Michał Świerczewski znów mógłby napisać tweeta, w którym Raków nazwałby średniakiem. W końcu mistrzowi Polski nie przystoją wyniki z ostatnich kilku tygodni – punkt z Puszczą, wyszarpany remis z ŁKS-em, stracone w samej końcówce punkty z Ruchem Chorzów, a na dokładkę bolesna wpadka z Radomiakiem. Wygląda to średnio. Bardzo średnio.
Sprawę skiepścił przede wszystkim Kacper Bieszczad. John Yeboah zaplątał się w drybling, czyściutkim wślizgiem zatrzymał go Luizao, do piłki dopadł Luis Machado, który momentalnie posłał „długą” (żadną tam lagę!) na Jardela. Napastnik z Gwinei Bissau ścigał się z Zoranem Arseniciem. Chorwat odpuścił, bo był pewien, że z interwencją na jakimś czterdziestym metrze od własnej bramki zdąży pędzący Bieszczad.
Nic bardziej mylnego.
Jardel nieśpiesznie sobie piłkę podprowadził i na luzaku strzelił na 2:0.
Niedopasowani
Radomiak sobie to zwycięstwo wybiegał. Maciej Kędziorek relatywnie długo zwlekał ze zmianami, choć część jego piłkarzy oddychała rękawami. Można go zrozumieć, na skrzydłach robotę robili Machado i Lisandro Semedo, Luka Vusković wygrał wszystkie pojedynki główkowe, Dawid Abramowicz harował od linii do linii i siał spustoszenie autami (po jego wyrzucie zgłupiał Ante Crnac i nie odratował tego już Stratos Svarnas), a Jardel dołożył to, co w poprzednich meczach leżało w udziale Leonardo Rochy, a wcześniej Pedro Henrique – strzelił gola.
Kiedy zaś było trzeba, bo w drugiej połowie po wejściu Iviego Lopeza i Bena Ledermana rozkręcił się Raków, na posterunku stał czujny Gabriel Kobylak. Radomiaka niósł w tym czasie kapitalny doping. Kapitalnie zresztą na początku meczu trybuny przy ulicy Struga reagowały na każdy kontakt z piłką 22-letniego bramkarza. Rosnąca wrzawa, krzyki „strzelaj!”, w końcu gość dopiero strzelił gola z najdalszej odległości w historii Ekstraklasy.
Raków na tym tle za długo był niemrawy. Gdy już coś mu się udawało, szwankowała skuteczność. Z dwoma asystami mecz powinien skończyć John Yeboah, ale najpierw po jego dośrodkowaniu fatalnie spudłował Otieno, a następnie jego sprytne dogranie z rzutu wolnego koncertowo spartolił Crnac.
Gorąco pod Szwargą
No i ten Bieszczad.
W Rakowie rozegrał do tej pory dwa mecze. I w obu tych występach wypadł bardzo słabo, zupełnie się nie obronił – w sierpniu zawalał gole w spotkaniu z Wartą, teraz nawalił z Radomiakiem. Jasne, siedzenie na ławce może nie służyć, tym bardziej że 21-letni golkiper ostatni występ w trzecioligowych rezerwach zaliczył w listopadzie ubiegłego roku. Mimo wszystko jednak: nie rozmawiamy tu o pierwszym lepszym człowieku zawiniętym z wycieczki na Jasną Górę, tylko bramkarzu, który ma już na koncie kilkadziesiąt meczów w Ekstraklasie i I lidze.
Tym samym znów pali się pod Dawidem Szwargą. Raków ma problem. Jesienią odpadł z Ligi Europy. Wiosną wyleciał z Pucharu Polski. Niespodziewanie ucieka mu też Ekstraklasa. Skład jest mocny, właśnie wrócił do niego gwiazdor Ivi, a wyniki rozczarowują, bo drużyna tej klasy nie może zdobyć tylko czterech punktów w meczach z Wartą, Stalą, Puszczą, ŁKS-em, Ruchem i Radomiakiem.
Ten średniak Świerczewskiego naprawdę wybrzmiewa…
Czytaj więcej o polskiej piłce:
- Klasyczna Cracovia – chciała się prześlizgnąć, więc wyrżnęła na tyłek
- Wisła Kraków zrobiła „szach”, PZPN-owi zostaje „pat”
- Pandemonium Zagłębia Sosnowiec
- Patologia w Concordii Elbląg. Były trener zdradza szczegóły: Zapowiedziano mi spadek
- Największa porażka Bogdana Wenty [REPORTAŻ]
Fot. Newspix