Reklama

Trela: Sprzedażowy fenomen Górnika. Miliony, które pokazują trwoniony potencjał

Michał Trela

Autor:Michał Trela

24 stycznia 2024, 10:47 • 11 min czytania 11 komentarzy

Przez pięć i pół roku Górnik sprzedał zawodników za ponad siedemdziesiąt milionów złotych. Gdyby złożyć najlepszą jedenastkę piłkarzy, którzy przewinęli się przez Zabrze w ostatniej dekadzie, powstałaby całkiem solidna ekipa. Coś, co powinno być powodem do dumy, jednocześnie może być jednak źródłem frustracji. Bo unaocznia, jak wiele możliwości omija ten klub przez chaos, który nim rządzi.

Trela: Sprzedażowy fenomen Górnika. Miliony, które pokazują trwoniony potencjał

Pod samym dachem stadionu Górnika Zabrze zawieszone są wizerunki legend klubu. Co nazwisko, to historia polskiej piłki. Gdy jeszcze Torcida krzyknie „zagraj, zagraj, jak za dawnych lat”, można faktycznie zanurzyć się w nostalgii i uwierzyć, że wszyscy dobrzy piłkarze, którzy kiedykolwiek grali w tym mieście, to dziś starsi panowie. Tymczasem jednak całkiem niezłą galerię sław śląskiego klubu można by utworzyć z samych tylko zawodników, którzy wciąż biegają po boiskach.

W bramce takiej drużyny współczesnych legend stałby Łukasz Skorupski, z dorobkiem ponad ćwierć tysiąca występów w Serie A, obecnie walczący o udział w europejskich pucharach. Wśród stoperów można by wystawić Mateusza Wieteskę, zawodnika Cagliari, w poprzednim sezonie występującego w Clermont, Pawła Bochniewicza, jednego z kapitanów Heerenveen, który za chwilę będzie miał więcej meczów w Eredivisie niż w Ekstraklasie, czy Richarda Jensena, reprezentanta Finlandii z Aberdeen FC. Po bokach pomocy mogliby biegać Daisuke Yokota, kupiony właśnie przez Genk, czołową drużynę belgijską i Kanji Okunuki, podstawowy zawodnik FC Nuernberg, który właśnie zadebiutował w reprezentacji Japonii. Środek pomocy współtworzyliby natomiast Szymon Żurkowski, niedawny zdobywca pierwszego polskiego hattricka w historii Serie A i Alasana Manneh, aktualny uczestnik Pucharu Narodów Afryki i podstawowy zawodnik Odense. 

W ataku biegaliby natomiast Arkadiusz Milik z Juventusu, Szymon Włodarczyk ze Sturmu Graz i Georgios Giakoumakis, król strzelców Eredivisie i ligi szkockiej, który w debiutanckim sezonie w MLS sieknął właśnie dziewiętnaście goli. A w odwodzie pozostaliby jeszcze Dariusz Stalmach z młodzieżowego Milanu, Krzysztof Kubica z Benevento, Rafał Kurzawa z Pogoni Szczecin, Damian Kądzior z Piasta, który w międzyczasie zdążył zagrać w Lidze Mistrzów i La Liga, Przemysław Wiśniewski ze Spezii czy Jesus Jimenez z FC Dallas. Można by właściwie zadać pytanie, jakim cudem klub, przez który w dekadę przewinęło się tylu przyzwoitych albo wręcz dobrych piłkarzy, tylko raz zajął w tym okresie miejsce w czołowej czwórce, a zwykle tułał się gdzieś w środku tabeli?

CZOŁOWA CZWÓRKA SPRZEDAŻOWA

Reklama

Każdy, kto choć trochę zna polską piłkę, doskonale wie, jakim cudem. Ale nie uprzedzajmy faktów. Ponapawajmy się jeszcze liczbami. W ostatnich dwunastu oknach transferowych – od lata 2018 roku – Górnik otrzymał za sprzedaż zawodników (kwoty wg transfermarkt.de) około 16 milionów euro. W przeliczeniu po aktualnym kursie to ponad 70 milionów złotych. Mowa jedynie o czasach od powrotu do Ekstraklasy, czyli bez wliczania żadnych transferów Milika do Leverkusen, Skorupskiego do Romy, czy Krzysztofa Mączyńskiego do Chin, w jakimś sensie już prehistorycznych. 70 milionów złotych od 2018 roku. Średnio prawie sześć na okienko. 

Wyższym wynikiem w tym okresie mogą pochwalić się tylko trzy polskie kluby – Legia Warszawa (39 milionów euro), Lech Poznań (37,5) oraz Pogoń Szczecin (29). Przy czym one, zanim kogoś sprzedadzą, często już kupują go za niezłe pieniądze, jak w niedawnym przypadku Bartosza Slisza. Owszem, poszedł do Atlanty za ponad trzy miliony euro, ale wcześniej Legia musiała połowę tej kwoty wydać na jego transfer z Zagłębia. Górnik nie płaci za transfery przychodzące z nastawianiem na przyszły zysk. Jego rekordowym zakupem wciąż pozostaje Robert Szczot z czasów rządów Allianz. W czołowej ósemce najdroższych transferów do Górnika jest tylko jeden z ostatnich lat – Paweł Bochniewicz wyciągnięty z Udinese za 200 tysięcy euro. Zdecydowana większość zawodników, na których zabrzanie zarabiają, trafiała więc do nich albo za darmo, albo za zupełne grosze.

¼ świetnego wyniku Górnika stanowi sprzedaż Żurkowskiego do Fiorentiny, zajmująca piętnaste miejsce wśród najwyższych transferów wychodzących w historii ligi. Trzeba jednak powiedzieć, że tylko 1/4. Podobne kwotowo pojedyncze strzały zdarzały się kilku klubom – Jagiellonii z Patrykiem Klimalą, Cracovii z Krzysztofem Piątkiem, Zagłębiu z Bartoszem Białkiem, Rakowowi z Kamilem Piątkowskim – ale zwykle stanowią one znacznie większy procent dorobku transferowego danego klubu w tym okresie. Tymczasem Górnik wyspecjalizował się w pozornie małych, ale częstych sprzedażach, które na nikim nie robią wielkiego wrażenia. A pozwalają regularnie przynosić do kasy klubu pieniądze z rynku. 

Pomijając Żurkowskiego, nikomu nie udało się przekroczyć nawet trzech milionów euro. Za to w ciągu pół roku Górnik uzyskał podobne pieniądze, jak jego rekordowy transfer, sprzedając w lecie Włodarczyka, a w zimie Yokotę. Każdy z nich był podstawowym i ważnym ogniwem zespołu, żaden wyróżniającą się postacią w skali ligi. Ba, można zgadywać, że taki Lawrence Ennali, jeśli utrzyma poziom z końcówki jesieni, może wiosną rozwinąć się w naturalnego następcę Yokoty. Tak, jak Yokota okazał się jesienią następcą sprzedanego latem Okunukiego. Na pewno nie ma mowy o uzależnieniu od któregoś z tych piłkarzy.

TRANSFERY, KTÓRE NIE ZAŁAMUJĄ ZESPOŁU

Reklama

Były w ostatnich latach sprzedaże, które bardzo Górnik zabolały, jak oddanie już w trakcie sezonu Bochniewicza, będącego filarem linii obrony zespołu, czy Jesusa Jimeneza, na którym opierała się ofensywa. Często jednak zabrzanie zgarniali pieniądze za piłkarzy, którzy byli przydatni, obiecujący, ale ich odejścia nie powodowały zawalenia się całej drużyny. 

Utrata w krótkim odstępie Kubicy, Manneha i Stalmacha na pewno nie ułatwiła Bartoschowi Gaulowi, ówczesnemu trenerowi, zestawienia środka pola. Przyniesione przez nich dziesięć milionów złotych ułatwiło jednak klubowi związanie końca z końcem. Bartosza Nowaka, Borisa Sekulicia (przed powrotem z Chicago) czy Adriana Gryszkiewicza lepiej by było mieć niż nie mieć. Lecz pięć milionów złotych, które przyniosły ich sprzedaże, piechotą nie chodzi. Transferów w granicach miliona złotych lub więcej dokonano w Zabrzu przez 5,5 roku aż czternastu. A ligowa pozycja Górnika, mimo tak licznych ubytków, niespecjalnie drgnęła. Jedenaste, dziewiąte, dziesiąte, ósme, szóste i obecnie siódme miejsce. Obraz idealnego średniaka, któremu rzadko widmo degradacji realnie zagląda w oczy. Ale który ma nad głową ewidentny szklany sufit.

W pewnym sensie można by uznać, że w Zabrzu znaleźli kamień filozoficzny właścicieli polskich klubów. Nauczyli się regularnie zarabiać na transferach, jednocześnie nie spadając z ligi. Trzeba to uznać za fenomen. Mowa przecież o klubie, który jest pod wieloma względami zarządzany w sposób patologiczny. W którym za wszystkie sznurki pociąga się w ratuszu. W którym zdecydowanie za dużo do powiedzenia ma zorganizowana grupa kibicowska. Którego akademia wygląda tak, jak na zdjęciach wrzucanych na X przez Lukasa Podolskiego. W którym nie funkcjonuje prężnie działający dział sportowy, a często nie funkcjonuje żaden. I w którym są ustawiczne opóźnienia w wypłatach. Mimo to Górnik posiadł umiejętność znajdywania niezłych piłkarzy, promowania ich w Ekstraklasie i sprzedawania. To zdecydowanie nie jest oczywiste, gdy chodzi o klub, który nie ma zapewnionej dobrej ekspozycji poprzez grę w pucharach, walkę o czołowe miejsca, czy występy najlepszych piłkarzy w reprezentacjach kraju.

PERSPEKTYWA „JEST SUPER, WIĘC O CO CI CHODZI?”

Na te same liczby i zestawienia nazwisk można spojrzeć z różnych perspektyw. Najbardziej przychylna Górnikowi, a raczej prezydent Zabrza, kazałaby powiedzieć, że skoro zabrzanom tak dobrze idzie łączenie wyników sportowych z transferowymi, to znaczy, że z klubem wcale nie może być tak źle, jak mówią złe języki ludzkie. Po owocach poznacie. A te Górnika są całkiem soczyste. Ewentualnie, parafrazując panią prezydent, „nawet jeśli nie wszystko jest idealnie”, być może trzeba uznać, że – przynajmniej w polskich warunkach – struktury i działy sportowe są przeceniane. Niezły efekt można też osiągnąć, bazując na poleceniach, notesie pojedynczych skautów czy dyrektorów sportowych albo oku kolejnych trenerów. Ta perspektywa, choć pewnie dość wygodna, raczej nie ma jednak wiele wspólnego z prawdą. Albo przynajmniej nie zamyka całej sprawy.

Druga perspektywa też skupia się na finansowych aspektach powyższych transakcji, ale każe je widzieć bardziej krytycznie. Kwoty z transfermarkt.de mogą dawać tylko pobieżny obraz sytuacji. W rzeczywistości mogą się okazać trochę mniejsze. Zawierać bonusy, których nie uda się osiągnąć. Uwzględniać klauzule, które każą się podzielić zyskami z poprzednimi klubami zawodnika (jak jest w przypadku Yokoty). Mogą być wypłacane w transzach, albo z opóźnieniem, jak w przypadku pieniędzy z Benevento za Kubicę. Wymagać opłacenia prowizji dla pośrednika. A muszą być pomniejszone jeszcze o podatki, opłaty kierowane do piłkarskiej centrali i do regionalnego związku. Z nominalnych 70 milionów złotych zarobionych przez Górnik, na konto mogła trafić mniej niż połowa.

PARUJĄCE PIENIĄDZE

To jednak wciąż mnóstwo pieniędzy, które zdają się wpadać w studnię bez dna. W żaden sposób nie zmieniają bowiem sytuacji Górnika. Problemy nie tylko nie znikają, ale narastają. Zadłużenie wciąż jest horrendalne. Właściwie nie ma sezonu, by nie było słychać o opóźnieniach w wypłatach. Tego rzędu przychody transferowe mogłyby sprawiać, że Górnik, dokładając kwoty z dnia meczowego, praw telewizyjnych i od sponsorów, mógłby być właściwie samowystarczalny i nie musiał ciągle ssać pieniędzy z miejskiej kasy. Tymczasem te przychody, mimo że miasto ciągle łoży na klub, pomagają tylko wiązać koniec z końcem. Zamiast więc być dowodem, że w Górniku wszystko funkcjonuje dobrze, są dowodem złego zarządzania. U klubów, które jak Pogoń, Lech czy Legia wyprzedzają zabrzan w kwotach z transferów, nadwyżki widać. Choćby w dyspozycji sportowej. Nie mówiąc o warunkach codziennego funkcjonowania. Po Górniku absolutnie nie widać, że potrafi zarabiać na transferach. Wszystko natychmiast się rozpływa.

To trudne do sprawdzenia, lecz można podejrzewać, że to właśnie problemy wewnętrzne Górnika sprawiły, że z transferów nie wycisnął jeszcze większych pieniędzy. Kto potrzebuje środków, by przetrwać, ma gorszą pozycję negocjacyjną. Nie może poczekać na lepszy moment. Sprawdzić, czy szczyt formy danego piłkarza nie przyjdzie za rok. Odrzucać pierwszej z brzegu oferty, by trochę pozgrywać niezainteresowanego. Być może postępując w ten sposób, Górnik sprzedałby mniej piłkarzy. Być może w niektórych przypadkach by przekalkulował i został z niczym, zamiast zgarnąć choć kilkaset tysięcy euro. Ale jest też możliwość, że nie spiesząc się, byłby w stanie sprzedać niektórych dobrych piłkarzy za więcej niż grosze.

Giakoumakis nie przyniósł Górnikowi nic, bo nie został wykupiony z AEK-u. Zrobiło to Venlo, które rok później sprzedało go z sześciokrotną przebitką Celticowi. Ten także na nim zarobił, wysyłając go do Atlanty. Górnik, będąc biednym, w niektórych przypadkach ma związane ręce. A to, że jest biedny, mimo dobrego sprzedawania, zwykle świetnej frekwencji i wiszenia od ponad dekady na kroplówce miejskiej, to koronny dowód na fatalne zarządzanie. Dobrze, że – wybaczcie wyolbrzymienie – dział sportowy potrafi regularnie dawać klubowi finansowy oddech. Kiepsko jednak, że klub co pół roku potrzebuje szukać tlenu na rynku transferowym.

PERSPEKTYWA ZMARNOWANYCH SZANS

Jest jeszcze trzecia perspektywa, kibicowska, w której finanse klubu są jedynie środkiem, a nie celem. Ta perspektywa mówi, że Górnik koszmarnie marnuje potencjał. Skoro przez dekadę przewinęło się przez niego tylu dobrych zawodników, wspomaganych jeszcze Lukasem Podolskim, umiejącym dać coś ekstra, Erikiem Janżą, niemającym potencjału sprzedażowego, lecz mającym perspektywę wzięcia udziału w mistrzostwach Europy, czy kilkoma solidnymi ligowcami, za których nikt nigdy nie rzuci milionów, ale którymi warto uzupełnić skład, nie wyściubił nosa ponad czwarte miejsce, coś musi być nie tak. 

Minimalistycznie patrząc, można, jak prezydent Małgorzata Mańka-Szulik, przekonywać, że jest dobrze, bo klub zarabia na transferach i notuje przyzwoite wyniki. Ale można też, patrząc na te wyniki i zarobki, czuć złość, że od lat Górnik nie próbuje zrobić kroku naprzód. Pójść za ciosem. Raków nie sprzedaje lepiej niż Górnik, bo odrzuca oferty lepsze niż te, których Górnik nigdy by nie odrzucił. Piast nie sprzedaje lepiej niż Górnik, ale też potrafi zatrzymywać skład, nie łakomiąc się zwykle na byle ofertę. I w ostatnich zazwyczaj kończąc ligę ponad Górnikiem.

LEGENDY TYLKO SPRZED LAT

Skoro w tak trudnych, chaotycznych i pełnych turbulencji warunkach udawało się zabrzanom zajmować szóste miejsce przed rokiem i siódme jesienią, teoretycznie nie powinno brakować aż tak wiele, by o kwalifikację do europejskich pucharów powalczyć częściej niż raz na ćwierć wieku. Lista zawodników, którzy przewinęli się przez Górnik z tej perspektywy stanowi więc raczej źródło frustracji, a nie powód do dumy. Gdyby w Zabrzu potrafili lepiej zagospodarować tych, których sprowadzają, sprawić, że będą mogli skupić się tylko na trenowaniu w dobrych warunkach i grze oraz mogli sobie pozwolić na to, by nie musieć co roku klecić składu od nowa, tylko dać możliwość niezłym piłkarzom, by ze sobą się zgrali, przyśpiewka „zagraj, zagraj jak za dawnych lat” nie brzmiałaby tak mocno życzeniowo i nostalgicznie, jak obecnie.

Transfer Daisukego Yokoty może więc budzić w kibicu Górnika mieszane uczucia. Japończyka można uznawać za majstersztyk transferowy klubu, który wyciągnął go za grosze z ligi łotewskiej, a po ledwie jedenastu miesiącach sprzedał do silnego belgijskiego ligowca za kwotę 67 razy większą. Można też jednocześnie traktować go jako kolejnego, który sportowo dał klubowi kilka pojedynczych uniesień i zanim na dobre rozbłysnął, ruszył w dalszy świat. Zostawił tylko po sobie więcej pieniędzy do zmarnowania przez działaczy. Dobrze umieć korzystnie sprzedawać piłkarzy. Jeszcze lepiej jednak byłoby móc zawiesić wizerunek kogoś współczesnego pod dachem stadionu. A kandydatów do tego, poza Podolskim, który jednak jest przypadkiem z zupełnie innej kategorii, w Zabrzu jak nie było, tak nie ma. Pod tym względem w Górniku czas faktycznie zatrzymał się jakieś trzydzieści lat temu.

Czytaj więcej o Górniku Zabrze:

Fot. Newspix

Patrzy podejrzliwie na ludzi, którzy mówią, że futbol to prosta gra, bo sam najbardziej lubi jej złożoność. Perspektywę emocjonalną, społeczną, strategiczną, biznesową, czy ludzką. Zajmując się dyscypliną, która ma tyle warstw i daje tak wiele narzędzi opowiadania o świecie, cierpi raczej na nadmiar tematów, a nie ich brak. Próbuje patrzeć na futbol z analitycznego dystansu. Unika emocjonalnych sądów, stara się zawsze widzieć szerszą perspektywę. Sam się sobie dziwi, bo tych cech nabywa tylko, gdy siada do pisania. Od zawsze słyszał, że ludzie nie chcą już czytać dłuższych i pogłębionych tekstów. Mimo to starał się je pisać. A później zwykle okazywało się, że ktoś jednak je czytał. Rzadko pisze teksty krótsze niż 10 tysięcy znaków, choć wyznaje zasadę, że backspace to najlepszy środek stylistyczny. Na co dzień komentuje Ekstraklasę w CANAL+SPORT.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

11 komentarzy

Loading...