Reklama

Trela: Dobry trener umie czekać. Dlaczego Papszun nie musi się śpieszyć z powrotem na ławkę

Michał Trela

Autor:Michał Trela

17 lutego 2024, 12:32 • 9 min czytania 40 komentarzy

Rynek przyzwyczaił polskich trenerów do walki o przetrwanie. Muszą przyjmować wszystkie oferty, by nie wypaść z obiegu. Na wybrzydzanie mogą sobie pozwolić tylko nieliczni. Dlatego na pół roku bezczynności czołowego przedstawiciela branży środowisko patrzy podejrzliwie. Ale coś, co w Polsce dziwi, w światowym futbolu jest normą. Jeśli Papszun może sobie na to pozwolić, dla dobra długofalowego planowania kariery powinien czekać dalej. I nie obniżać oczekiwań tak długo, jak to będzie możliwe.

Trela: Dobry trener umie czekać. Dlaczego Papszun nie musi się śpieszyć z powrotem na ławkę

Nawet gdy Pep Guardiola stworzył w Barcelonie jedną z najlepszych drużyn w historii futbolu, nie wszystkich udało się mu do siebie przekonać. Pozostało grono sceptyków, którzy oczekiwali od niego, by trenerską klasę udowodnił także w innych warunkach. Bez Messiego. Bez milionów do wydania. Chcieli, by – jak Zygmunt Chajzer w starej reklamie proszku do prania – „dla utrudnienia dodał jodyny”. Albo pokazał, że byłby dobry także w zimne deszczowe popołudnie w Stoke.

W innych branżach zasadniczo nikt tak nie robi. Każdy konsumuje sukces, starając się jeszcze go pomnożyć, korzystając z dogodnych warunków i silnej pozycji. Gdy Bill Gates tworzy Microsoft, uchodzi za człowieka sukcesu i jako taki funkcjonuje przez kolejne dekady. Nikt nie kwestionuje jego sukcesu, powątpiewając, czy byłby w stanie utworzyć takiego giganta także, gdyby zaczynał w Kirgistanie. Albo nie oczekuje od Marcka Zuckerberga, że jeszcze raz otworzy jakąś małą firemkę, która potem zrewolucjonizuje świat. Ludzie, którzy odnieśli tak spektakularny sukces w swoich branżach, nikomu już niczego nie muszą udowadniać, że znają się na biznesie. Ich powiedzenie „jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”, nie dotyczy. Są tak dobrzy, jak ich najlepszy mecz.

Punkt odniesienia dla wszystkich ambitnych projektów

Marek Papszun nie jest Pepem Guardiolą. Całe życie poruszał się i prawdopodobnie będzie się poruszał w zupełnie innych piłkarskich galaktykach. W jednym jednak są podobni. Obaj odnieśli relatywnie do swoich możliwości, spektakularne sukcesy. Dla trenera Barcelony będzie to utworzenie jednego z najsilniejszych zespołów w historii futbolu. Dla trenera średniaka II ligi zdobycie mistrzostwa Polski. Obaj po takich wynikach niczego już nie musieliby więcej udowadniać. Gdyby Guardiola po 2012 roku nie poprowadził już ani jednej drużyny klubowej, wciąż musiałby być zaliczany do panteonu trenerskich gwiazd. Gdyby Papszun nigdy nie poprowadził już żadnej drużyny, wciąż jego Raków musiałby być punktem odniesienia dla wszystkich ambitnych projektów w kraju. A on miałby prawo, by recenzować je z pozycji autorytetu.

Światowe środowisko trenerskie funkcjonuje jednak inaczej niż polskie. W skali globalnej jest czymś absolutnie naturalnym, że pomiędzy jedną pracą a drugą trener ma przerwę. Guardiola przez rok po Barcelonie odpoczywał w Nowym Jorku, zbierał inspiracje, uczył się języków, analizował potencjalne nowe miejsca pracy. Thomas Tuchel miał roczną przerwę między Moguncją a Dortmundem, choć był już wtedy najbardziej pożądanym trenerem na niemieckim rynku, potem roczną między Dortmundem a Paris Saint-Germain i siedmiomiesięczną między Chelsea a Bayernem. Antonio Conte po odejściu z Chelsea nie obejmował żadnego klubu przez rok, a teraz nie ma żadnego jedenaście miesięcy od opuszczenia Tottenhamu. Massimiliano Allegri z wielkiego futbolu wypisał się na dwa lata, a Zinedine Zidane ostatni mecz poprowadził niemal trzy lata temu. Niemal każdy wielki trener, który zmieniał kluby, jest przyzwyczajony do tego, że zwykle nie przeskakuje z jednej pracy do drugiej.

Reklama

Wąska półka superklubów

Wynika to oczywiście z wyśrubowania standardów i ograniczonej liczby klubów, które są w stanie je spełnić. Jeśli dany trener wejdzie na półkę superklubów, czyli drużyn walczących o mistrzostwo w czołowych ligach świata i mających chrapkę na wygraną w Lidze Mistrzów, ma do wyboru mniej więcej dziesięć klubów z całej Europy – Real, Barcelonę i ewentualnie Atletico w Hiszpanii, PSG we Francji, Bayern, ewentualnie Borussię Dortmund w Niemczech, Inter, Juventus, Milan, ewentualnie Romę czy Napoli we Włoszech i dwa Manchestery, Liverpool, Chelsea, Arsenal, ewentualnie Tottenham i Newcastle w Anglii. Najhojniej licząc, daje to osiemnaście atrakcyjnych posad w klubowej piłce, ale skupiając się na zupełnie ścisłej elicie, trzeba by zejść gdzieś do dwunastu klubów. To na tyle mało, że czekanie dla trenerów z najwyższej półki jest absolutnie naturalną częścią zawodu. Gdyby tylko kiwnęli palcem, mogliby pracować non-stop. Ale jeśli chcą pracować tylko z najlepszymi zawodnikami, w najsilniejszych ligach, zarabiając największe pieniądze, muszą wkalkulować okresy polowania na dogodny moment.

W polskim środowisku trenerskim to warunki kompletnie obce. Tu zwykle chodzi wyłącznie o przetrwanie. Karuzela kręci się tak szybko, a rynek jest tak wąski, że utrzymanie się w gronie osiemnastu nazwisk zatrudnianych w Ekstraklasie jest celem nadrzędnym. Nie można sobie pozwolić na długie okresy nieobecności, bo jest ryzyko, że szybko popadnie się w zapomnienie. Trenerzy skaczą więc z kwiatka na kwiatek, gdyby nie wprowadzony niedawno przez związek przepis, zaliczaliby po dwa kluby na rundę. Nic więc dziwnego, że pół roku nieobecności Papszuna zaczęło wywoływać niezdrowe poruszenie w środowisku. Dziennikarze łączą go z każdym możliwym klubem, kibice ironizują, że rynek negatywnie go zweryfikował. Tak, jakby naprawdę był już powód do podejmowania panicznych ruchów i obniżania oczekiwań.

Dostępność zwiększa szansę

Rynek jest dla polskich trenerów wyjątkowo trudny, co ostatnio dobitnie pokazywał Tomasz Ćwiąkała na swoim kanale YouTube. Jest ekstremalnie mała szansa, że trener z przeszłością wyłącznie w Ekstraklasie dostanie ciekawą propozycję z zagranicy. Jedyna możliwość to arcykorzystny splot okoliczności. Czyli bycie dostępnym w momencie, gdy kilku innych kandydatów odmówi, nie zostanie puszczonych przez swoje kluby, albo trzeba będzie na nich czekać. W tym sensie niepodejmowanie pracy minimalnie zwiększa mizerne szanse Papszuna na to, że ktoś ciekawy z zagranicy jednak się nim zainteresuje. Jako że nie zajmuje pierwszego, drugiego, ani nawet trzeciego miejsca w hierarchii klubów, które mogłyby go rozpatrywać jako potencjalnego kandydata, nikt o niego nie będzie walczył, nie będzie go wykupywał z kontraktu, nie będzie negocjował rozwiązania jego umowy. Jeśli gdzieś akurat będzie zatrudniony, zwyczajnie wypadnie z listy. Jakkolwiek okrutnie to brzmi.

Kryterium dostępności ma jednak znaczenie nie tylko w przypadku propozycji z zagranicy. Warto w tym momencie zatrzymać się przy Michale Probierzu, który – przynajmniej oficjalnie – wygrał rywalizację z Papszunem o selekcjonerską nominację po Fernando Santosie (nieoficjalnie było po prostu desygnowanie nowego selekcjonera, bez żadnej rywalizacji). Obecny trener kadry narodowej należał do tych przedstawicieli swojego gatunku, którzy pracowali praktycznie zawsze i bez żadnych przerw. Z Lechii Gdańsk do Jagiellonii przeskoczył właściwie z dnia na dzień, od rozpoczęcia samodzielnej pracy w Polonii Bytom w 2005 roku, przez kolejne siedemnaście lat nie miał przerwy dłuższej niż pół roku. Wydawało się, że zrobi sobie taką po Cracovii, ale zupełnie zaskakująco już niespełna dwa miesiące później zgodził się objąć spadający z ligi Bruk-Bet Termalicę Nieciecza.

Probierz i Nieciecza: alternatywny bieg zdarzeń

Jak wiadomo, pracował tam dwa dni. Ale na tym przykładzie warto się zastanowić, co by było, gdyby nie poróżnił się z szefami klubu tak szybko, tylko zdołał przepracować tam rundę. Bardzo możliwe, że podobnie jak Radoslav Latal, mimo wszelkich wysiłków, spadłby z Ekstraklasy. Gdyby tak się stało, raczej nie dostałby tuż po tym nominacji na selekcjonera młodzieżówki po Macieju Stolarczyku, który akurat odszedł do Jagiellonii. Gdyby nie został selekcjonerem młodzieżówki, miałby znacznie trudniej zostać następcą Fernando Santosa na koniec eliminacji.

Oczywiście niewykluczone, że, czynnik zażyłości z Cezarym Kuleszą i tak okazałby się najważniejszy i historia trenerska Probierza potoczyłaby się dokładnie identycznie, ale po spadku z Niecieczą i bez pracy w młodzieżówce jeszcze trudniej byłoby tę nominację sprzedać opinii publicznej jako racjonalny wybór, bo „trener nabrał dystansu, zmienił się i zyskał format selekcjonerski”. Probierz na selekcjonerską nominację ciężko pracował przez kilkanaście lat, ale kluczowy dla losów jego kariery okazał się trwający ponad dziesięć miesięcy okres, w którym nie poprowadził żadnego meczu. Bo był dostępny dla posad, które w momencie, gdy podejmował pracę w Niecieczy, nie majaczyły jeszcze na horyzoncie. Reprezentację seniorską akurat obejmował Czesław Michniewicz, w juniorskiej dobrze radził sobie Stolarczyk.

Reklama

Dobry trener powinien umieć czekać. Bodaj Fabio Capello powiedział kiedyś, że kluczem do sukcesu w jego karierze trenerskiej było to, że mógł sobie pozwolić na nieprzyjmowanie wielu ofert. Polski trener czekania nie miał jak się nauczyć, ale Papszun jest akurat w tym specyficznym położeniu, że jeśli będzie chciał po prostu wrócić na ekstraklasowy rynek, to wróci, wystarczy, że kiwnie palcem. Nikt o nim nie zapomni. A jeśli będzie chciał wrócić na swoich zasadach, będzie musiał poczekać.

Długofalowe planowanie kariery

Niewykluczone, że już w marcu posada selekcjonera ponownie się zwolni, a lud będzie chciał wywozić selekcjonera na taczkach. Zależnie od tego, jaką rundę rozegra Kosta Runjaić, także w Legii mogą się zmienić nastroje wokół niego. Albo przeciwnie, poradzi sobie na tyle dobrze, że dostanie atrakcyjną ofertę powrotu do Niemiec. Lech to trudniejszy temat, zwalniając Johna Van Den Broma, nawet na Papszuna nie spojrzał. Ale i tam przecież dynamika nastrojów jest kompletną niewiadomą. Może właściciel Rakowa, któregoś dnia stwierdzi, że nikogo lepszego dla swojego projektu nie znajdzie, a Papszun uzna, że wystarczająco już odpoczął i wróci tam na białym koniu? W futbolu tyle już zdarzyło się nieprzewidzianych zwrotów akcji, że naprawdę trudno cokolwiek kategorycznie wykluczyć. Jeśli tylko Papszuna finansowo stać na to, by długo nie pracować, jeśli wytrzymuje mentalnie okres bez prowadzenia drużyny, czekanie na naprawdę atrakcyjne oferty i odrzucanie tych, na których nie ma się ochoty, jest dość racjonalną strategią budowania kariery.

Wszystkie kluby, których nie poprowadził Marek Papszun

Polscy trenerzy rzadko mieli okazję prowadzić kariery w sposób przemyślany i zaplanowany, a ci nieliczni, którzy na jakimś etapie mieli możliwość przebierania w ofertach, wybierali źle. Ostatnim, który miał w jakiś sposób porównywalną reputację do dzisiejszego Papszuna, był Adam Nawałka. On także mógł sobie pozwolić na stawianie żądań w negocjacjach, ale jego pobyt w Lechu Poznań zakończył się spektakularną wtopą, po której były selekcjoner nie pracował już nigdzie. Dobrą pozycję negocjacyjną miał Jerzy Brzęczek, po tym, jak został zwolniony z reprezentacji, zanim zdążył z nią coś przegrać. Zmarnował ją jednak, robiąc rodzinną przysługę Jakubowi Błaszczykowskiemu do zamieszanej w walkę o utrzymanie Wisły Kraków, z którą spadł i od półtora roku nie pracuje w piłce. Pozostali byli selekcjonerzy wracali z pracy w PZPN-ie mniej lub bardziej poranieni. Jeśli nie porażką sportową, to sprawami wizerunkowymi, jak Czesław Michniewicz. Większości trudno więc było stawiać wygórowane żądania. Chodziło raczej o to, by pokazać rynkowi, że jednak potrafią więcej, niż pokazali w kadrze.

Idealny moment na dyktowanie warunków

Papszun musi więc wybrać świadomie, bo znajduje się w idealnym momencie kariery. Z Rakowa odszedł w chwili największego triumfu, nie splamił się żadną pucharową kompromitacją, nie popadł w ligowe kryzysy. Ma prawo kojarzyć się wyłącznie ze zwycięstwami. A jeśli jego następca nie zdoła wywalczyć mistrzostwa, na co na razie się nie zanosi, zacznie się też kruszyć pojawiająca się gdzieniegdzie jesienią narracja, że Raków nic nie stracił na odejściu Papszuna. Jeśli kiedyś ma mieć moment, by wejść do czołowego polskiego klubu na własnych zasadach, to właśnie teraz.

Z półrocznego okresu jego nieobecności w polskim światku piłkarskim nie trzeba więc wyciągać daleko idących wniosków. Gdyby nieobecność naprawdę się przeciągnęła, gdyby przerodziła się w lata, wtedy można by się zastanawiać, jak w przypadku Nawałki, ile by dziś znaczyły jego sukcesy sprzed lat. Ale do tego momentu Papszun ma naprawdę daleko. Jeśli w Polsce są tylko trzy posady, które można by uznać za krok do przodu względem Rakowa, z którego odchodził, to siłą rzeczy może się zdarzyć, że przez pół roku będzie się bezrobotnym. Trenerzy mówiący, że żadnej pracy się nie boją, zwykle kończą marnie, bo prędzej czy później lądują w środowiskach, w których „nawet Guardiola by nie zaradził”. Lepiej wychodzą ci, którzy uważają pośpiech za złego doradcę i wybrednie czekają na trochę lepszy układ na stole.

WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE:

Fot. Newspix

Patrzy podejrzliwie na ludzi, którzy mówią, że futbol to prosta gra, bo sam najbardziej lubi jej złożoność. Perspektywę emocjonalną, społeczną, strategiczną, biznesową, czy ludzką. Zajmując się dyscypliną, która ma tyle warstw i daje tak wiele narzędzi opowiadania o świecie, cierpi raczej na nadmiar tematów, a nie ich brak. Próbuje patrzeć na futbol z analitycznego dystansu. Unika emocjonalnych sądów, stara się zawsze widzieć szerszą perspektywę. Sam się sobie dziwi, bo tych cech nabywa tylko, gdy siada do pisania. Od zawsze słyszał, że ludzie nie chcą już czytać dłuższych i pogłębionych tekstów. Mimo to starał się je pisać. A później zwykle okazywało się, że ktoś jednak je czytał. Rzadko pisze teksty krótsze niż 10 tysięcy znaków, choć wyznaje zasadę, że backspace to najlepszy środek stylistyczny. Na co dzień komentuje Ekstraklasę w CANAL+SPORT.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Wiceprezes ŁKS zapowiada rewolucję kadrową: Będziemy musieli zastąpić 13 zawodników

Szymon Piórek
1
Wiceprezes ŁKS zapowiada rewolucję kadrową: Będziemy musieli zastąpić 13 zawodników

Ekstraklasa

Ekstraklasa

Wiceprezes ŁKS zapowiada rewolucję kadrową: Będziemy musieli zastąpić 13 zawodników

Szymon Piórek
1
Wiceprezes ŁKS zapowiada rewolucję kadrową: Będziemy musieli zastąpić 13 zawodników
1 liga

Misiura: Na Ekstraklasę byłem gotowy już w 2020 roku

Szymon Piórek
0
Misiura: Na Ekstraklasę byłem gotowy już w 2020 roku

Komentarze

40 komentarzy

Loading...