Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

The Shot i 69 punktów. Jak Michael Jordan dwa razy rozpalił Cleveland

Szymon Szczepanik

Autor:Szymon Szczepanik

04 kwietnia 2023, 12:53 • 18 min czytania 12 komentarzy

Michael Jordan nie był najbardziej lubianą postacią w Cleveland. To właśnie miejscowi Cavaliers stali się jego ulubioną drużyną do zaliczana występów, na bazie których budował swą legendę. To w Cleveland MJ wykonał „The Shot” – jeden z najbardziej ikonicznych rzutów w swojej karierze. I to również z Cavs zdobył rekordowe 69 punktów w jednym spotkaniu. Ale co znamienne, oba te występy Jordan zaliczył jeszcze przed nastaniem mistrzowskiej ery Chicago Bulls. I pod pewnymi względami, oba są symbolem starego Jordana, który dopiero z czasem przedłożył dobro drużyny nad swoje indywidualne popisy.

The Shot i 69 punktów. Jak Michael Jordan dwa razy rozpalił Cleveland

KRÓL BEZ KORONY, Z “TRÓJKĄ” W DRAFCIE

Powiedzieć, że w 1990 roku Michael Jordan był już znaną twarzą NBA, to jak nie powiedzieć nic. Tak się bowiem składa, że “zaledwie” znaną twarzą MJ został już w swoim debiutanckim sezonie 1984/1985, gdy rzucał ponad 28 punktów na mecz. Choć z dzisiejszej perspektywy to brzmi jak żart, w drafcie poprzedzającym rozgrywki Jordan został wybrany dopiero z trzecim numerem. Ale możemy usprawiedliwić przynajmniej jedną z ekip, która wtedy rozdawała karty w pierwszeństwie pozyskiwania nowych twarzy NBA.

Wybór z pierwszego miejsca padł na Hakeema Olajuwona, na którego postawiło Houston Rockets. I ta decyzja nikogo wówczas nie dziwiła. Pochodzący z Nigerii środkowy miał potencjał, żeby zostać nową wielką gwiazdą NBA  – wchodząc w buty Mosesa Malone’a czy Kareema Abdula-Jabbara. Co prawda zespół z Teksasu miał już w składzie świetnego podkoszowego – mierzącego aż 224 cm Ralpha Sampsona – ale jego władze uznały, że to nie problem. I po prostu młodzi stworzą wysoki, dominujący duet. Co zresztą się udało – bo w 1986 roku Rockets mieli awansować do finałów NBA. Nie trzeba też przypominać, jak znakomitą karierę koniec końców zrobił Olajuwon – dwukrotny MVP Finałów czy członek Galerii Sław.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Drugi wybór w drafcie przypadał natomiast ekipie Portland Trail Blazers, której szczególnie zależało na pozyskaniu nowego środkowego. Dlatego jej uwagę przyciągnął Sam Bowie, równie monstrualny (216 cm wzrostu) co Olajuwon zawodnik uniwersyteckiego zespołu Kentucky Wildcats. Swoją drogą, Trail Blazers też preferowali Hakeema, jednak walkę o pierwszy numer draftu przegrali przez… rzut monetą.

I tak, w obliczu faktu, że na pozycji Jordana Portland posiadali już Clyde’a Drexlera, postawiono na drugą wieżę, która w rozgrywkach uniwersyteckich wyglądała świetnie (choć bez wątpienia gorzej niż Olajuwon). Rzecz w tym, że włodarze klubu z Portland zignorowali to, jak kruchym zdrowiem dysponował Bowie. Już w Kentucky opuścił dwa sezony z powodu złamania przeciążeniowego lewego piszczela. A że w najlepszej koszykarskiej lidze świata treningi są mordercze, to w ciągu czterech lat Bowie jeszcze raz złamał lewy i dwa razy prawy piszczel.

W tym samym czasie Jego Powietrzność, przyodziany w dedykowane buty Air Jordan, latał nad kolejnymi rywalami na koszykarskich parkietach. Michael po prostu zjadał tę grę. Przynajmniej indywidualnie. Do 1990 roku sześciokrotnie był uczestnikiem Meczu Gwiazd. Innymi słowy, był wybierany do największego show w sezonie NBA już od pierwszego roku swojej gry. W edycji All-Star Game z 1987 roku na jego obecność w wydarzeniu fani oddali największą liczbę głosów. A przecież wystąpili wtedy chociażby Larry Bird czy Magic Johnson – kilkukrotni mistrzowie NBA.

Jednak publiczność wolała Jordana, a ten z każdym sezonem udowadniał swoją wielkość. We wspomnianym 1987 roku – oraz sezon później – zwyciężył w konkursie wsadów podczas Weekendu Gwiazd. Sezon 1987/1988 był zresztą tym, w którym MJ mógł powiedzieć, że znajduje się na szczycie drabinki zawodników. Po raz pierwszy w karierze został MVP rozgrywek.

Choć jeszcze niekoronowanym, gdyż nie udało mu się wywalczyć mistrzostwa, Jordan był królem. Graczem, którego kibice uwielbiali oglądać… chyba, że Chicago Bulls grało akurat z drużyną, którą Jordan w pojedynkę niszczył.

ROZPALIĆ CLEVELAND

Tak się akurat składało, że obie miejscowości, w których fani najbardziej nie przepadali za Jordanem, znajdowały się bardzo blisko siebie. Pierwsza z nich to Cleveland, miasto położone nad jeziorem Erie… do którego z kolei wpada rzeka Detroit, płynąca przez dawną metropolię-chlubę amerykańskiej motoryzacji, która od lat 80. sukcesywnie chyliła się ku upadkowi. Rywalizacja Bulls z Detroit Pistons jeszcze pojawi się w tym tekście. Na razie jednak skupmy się na Cleveland. Tamtejsi fani wiele razy poznali moc najlepszego koszykarza wszech czasów. Jednak dwa występy są szczególnie kultowe.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Po raz pierwszy Air rozpalił Cleveland na rok, przed tym jak wykręcił swój najlepszy wynik punktowy w karierze. I dokonał tego być może nawet w bardziej ikonicznym stylu, niż w trakcie rzucenia 69 oczek. A miało to miejsce 7 maja 1989 roku, w decydującym meczu pierwszej rundy play-off Konferencji Wschodniej. Wówczas w Richfield Coliseum – dziś już nieistniejącej hali, która wtedy była domem Cavaliers – MJ zrobił coś, co przeszło do kanonu jego zagrań. Wykonał rzut, bez którego dziś nie może obejść się żadna szanująca się kompilacja „The Best of Michael Jordan”.

Zanim jednak do niego doszło, Michael zdobył nieco mniej ważne punkty – na prowadzenie 99-98 w meczu. To nie wystarczało na wygraną, bo kryjący go wcześniej Craig Ehlo, przy asyście Larry’ego Nance’a, też dołożył dwa oczka, trafieniem spod kosza. I przez chwilę był wielkim bohaterem Cleveland.

Cóż to była za zemsta, której na trzy sekundy przed ostatnią syreną, przeciętny zawodnik jakim był Ehlo, dokonał na jednej z największych gwiazd ligi. Na nagraniu wideo z tego zdarzenia, na jego twarzy widać mieszaninę uczuć. Zadowolenia z poczucia dobrze wykonanego zadania, oraz ulgi. Odkupienia win za zepsutą akcję w obronie.

Tylko trzy sekundy dzieliły Amerykanina od tego, by całe Cleveland nosiło go na rękach. Wówczas jednak Ehlo na własnej skórze przekonał się, czym grozi złamanie podstawowej zasady. Nie drażnij Byka z numerem 23 na koszulce.

Drużyna gospodarzy mogła spodziewać się tylko jednego – że na trzy sekundy przed końcem to Jordan weźmie na siebie odpowiedzialność za wynik. Piłka musiała być zagrana do niego. A MJ-a krył… duet Ehlo-Nance.

Lider Byków zgubił czujność Nance’a zejściem do linii, i tak otrzymał piłkę. Następnie szybko wymanewrował Craiga zejściem do środka, po czym wzniósł się nad ziemię, składając ręce do oddania rzutu. Ehlo próbował ratować sytuację dramatycznym skokiem. Jednak Michael, niczym kilka lat później w filmie Kosmiczny Mecz, w sobie tylko znany sposób na krótką chwilę zastygł w powietrzu, oderwany od parkietu. Ehlo tylko przeleciał przed jego nosem niczym kometa Halleya. Zdążył się jeszcze obrócić, lecz do samego końca nie wiedział jeszcze, co się święci.

­Reszta jest historią. Rzut. Dźwięk syreny. Kosz. 101 do 100 dla Bulls. I Jordan wyskakujący ponownie, tym razem w geście zwycięstwa, po rzucie o być albo nie być Chicago w następnej fazie play off – co możecie zobaczyć na zdjęciu głównym tego tekstu. Po lewej stronie, za jego plecami widnieje Craig Ehlo, który za moment zrozpaczony runie na parkiet.

Craig Ehlo, który bez wątpienia był jednym z bohaterów tamtych wydarzeń, w rozmowie z ESPN tak wspominał całą sytuację:– Kiedy oglądałem ten rzut, bo musiałem się odwrócić, on wyglądał na zbyt płaski. [Michael] Nie musiał się spieszyć, ale nie sądziłem, że piłka wpadnie, bo uderzyła w obręcz. O tym głównie myślałem. Kiedy to się stało, nastąpił też mój kluczowy moment – o którym reklamy Gatorade czy Nike nie dają mi zapomnieć – w którym ja upadam na podłogę, a Michael skacze w górę i w dół, wymachując pięścią.

Jednak to nie tak, że były gracz Cavaliers nie pogodził się z tamtymi wydarzeniami. W tej samej rozmowie wspominał, że gdy kibice usłyszą jego nazwisko, od razu przywołują The Shot – jak nazwano to zagranie Jordana. Ale koszykarz już dawno zdążył się z tym pogodzić.

– Na początku zawsze czujesz złość. Ale myślę, że jestem stałym elementem jednego z najbardziej kultowych zagrań Michaela Jordana. Nie będę na to narzekać, bo Michael to całkiem dobra osoba, z którą można być kojarzonym – mówił po latach Ehlo.

THE CLEVELAND SHOW 2

Takie oto traumatyczne obrazki w 1990 roku musiały towarzyszyć fanom Cavs, kiedy podopieczni legendarnego Lenny’ego Wilkensa kolejny raz podejmowali zespół ze stanu Illinois. Kibice z Cleveland, którym Michael zadał tak bolesną, jeszcze świeżą ranę, jechali z nim praktycznie od początku spotkania. Z tym, że w przypadku gościa, który ma tak wielką szajbę na punkcie rywalizacji, nie była to najlepsza taktyka na świecie.

– Kiedy mnie wygwizdują, traktuję to jak wyzwanie, że muszę robić coś dobrze, co im się nie podoba. Więc staram się to kontynuować. Żaden gracz nie lubi być wygwizdywany, ale w takich okolicznościach wykorzystuję to jako energię go dalszej dobrej gry. Oni mi pokazują, że są pewne sytuacje w których nie podoba im się to, co robię. Dla mnie to rywalizacja – tłumaczył Jordan.

Ale nie tylko kibice traktowali mecz z Bulls bardzo personalnie. Takie samo podejście prezentowali również sami koszykarze Cavaliers. W końcu lwia część składu, na czele z Ehlo, Nance’m, a także Markiem Price’m, Bradem Daughertym i Hot Rodem Williamsem, została w drużynie. Oni także pragnęli zemsty. Inna sprawa, że w porównaniu do poprzednich rozgrywek stracili Rona Harpera (przy okazji, ten za parę lat stanie się ważną częścią Bulls). W teorii nie było to olbrzymie osłabienie, ale i tak z Cavs, po odpadnięciu z playoffoów po porażce z Bulls, jakby zeszło powietrze. Z topowej ekipy Wschodu, stali się drużyną przeciętną.

Boleć musiały ich zwłaszcza porażki z Chicago, prowadzonym na parkiecie przez nienawidzonego Michaela Jordana. Tych od października do 28 marca Cleveland zanotowało aż trzy, a MJ zdobywał w nich odpowiednio 54 (razem z dogrywką), 38 i 41 punktów. Dlatego też koszykarze Cavaliers w czwartym spotkaniu sezonu zasadniczego 1989/1990 postanowili potraktować Jordana jeszcze ostrzej, niż zwykle. Co na Michaela zadziałało jak płachta na, nomen omen, byka.

Tego dnia robił na parkiecie Richfield Coliseum, co tylko chciał. Pod koszem był niezwyciężony. I to nie tylko pod względem punktów, bo zaliczył aż 18 zbiórek. Ale oczywiście najważniejsze było to, co wpadało, rzucane z rąk Jego Powietrzności. A wpadało praktycznie wszystko. Michael wbijał się pod kosz, robił efektowne wsady, mylił rywali balansem ciała, by za chwilę rzucić z półdystansu. Był nie do zatrzymania… chyba, że przez faule, z których koszykarze Cleveland ochoczo korzystali. To jednak prowadziło do sytuacji w której MJ co chwilę stawał na linii rzutów osobistych. I trafiał. Ciągle trafiał.

Nauczeni gorzkim doświadczeniem gracze Cleveland wiedzieli, że w ostatniej akcji to Jordan weźmie na siebie odpowiedzialność za wynik. Dlatego lider Chicago był pilnowany przez Winstona Bennetta i Johna Williamsa. Obaj dobrze wywiązali się ze swojego zadania, gdyż Michael nie trafił z trudnej pozycji, doprowadzając w ten sposób do dogrywki. Ta akcja to symbol starego Jordana, który mając do gry dwóch kolegów z drużyny będących na czystych pozycjach, ani myślał podzielić się z nimi piłką.

Pośród gospodarzy, bohaterem kolejny raz mógł zostać… Craig Ehlo. Koszykarz Cavs na 12 sekund przed końcem trafił za trzy punkty, dając swojej drużynie remis. Kiedy Jordan spudłował w ostatniej akcji, wydawało się, ze Ehlo może mieć swój mały rewanż. Że Cavaliers – między innymi dzięki jego punktom w końcówce czwartej kwarty – odegrają się na Chicago. Okazało się jednak, że los po raz kolejny napisał dla Cavaliers czarny scenariusz.

Jordan w dogrywce wciąż się nie zatrzymywał. Po niecałych czterdziestu sekundach czasu gry wyrównał swój ówczesny najlepszy wynik punktowy w karierze. Wtedy wynosił on 63 punkty, które w playoffach w 1986 roku rzucił Boston Celtics. W Cleveland, po 63 oczkach zdobył jeszcze 6 z rzutów osobistych, w którym to elemencie na przestrzeni całego spotkania był prawie bezbłędny – na 23 prób, 21 skończyło się zdobyciem punktów. Kluczowa była także jego akcja obronna w końcówce spotkania. Kiedy Cleveland miało trzy punkty straty, posłali piłkę do Marka Price’a. Price był specjalistą od rzutów za trzy punkty, zresztą do dziś pod względem procentowej skuteczności w tym elemencie zajmuje 39. miejsce w historii NBA. Ale Jordan przytomnie go sfaulował, kiedy Mark oddawał rzut. W końcu nawet dwa punkty z linii rzutów osobistych niczego nie dawały gospodarzom.

Mało tego, podczas drugiego rzutu Price – który ogólnie rozgrywał świetne zawody, zdobył 31 punktów – fatalnie się pomylił. Choć być może spudłował celowo, licząc na zbiórkę któregoś z kolegów z zespołu. Ale piłkę zgarnął Horace Grant z Bulls, który został sfaulowany. To skutkowało dwoma rzutami osobistymi dla Chicago.

Tym razem to koszykarz Byków dwa razy nie trafił, ale po drugim pudle kapitalną zbiórkę zaliczył nie kto inny, jak Jordan. Zwycięstwo w meczu było już przesądzone, to też zrezygnowani koszykarze gospodarzy szybko sfaulowali swojego oprawcę. Ten po raz ostatni w tym meczu stanął na linii rzutów osobistych, trafił dwa razy i ustalił wynik na 117-113 dla Chicago. Oraz zatrzymał się na 69 punktach, zdobytych indywidualnie.

To był wielki mecz Jordana. Pod względem zdobyczy punktowej, nawet największy. A przecież mowa o 1990 roku. Czyli o czasach zanim Jordan udowodnił swoją prawdziwą wielkość. W tym kontekście nasuwa się pytanie, dlaczego najlepszy gracz wszech czasów już nie zdołał pobić rezultatu, który 28 marca wykręcił w meczu z Cleveland?

JAK NAJLEPSZY GRACZ STAŁ SIĘ LIDEREM DRUŻYNY

– Podejście Douga było dostosowane do Michaela. Podejście Phila było dostosowane do całej drużyny – tymi słowami w dokumencie Ostatni Taniec Scottie Pippen określił najważniejszą różnicę, która charakteryzowała zespoły Chicago Bulls pod wodzą Douga Collinsa i Phila Jacksona.

Musicie bowiem wiedzieć, że pomiędzy The Shot i rekordem punktowym MJ-a, w drużynie Byków zaszła istotna zmiana. Po sezonie 1988/1989 władze klubu postanowiły zwolnić Collinsa. Pomimo tego, że Doug doprowadził drużynę do finału konferencji, no i obowiązywał go jeszcze rok kontraktu. Cieszył się także poparciem kibiców i zawodników. Taki przynajmniej był oficjalny przekaz, gdyż na łamach Chicago Tribune koszykarze wyrażali wielkie zdziwienie tą decyzją.

– To był szok. Doug jest znakomitym trenerem, i jednym z powodów, przez które dotarliśmy do finału konferencji. Trener Collins i ja mieliśmy różne zdania, ale nikt nie przewidział, że zostanie zwolniony. To było jak wielki wybuch – mówił Horace Grant.

– Nie znam dokładnych powodów zwolnienia Douga Collinsa. Widziałem się z nim zeszłego wieczoru i mówiłem mu per „trenerze”, więc coś musiało nastąpić pomiędzy Dougiem Collinsem a zarządem – mówił z kolei Jordan, na którego od razu padły podejrzenia, że to gwiazda drużyny odpowiada za zmianę szkoleniowca.

Z archiwalnych tekstów możemy dowiedzieć się, że właścicielowi, Jerry’emu Reinsdorfowi nie spodobało się zachowanie Collinsa. Trener zespołu miał kopać dołki pod menadżerem generalnym klubu, Jerrym Krausem (swoją drogą, jesteśmy przekonani, że jego uderzające podobieństwo fizyczne do pan Swackhammera z Kosmicznego Meczu nie było przypadkowe). A przecież to dzięki Krausemu Doug znalazł zatrudnienie w Chicago. Ale istniał także czysto sportowy argument za zmianą trenera. Głównodowodzący klubu doszli do wniosku, że zespół z Collinsem już osiągnął swój sufit. Choć słowo „zespół” należałoby wziąć tu w cudzysłów. Collins nie budował drużyny wokół Jordana – to Jordan był drużyną. I nikt więcej. Rzecz w tym, że na dłuższą metę taki styl za bardzo eksploatował Michaela, jednocześnie nie rozwijając pozostałych graczy.

Chicago miało w swoich szeregach geniusza, który potrafił w pojedynkę zwyciężać mecze. Ale na dłuższą metę, w starciach z najlepiej zorganizowanymi ekipami, taka taktyka nie miała racji bytu. Najlepiej udowadniały to gry z największymi rywalami Chicago w Konferencji Wschodniej – Detroit Pistons.

Grę popularnych Tłoków na przełomie lat 80. i 90. można scharakteryzować w następujący sposób – jeżeli Jose Mourinho i Cholo Simeone zamiast piłką nożną, zajęliby się trenowaniem drużyn koszykówki, to tamtejsi Pistons zostaliby ich wzorem. W końcu ponad trzydzieści lat temu NBA było znacznie brutalniejszą ligą, niż jest obecnie. A mimo wszystko tamta ekipa zyskała sobie przydomek Bad Boys. Każdy ich mecz zamieniał się niemalże w bijatykę, w której podopieczni Chucka Daly’ego – genialnego motywatora – czuli się jak ryby w wodzie. Kiedy rywale przegrywali fizyczną walkę z bandą, której na parkiecie przewodził Isiah Thomas, prędko wysiadali też mentalnie. A wtedy koszykarze z Motor City mieli ich już na widelcu.

Poza Thomasem, w Pistons grali w też William „Bill” Laimbeer, Joe Dumars, czy Dennis Rodman. Właśnie dlatego, kiedy kontrowersyjny Robak kilka lat później przechodził do Chicago po nieudanej przygodzie w San Antonio Spurs, ten transfer budził tak wiele kontrowersji. W końcu trafiał do ekipy, której gracze i kibice wręcz nienawidzili Pistons Daly’ego. A Rodman był jedną z ich twarzy.

I mieli powody ku nienawiści, bo harpagany z Detroit były prawdziwym przekleństwem Chicago. W 1988 roku Bulls przegrali z nimi 1-4 w półfinałach Konferencji Wschodniej. Rok później, po słynnym The Shot i przejściu Cleveland Cavaliers, Chicago w półfinale zwyciężyło z New York Knicks. Ale w finale konferencji to Tłoki okazały się lepsze.

To po tamtym sezonie, 1988/1989 zwolniono Douga Collinsa. Jego następcą został Phil Jackson, dotychczas pełniący funkcję asystenta w sztabie szkoleniowym drużyny. W kwestiach taktycznych więcej do powiedzenia zaczął mieć natomiast Tex Winter. Oni obaj współpracowali z Collinsem. Lecz Doug pod koniec pracy w Chicago zupełnie nie dogadywał się ze swoim sztabem. Tak przynajmniej twierdzi Sam Smith, autor książki The Jordan Rules, który opisywał relacje tercetu trenerskiego na łamach Chicago Tribune.

Z perspektywy czasu zapewne mógł tego żałować, bo Winter rozwinął koncepcję taktyki ofensywnych trójkątów. Nie będziemy zagłębiać się w jej zawiłości, gdyż dokładna analiza tego systemu zasługuje na osobny tekst. Napiszemy tylko w skrócie, że to forma ataku, która przy odpowiednim ustawieniu i ruchu zawodników, zawsze daje graczowi z piłką kilka opcji na rozegranie akcji.

Jackson stał się wielkim zwolennikiem pomysłu Texa i w ten sposób zaczęła się rewolucja w grze Chicago. Choć trzeba było do niej przekonać Michaela Jordana.

– Uwaga zawsze skupia się na piłce. Jeśli to on zawsze ma piłkę, drużyny będą budować wokół tego obronę – tłumaczył swoją koncepcję Jackson.

Ale wyperswadowanie jej Michaelowi nie było łatwym zadaniem. Jordan – całkiem zresztą słusznie – uważał się za najlepszego w stawce. Nie chciał dzielić się piłką. Jego egoistyczne rozumowanie było proste. Jestem najlepszy, więc piłka w w moich rękach ma największe szanse na to, by skończyć w koszu rywala.

W Ostatnim Tańcu Jordan nie przebierał w słowach, wspominając swoją reakcję na nowe pomysły taktyczne duetu Jackson-Winter:- To nie jest atak dający równe szanse. To pieprzona bzdura.

– Tex wiele razy krzyczał do mnie „podaj piłkę, podaj piłkę!”. Mówił, że nie gram zespołowo. A ja grałem, żeby wygrać – kontynuował Air.

Innym razem, kiedy Chicago przegrywali w jednym z meczów, ale Jordan jak zwykle grał świetne zawody, pomiędzy nim a Winterem wywiązał się już kultowy dialog. Nie przetłumaczymy go, gdyż angielska gra słów jest w nim kluczowa.

­– You know, there is no „I” in „team” – powiedział Tex do lidera zespołu.

– There is no „I” in „team”, but there’s an „I” in „win” – odpowiedział Jordan.

Lecz przy całym swoim egoizmie i chęci bycia najlepszym, Jordanowi coraz bardziej doskwierał głód sukcesu. Michael powoli zaczął zdawać sobie sprawę, że indywidualnie może dalej wykręcać chore statystyki, jednak jego ambicje sięgały znacznie dalej. Chciał być mistrzem gry, najznakomitszym koszykarzem w dziejach. Indywidualne rekordy nie zapewniały tego statusu – dawał go mistrzowski pierścień. I to nie jeden. Tymczasem w 1990 roku Byki ponownie przegrali z Detroit Pistons w finale Konferencji Wschodniej. Tym razem po siedmiu spotkaniach, więc nigdy wcześniej w fazie play off nie stoczyli z Tłokami tak wyrównanej rywalizacji. Ale wciąż to była porażka.

Jordan potrzebował drużyny. Musiał zaufać bardziej swoim kolegom z zespołu, a przecież mówimy o świetnej ekipie. Scottie Pippen, Horace Grant, Bill Cartwright, John Paxson, B.J. Armstrong czy Stacey King. Gracze, którzy poza Jego Powietrznością byli autorami pierwszego mistrzowskiego trypletu Chicago, grali w tym zespole przed największymi sukcesami. Ale ich potencjał nie był wykorzystany. Stopniowo zmieniali to dopiero Phil Jackson oraz Tex Winter. Zmieniało to podejście Jordana, który już nie wymagał tylko od siebie. Z zapałem szaleńca, na każdym treningu zaczął pchać do przodu całą drużynę. Jego metody pracy, godne prawdziwego psychopaty, przeszły już do legendy. Ale zarazem były skuteczne.

– Wyglądał jak wrzeszczący diabeł. Gdy popełniłeś błąd, krzyczał na ciebie i ci umniejszał. Domagał się perfekcyjności. Kiedy widzisz, że twój lider daje z siebie na treningu wszystko, czujesz, że jeśli też tego nie zrobisz, to nie zasługujesz, by tu być – wspominał Horace Grant.

Ta zmiana nastawienia jest głównym powodem, dla którego MJ już nie poprawił swojego indywidualnego rekordu strzeleckiego. 69 punktów zdobyte z Cavaliers miało miejsce w ostatnim sezonie, w którym Jordan był skupiony wyłącznie na sobie. W następnych latach Chicago Bulls przeistoczyło się w wielki zespół, kosztem niewiele, ale jednak gorszych statystyk strzeleckich Jordana. Dość powiedzieć, że w sezonie 1990/1991 liczba punktów, które Jego Powietrzność zdobywał na mecz, zmalała o nieco ponad dwa oczka w porównaniu do poprzedniego roku. Ale cóż z tego, skoro tym razem w finale konferencji Chicago rozniosło Pistons 4:0 w meczach? Skoro rywalizację o mistrzowski tytuł z Los Angeles Lakers zamknęli w pięciu spotkaniach?

Symbolem przemiany Jordana był ostatni mecz z Lakers. Bardzo wyrównane spotkanie, w którym po trzeciej kwarcie na tablicy wyników widniał remis 80:80. Stary Jordan w tym momencie widziałby tylko jedno wyjście – próbować w pojedynkę odmienić losy spotkania. Jednak Phil Jackson polecił mu zagrywać piłki do niepilnowanego Paxsona. I tak Jordan zaczął grać, a skuteczność tego drugiego w ostatniej kwarcie przechyliła szalę zwycięstwa na stronę Bulls. John ogólnie zdobył 20 punktów. A najskuteczniejszym graczem Chicago w ostatnim spotkaniu został Scottie Pippen, który rzucił 32 punkty – o 2 więcej, niż Jordan. Za to gwiazdor drużyny z Wietrznego Miasta wykręcił w finałach średnią ponad 11 asyst na mecz. To również obrazuje jego przemianę na korzyść dla zespołu.

Michaelowi już nie udało się poprawić dorobku 69 punktów w jednym spotkaniu, które rzucił przeciwko Cleveland Cavaliers. Do dziś tylko ośmiu zawodników w historii NBA zdołało zdobyć więcej punktów w meczu. To Wilt Chamberlain, Kobe Bryant, David Thompson, Elgin Baylor, David Robinson, Donovan Mitchell, Damian Lillard i Devin Booker. Jednak żaden z wymienionych nie może poszczycić się sześcioma mistrzowskimi tytułami. A przecież te stały się prawdziwą obsesją Jordana, nie indywidualne cyferki.

Zmianę nastawienia MJ-a widać także na liście jego meczów, w których zdobywał ponad 50 punktów. Takich gier było 31, z czego 18 zaliczył w okresie przed wywalczeniem pierwszego mistrzostwa kraju. Z kolei spośród pięciu gier w których rzucił ponad 60 oczek, tylko jedna pochodzi z okresu, kiedy Chicago byli już mistrzowską drużyną. To 64 punkty z Orlando Magic, które Michael ugrał w 1993 roku.

Dziś te liczby stanowią dowód wielkości Jordana i jeden z argumentów w kłótniach kibiców o to, komu należy się tytuł najlepszego koszykarza w historii. Jednak bez wątpienia za Jordanem najbardziej przemawiają przede wszystkim tytuły, które w latach 90. zdobywał na parkiecie razem z kolegami z Chicago Bulls. Warto było zatem spojrzeć na koszykówkę z nieco innej perspektywy.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix

Czytaj więcej o NBA:

Pierwszy raz na stadionie żużlowym pojawił się w 1994 roku, wskutek czego do dziś jest uzależniony od słuchania ryku silnika i wdychania spalin. Jako dzieciak wstawał na walki Andrzeja Gołoty, stąd w boksie uwielbia wagę ciężką, choć sam należy do lekkopółśmiesznej. W zimie niezmiennie od czasów małyszomanii śledzi zmagania skoczków, a kiedy patrzy na dzisiejsze mamuty, tęskni za Harrachovem. Od Sydney 2000 oglądał każde igrzyska – letnie i zimowe. Bo najbardziej lubi obserwować rywalizację samą w sobie, niezależnie od dyscypliny. Dlatego, pomimo że Ekstraklasa i Premier League mają stałe miejsce w jego sercu, na Weszło pracuje w dziale Innych Sportów. Na komputerze ma zainstalowaną tylko jedną grę. I jest to Heroes III.

Rozwiń

Najnowsze

Niemcy

Jak trwoga, to do Harry’ego Kane’a. Anglik znów dodaje otuchy Bayernowi

Patryk Fabisiak
0
Jak trwoga, to do Harry’ego Kane’a. Anglik znów dodaje otuchy Bayernowi
Anglia

Ten Hag po porażce z Fulham: Trzeba patrzeć na szerszą perspektywę, ta jest bardzo dobra

Piotr Rzepecki
1
Ten Hag po porażce z Fulham: Trzeba patrzeć na szerszą perspektywę, ta jest bardzo dobra

Inne sporty

Komentarze

12 komentarzy

Loading...