidenheim, Koeln, Unionem Berlin, Eintrachtem Frankfurt, Stuttgartem, Wolfsburgiem i Hoffenheim. Patrząc na tabelę, tylko w meczach ze Stuttgartem i Koeln, Die Roten spotkają rywala walczącego o coś. Reszta drużyn to średniaki, które nie grają już o nic i Eintracht, który jest już praktycznie pewny szóstego miejsca dającego udział w pucharach, bez szans na wyższe lokaty. Kane jesienią w pierwszych spotkaniach z tymi drużynami strzelił siedem goli, które w tym przypadku pozwoliłyby mu zdobyć oszałamiające 38 bramek, ale nie wystarczyły do choćby zrównania się z Lewym.

Kluczowy może być jednak brak presji w lidze. Po porażce z Borussią Dortmund w ostatniej kolejce, Die Roten mają już tylko matematyczne szanse na awans. To może pozwolić im na totalny luz i nonszalancję w ataku, a taka taktyka przy takiej jakości piłkarzy może zakończyć się festiwalem goli. Bayern w tym sezonie aż trzykrotnie wygrywał w lidze różnicą co najmniej siedmiu goli, a w każdym z tych trzech przypadków Anglik zaliczał hat-trick. Może to powtórzyć podczas najbliższych kolejek, biorąc dodatkowo niewielkie ambicje większości rywali z którymi się spotka. Wtedy szanse Anglika na pobicie rekordu Polaka, będą się zwiększały.

Najpóźniej 18 maja przed 18:00 będziemy już wiedzieli, czy osiągnięcie Lewego pozostanie nienaruszone. Pamiętać trzeba, że presja na Angliku z każdym kolejnym trafieniem będzie rosła, a polski rekordzista doskonale pamięta „męczarnie” w ostatniej kolejce, kiedy nie był w stanie przy wysokim prowadzeniu znaleźć drogę do bramki Augsburga aż do ostatnich minut. Być może takie same emocje będą udziałem Harry’ego Kane’a, choć poprzeczka ustawiona jest wysoko. Jeśli jednak ją przeskoczy już w debiutanckim sezonie na niemieckich boiskach, absolutnie zasłuży na obecność wśród największych strzelców w historii Bundesligi.

WIĘCEJ NA WESZŁO:

fot. Newspix

Kibic FC Barcelony od kiedy Koeman strzelał gola w finale Pucharu Mistrzów, a rodzice większości ekipy Weszło jeszcze się nawet nie znali. Fan Kobe Bryanta i grubego Ronaldo. W piłce jak i w pozostałych dziedzinach kocha lata 90. (Francja'98 na zawsze w serduszku). Ma urodziny tego dnia co Winston Bogarde, a to, że o tym wspomina, potwierdza słabość do Barcelony i lat 90. Ma też urodziny tego dnia co Deontay Wilder, co nie świadczy o niczym.

Rozwiń

Najnowsze

Niemcy

Komentarze

20 komentarzy

Loading...