Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Strażak, który się zasiedział. Rok Radosława Sobolewskiego w Wiśle Kraków

Michał Trela

Autor:Michał Trela

03 października 2023, 10:55 • 13 min czytania 31 komentarzy

Jest jednym z nielicznych trenerów w ostatniej dekadzie, którzy przetrwali w ekipie Białej Gwiazdy pełne dwanaście miesięcy. Za okres jego pracy zespół znajduje się na miejscu premiowanym awansem. A jednak jest coraz mniej powodów, by sądzić, że cierpliwość, jaką wykazał się wobec niego Jarosław Królewski, zostanie jeszcze kiedyś nagrodzona.

Strażak, który się zasiedział. Rok Radosława Sobolewskiego w Wiśle Kraków

Przetrwanie roku w Wiśle Kraków powinno być dla trenera nie lada powodem do świętowania. Niewielu ta sztuka się udaje. Z ostatnich jedenastu osób, które prowadziły Białą Gwiazdę, Radosław Sobolewski dokonał jej dopiero jako trzeci. Poprzednim, który przetrwał 12 miesięcy na stanowisku, był Artur Skowronek, zwolniony dwa tygodnie po jubileuszu. Wydaje się jednak, że obecny trener I-ligowca odbierze w tym dniu niewiele gratulacji i życzeń, by przetrwał kolejny rok. Zresztą słowo „przetrwanie” dobrze tu pasuje. To nie jest rok, który minął niepostrzeżenie. Przynajmniej kilka ostatnich miesięcy upłynęło na odwlekaniu decyzji o rozstaniu o kolejne tygodnie. Bez specjalnego poczucia, że to relacja, która zmierza w konkretnym kierunku.

Trener ulubionej drużyny to jedna z najważniejszych osób w życiu każdego kibica. Jego wypowiedzi słucha się z uwagą przynajmniej dwa razy w tygodniu, przed i po każdym z meczów. Jego decyzje szeroko analizuje się jeszcze przez cały tydzień. Jego zachowanie w trakcie spotkań daje fanom poczucie, że ich piłkarze są w dobrych rękach, albo wręcz przeciwnie, każe wątpić, czy leci z nimi pilot. Jak pisali Stefan Szymanski i Simon Kuper w książce „Futbonomia”, „[trener] może nie mieć wielkiego wpływu na wynik, ale po meczu to on wyjaśnia go na konferencji prasowej. Jest twarzą i głosem klubu. To oznacza, że musi wyglądać dobrze – dlatego tak wielu z nich ma lśniące, falujące włosy – i mówić publicznie właściwe rzeczy. Siłą wielu menedżerów nie jest wygrywanie meczów – na co mają ograniczony wpływ – lecz utrzymywanie wszystkich grup wokół klubu (zawodników, zarządu, fanów, media, sponsorów) w dobrym nastroju. To dlatego tak wielu menedżerów jest charyzmatycznych. Ich charyzma może nie mieć większego wpływu na wygrywanie meczów, ale pomaga im utrzymać poparcie”.

I na tym m.in. polega jeden z problemów Sobolewskiego. Dopóki broniły go wyniki, można było przymknąć oko na wszystko inne. Bo liczył się tylko awans do Ekstraklasy. Jego brak już bardzo mocno zachwiał zaufaniem do niego. Od momentu zatrudnienia go jego największym atutem było to, że jest pod ręką i w sytuacji deficytu czasowego pozwala uniknąć kolejnej rewolucji. Gdy więc Jerzy Brzęczek wpadł w kryzys i trzeba było znaleźć kogoś, kto dokończy po nim rundę, Sobolewski jako jego asystent stanowił tanie i w miarę bezpieczne rozwiązanie. Gdy w zimie dochodziło do przeciągania liny między właścicielami, zmiany dyrektora sportowego i rewolucji kadrowej w drużynie, pozostawienie na stanowisku tego samego trenera dawało chociaż pozory jakiejś stabilizacji.

LETNIA KALKULACJA

W lecie, przy krótkiej przerwie między sezonami, postawienie na Sobolewskiego miało się opłacić zwłaszcza w pierwszej fazie rozgrywek. W sytuacji, w której w lidze pojawia się czterech beniaminków i trzech spadkowiczów, czyli zmienia się niemal połowa składu stawki, a jeszcze kilka klubów decyduje się na zmianę trenera, ktoś, kto nie awansował, nie spadł, ani nie zmienił trenera, a jeszcze dość szybko skompletował zespół, daje sobie szansę, by wystartować lepiej niż cała reszta. A już poprzednie sezony pokazały, że kto zamierza awansować, ten już jesienią powinien się usadowić w sprzyjającej pozycji.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Nawet jeśli Sobolewski wiosną przegrywał ważne bezpośrednie mecze, dawał uzasadnione nadzieje, że nadal będzie zbierał regularnie punkty na średnich i słabszych drużynach, co w skali sezonu powinno wystarczyć do awansu. A gdy pierwsza faza sezonu pokazała, że ta kalkulacja też się nie potwierdziła i w oczy trenera realnie zaczęło zaglądać zwolnienie, potrafił w ostatnich momentach ratować posadę: kiedy po meczu z Arką Gdynia miała się rozstrzygać jego przyszłość, akurat zespół wygrał 5:1. Kiedy po zremisowaniu u siebie z ostatnim Chrobrym Głogów znów zaczęło się wokół niego robić gęsto, rozbił na wyjeździe Motor Lublin 4:1. Sobolewski przyszedł do Wisły jako strażak i po roku nie przestał nim być. Jako tako ratuje sytuację od pożaru do pożaru, ale o zbudowaniu czegokolwiek trudno na razie mówić.

Z trenerów, którzy pracowali już w tych samych klubach I-ligowych w momencie, gdy zatrudniany w Wiśle był Sobolewski, na stanowiskach wciąż pozostają jedynie Mirosław Hajdo z Resovii i Rafał Górak z GKS-u Katowice. To pokazuje, że nie da się już stosować argumentu o braku czasu. Praktycznie każdy, z którym Sobolewski rywalizuje, miał go mniej. Oczywiście, stażem przebijają go także szkoleniowcy beniaminków, ale oni z kolei musieli w tym czasie przejść wielką rewolucję, jaką jest przystosowanie zespołu do gry w wyższej lidze. Do efektów pracy Sobolewskiego powinny więc już należeć – oprócz wyników – także jakieś wyraźne, powtarzalne cechy jego zespołu, czy personalni wygrani, którzy ewidentnie zyskali na tym, że akurat on jest trenerem danej drużyny. To trzy zasadnicze kryteria oceny każdego trenera: rezultaty, jakie osiąga jego zespół, sposób, w jaki gra i to, jak rozwijają się poszczególni zawodnicy. Problem Sobolewskiego polega na tym, że – mimo wszystko – wciąż wygląda najlepiej pod względem wyników.

PUNKTY PUNKTOM NIERÓWNE

Spośród zespołów, które cały ostatni rok spędziły w I lidze, Wisła jest na drugim miejscu, minimalnie ustępując jedynie Bruk-Betowi Termalice Nieciecza. Strzeliła wyraźnie najwięcej goli, tracąc trochę więcej (37) niż reszta czołówki. Jego średnia punktów (1,78/mecz), rozciągnięta na 34 kolejki dałaby niespełna 61 punktów, czyli wynik na pograniczu bezpośredniego awansu i strefy barażowej (rok temu Ruch awansował z drugiego miejsca, mając 62). Tylko te wyliczenia sprawiają, że Sobolewski mimo wszystko przetrwał na stanowisku rok. Sęk w tym, że w futbolu są ściśle określone widełki, w których liczy się dany dorobek. Na potrzeby oceny trenera można oczywiście wygenerować tabelki za okres jego pracy, ale w futbolu, przynajmniej w tej części świata, liczą się nie lata kalendarzowe, nie okresy od 3 do 3 października, a sezony trwające od lipca do maja. A jak na razie w żadnym z nich Sobolewskiemu nie udało się wskoczyć do czołowej dwójki. I to dość poważny problem.

Drugi polega na tym, że punkty punktom nierówne. Zdobycie przez Tomasza Tułacza w zeszłym sezonie 58 było traktowane jak małe mistrzostwo świata, a zdobycie przez Sobolewskiego dwóch więcej jako rozczarowanie i nie ma w tym niczego niesprawiedliwego. Nie można analizować dorobku punktowego trenera bez brania pod uwagę, kogo prowadzi, jaki jest budżet płacowy jego klubu i jakich piłkarzy ma do dyspozycji. Wydaje się, że nie ma w lidze trenera, który nie zamieniłby się z Sobolewskim kadrą. Pod względem wartości rynkowej w portalu transfermarkt.de tylko Lechia Gdańsk minimalnie góruje nad Wisłą. Jeśli chodzi o występy w Ekstraklasie, zawodnicy Wisły mają ich łącznie w karierze 717. Pod tym względem przebija ich jedynie Wisła Płock, ale w dużej mierze dlatego, że krakowianie oparli skład na obcokrajowcach, którzy zbierali doświadczenia w innych ligach niż polska. Nie brakuje więc powodów, by uważać, że ze składem, jaki ma do dyspozycji Sobolewski, drugie miejsce za cały okres pracy to nie wielki sukces, lecz co najwyżej wynik w granicach przyzwoitości.

Pod względem innych aspektów, które mogą czasem przemawiać za trenerem, nawet jeśli niekoniecznie robią to wyniki, wcale nie jest z Wisłą najlepiej. Spośród zawodników, którzy jakoś rokowali w momencie, gdy zespół spadał z ligi, o żadnym nie można powiedzieć, że zrobił krok do przodu. Choć spadek jest dla każdego klubu katastrofą, czasem okazuje się, że dla rozwoju poszczególnych piłkarzy nie jest taki zły. Potencjału Mikołaja Biegańskiego, Patryka Plewki, Dawida Szota, Mateusza Młyńskiego, Konrada Gruszkowskiego czy Piotra Starzyńskiego w żaden sposób nie udało się jednak Sobolewskiemu wykorzystać. Dalsza historia ich karier pokaże, czy dlatego, że go nie było, czy dlatego, że nie dostrzegł go trener.

Z młodych piłkarzy jedynie Kacper Duda, na którego od razu postawił Jerzy Brzęczek, utrzymał miejsce w składzie, ale też trudno powiedzieć, by u Sobolewskiego specjalnie się rozwinął. I nie wiadomo, jakie byłyby wybory trenera, gdyby nie ochrona w postaci przepisu o młodzieżowcu. Tylko dwa zespoły mają w tym sezonie wyższą średnią wieku graczy na boisku niż Wisła (Odra Opole i Zagłębie Sosnowiec). Z zawodników, którzy pod wodzą Sobolewskiego zadebiutowali w lidze, zdecydowana większość to obcokrajowcy, a jedynie o Jakubie Krzyżanowskim, Patryku Gogole i Kamilu Brodzie można powiedzieć, że są młodzi. Mniej minut młodzieżowcy uzbierali w tym sezonie tylko w Zagłębiu Sosnowiec, Motorze Lublin, Bruk-Becie Termalice Nieciecza, Górniku Łęczna i Odrze Opole. Nie można więc powiedzieć, że Sobolewski wprawdzie wyniki ma przeciętne, ale za to buduje coś na przyszłość.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

ZESPÓŁ PIŁKARZY

Pozostaje jeszcze kwestia stylu. Patrząc na statystyki goli oczekiwanych w tym sezonie, nie można już powiedzieć, że Wisła ma jakiegoś ekstremalnego pecha, a z gry zasłużyła na znacznie więcej punktów. Były oczywiście takie mecze, ale na początku tego sezonu na pewno nie odbywa się jakieś niekorzystne dla Wisły zakrzywienie rzeczywistości, które w skali całych rozgrywek zwykle się prostują. Wisła niby stara się prowadzić grę, atakować, zdobywać bramki, ale można odnieść wrażenie, że w dużej mierze wynika to z umiejętności konkretnych piłkarzy. Nawet ci ofensywni, którzy już znali I ligę, jak Szymon Sobczak czy Joan Roman wyglądają na razie gorzej niż w poprzednich klubach. Chyba jedynie o Angelu Rodado można powiedzieć, że jest dziś ważniejszą postacią, niż był przed rokiem.

Trenerzy drużyn przeciwnych zwykle uznają Wisłę za zespół stosunkowo łatwy do przeczytania, z kolei Sobolewskiemu rzadko udaje się znaleźć odpowiednie rozwiązania na atuty innych. Do rangi symbolu urosły już stałe fragmenty gry Puszczy Niepołomice, co akurat jest trochę krzywdzące, bo Puszcza nadal strzela w ten sposób mnóstwo goli, mimo że próbują temu zapobiec trenerzy lepsi od Sobolewskiego. Ale rzadko Wisła jest zespołem silniejszym niż suma jednostek, które w niej grają. A tracenie goli ze stojącej piłki można gorzko uznać za jeden ze znaków rozpoznawczych tej drużyny. I to nie tylko wtedy, gdy wykonują je tacy specjaliści, jak ci z Niepołomic. Jak na razie Wisła, gdy przegrywa, nie jest w stanie odwracać wyników (4 takie sytuacje, 2 punkty). Rozwiązania w ataku pozycyjnym ograniczają się zwykle do bazowania na umiejętnościach konkretnych piłkarzy.

Na koniec zostaje jeszcze kwestia najmniej uchwytna, ale nie najmniej ważna, czyli to, co Szymanski i Kuper nazwali „utrzymywaniem w dobrym nastroju najważniejszych grup wokół klubu”. Sytuacja rynkowa nie sprzyja Sobolewskiemu. Jako jeden z nielicznych bardzo dobrych polskich piłkarzy ze swojego pokolenia zdecydował się na zostanie trenerem. Ale to nie jest dobry moment dla byłych piłkarzy w roli trenerów. Polskie kluby zakochały się w pochodzących często spoza środowiska pasjonatów, którzy przebijali się w zawodzie od samego dołu. Mistrzem Polski został Marek Papszun, do fazy grupowej Ligi Europy awansował 32-letni Dawid Szwarga, pierwsze zwolnione w Ekstraklasie miejsce zgarnął Daniel Myśliwiec, zastępując chwalonego przed rokiem Janusza Niedźwiedzia, zachwyty już od dawna dotyczą pracy Dawida Szulczka, a od niedawna komplementy zbiera też Adrian Siemieniec.

TRENER WBREW MODZIE

Sobolewski różni się od nich nie tyle metryką, ile sposobem, w jaki mówi i myśli o piłce. Dla niego futbol to bardziej sport piłkarzy. To ich stawia w centrum. Trudno go nazwać taktycznym maniakiem, innowatorem, który najchętniej zaprogramowałby wszystkie ruchy zawodników i chce mieć kontrolę nad każdym detalem. W futbolu zawsze dla takich szkoleniowców znajdzie się miejsce, lecz aktualnie publiczność kocha inny typ. A byłym polskim piłkarzom ufa niechętnie. Mariusz Lewandowski, jedyny obok Sobolewskiego były zawodnik z reprezentacyjnego poziomu z tego pokolenia, który też próbuje się przebić jako trener, również nie ma i nigdy nie miał dobrej prasy. Gdy Myśliwiec na pierwszych konferencjach w Widzewie mówi, dlaczego dośrodkowania to nie jest najbardziej efektywny sposób rozwiązywania ataków, słowa są wręcz spijane z jego ust. Wypowiedzi Sobolewskiego wywołują zwykle u kibiców Wisły co najwyżej wzruszenie ramion albo brwi.

Wiąże się to też z własnym postrzeganiem Wisły. Prezes Jarosław Królewski kojarzy się z innowacyjnością i chęcią robienia rzeczy inaczej niż były dotąd w polskiej piłce robione. Wisła chciałaby iść swoją drogą i wyznaczać trendy, nawet jeśli kompletnie jej to w ostatnich latach nie wychodziło. W trenerach, którzy sprawiali wrażenie, że wniosą do polskiej piłki powiew świeżości, a Wisła będzie tego pierwszym beneficjentem, za którym pójdą inni, publika chętnie się zakochiwała. Sobolewski nawet emocjonalnej wiślackiej społeczności nie jest w stanie w ten sposób porwać. Jego się tu może lubi, na pewno szanuje, wszyscy mają go za porządnego i charakternego faceta, który z całą pewnością chciałby dla Wisły dobrze. Ale raczej nikt nie mówi mu już: wodzu, prowadź, ty wiesz lepiej, widzisz więcej, wiesz, dokąd zmierzasz. Każdy moment, w którym z rynku znika kolejny potencjalnie dobry trener, wywołuje raczej frustrację. Bo sugeruje, że w momencie, gdy rozstanie z Sobolewskim będzie już naprawdę nieuchronne, ciekawych opcji na rynku może być znacznie mniej niż wtedy, gdy bez wielkiego entuzjazmu decydowano się dalej odwlekać zmianę.

Gdzieś w tle majaczy jeszcze odleglejsze pytanie: co dalej? Już samo to, że ten trener zdoła wprowadzić Wisłę do Ekstraklasy, coraz większej liczbie osób wydaje się wątpliwe. Im dłużej trwa jesień, tym bardziej rośnie strata do czołówki, podczas gdy rosnąć miała przewaga nad grupą pościgową. Nawet jeśli jednak jakoś by mu się udało, długofalowym celem Wisły nie jest sam powrót do Ekstraklasy, ale też przecież stopniowa odbudowa pozycji w polskiej piłce. Coroczne losy beniaminków najwyższej ligi, a już zwłaszcza losy tych zeszłorocznych, którzy zostawili w pokonanym polu Wisłę, pokazują, że przeskok między Ekstraklasą a I ligą jest coraz trudniejszy do pokonania. Potrzeba bardzo mądrej pracy i wielkiej elastyczności taktycznej trenera, by jakoś się w tej sytuacji obronić. Gdy kończy się przewaga w umiejętnościach indywidualnych, trzeba czegoś więcej. A Sobolewskiego wymyślającego jakieś rozwiązania na starcia z silniejszymi kadrowo rywalami jeszcze trudniej sobie wyobrazić niż tego świętującego z Wisłą awans do Ekstraklasy.

„PROJEKT”: WYGRAĆ NASTĘPNY MECZ

Słowo „projekt” w piłce jest nadużywane, więc się zdewaluowało. Ale akurat w przypadku Wisły nawet nie można go użyć. Wisła nie ma z Sobolewskim żadnego projektu. Nie buduje zespołu, który miałby grać w określony sposób, mieć konkretne cechy, albo wprowadzać na wyższy poziom poszczególnych zawodników. Projekt miał Raków, który wymieniał w nim poszczególne elementy na lepsze, cały czas jednak trzymając podobną bazę. Jakiś projekt miał Widzew z Januszem Niedźwiedziem, Górnik Marcina Brosza, pierwsze Zagłębie Piotra Stokowca, czy nawet (na miarę możliwości) Puszcza z Tomaszem Tułaczem. Projekt Sobolewskiego broni się tylko, jeśli akurat zespół wygrał w weekend mecz. Jeśli nie wygrał, tydzień został zmarnowany. A że ostatnio rzadko wygrywa (w tym sezonie tylko trzy razy na dziesięć prób!), dość często można odnieść wrażenie, że tylko marnuje czas. Trwanie przez rok z Radosławem Sobolewskim może się obronić tylko, gdy skończy się awansem do Ekstraklasy. Jeśli będzie inaczej, zostanie niewiele, co można będzie zapisać jako pozytywy tego okresu.

Kalkulacja z pozostawieniem Sobolewskiego po przegranym awansie broniła się tym, że po odcięciu ogona z czasów Brzęczka Wisła jednak punktowała najlepiej w lidze. Kalkulacja z pozostawieniem go we wrześniowej przerwie na kadrę broniła się, bo mimo kiepskiego startu, zespół jednak zdawał się iść w górę, rozbijając u siebie Arkę i remisując na wyjeździe z Miedzią w kolejkach poprzedzających pauzę. Aktualne kalkulacje mówią jednak, że po blisko 1/3 sezonu Wisła już ma sześć punktów straty do strefy premiowanej awansem (tyle, ile wtedy gdy zwalniany był Brzęczek). Były powody, by rozumieć, a nawet chwalić Królewskiego, że stara się zatrzymać spiralę zwolnień, unikać decyzji w emocjach i patrzeć na futbol bardziej wielowątkowo, niż tylko rzucając na stos trenera. Czasem tego rodzaju cierpliwość doprowadza do tego, że potem można patrzeć triumfująco na całe otoczenie i gratulować sobie, że wytrzymało się presję. Trudność polega jednak na tym, że nigdy nie wiadomo, kiedy najlepszą decyzją jest cierpliwość, a kiedy stanowcza reakcja po pierwszych niepokojących symptomach. Jest coraz więcej powodów, by sądzić, że pozwalając trenerowi spędzić ponad rok na stanowisku, Wisła skaże się na kolejną trudną gonitwę za czołówką, bez marginesu błędu. Nigdy się nie dowiemy, czy gdyby Królewski zareagował bardziej impulsywnie, krakowianie byliby w lepszym położeniu. Ale obecna droga coraz mocniej wygląda na ślepy zaułek.

Czytaj więcej o pierwszej lidze:

Fot. 400mm.pl

Patrzy podejrzliwie na ludzi, którzy mówią, że futbol to prosta gra, bo sam najbardziej lubi jej złożoność. Perspektywę emocjonalną, społeczną, strategiczną, biznesową, czy ludzką. Zajmując się dyscypliną, która ma tyle warstw i daje tak wiele narzędzi opowiadania o świecie, cierpi raczej na nadmiar tematów, a nie ich brak. Próbuje patrzeć na futbol z analitycznego dystansu. Unika emocjonalnych sądów, stara się zawsze widzieć szerszą perspektywę. Sam się sobie dziwi, bo tych cech nabywa tylko, gdy siada do pisania. Od zawsze słyszał, że ludzie nie chcą już czytać dłuższych i pogłębionych tekstów. Mimo to starał się je pisać. A później zwykle okazywało się, że ktoś jednak je czytał. Rzadko pisze teksty krótsze niż 10 tysięcy znaków, choć wyznaje zasadę, że backspace to najlepszy środek stylistyczny. Na co dzień komentuje Ekstraklasę w CANAL+SPORT.

Rozwiń

Najnowsze

1 liga

Komentarze

31 komentarzy

Loading...