Wokół ich konfliktu przez całe dekady obracał się argentyński futbol. Mieli swoich gorących zwolenników i zajadłych krytyków wśród piłkarzy, dziennikarzy i kibiców. Panowało zgodne przekonanie, że nie da się cenić ich obu jednocześnie – jeżeli zapisałeś się do kościoła Cesara Luisa Menottiego, musiałeś z dumną wyższością patrzeć na prymitywne pomysły taktyczne Carlosa Bilardo. I odwrotnie – jeśli bliższe ci było bilardismo, to na myśl o romantycznych założeniach menottismo mogłeś się tylko kpiąco uśmiechnąć. A jednak obaj – Bilardo oraz Menotti –  wywalczyli z ekipą Albicelestes mistrzostwo świata. Po swojemu. Dlatego ich rywalizacja pozostanie nierozstrzygnięta.

Yin i yang. Menotti i Bilardo – dwaj argentyńscy mistrzowie, których dzieliło wszystko

Czy dwaj szkoleniowcy mogą się różnić jeszcze bardziej?

Wiosną 1983 roku dziennikarz Esteban Peicovich na łamach magazynu „Gente” opublikował wywiady z Bilardo i Menottim, niejako je ze sobą konfrontując. Nie zabrakło pytań – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – lifestyle’owych. Między innymi o upodobania muzyczne. Peicovich chciał się dowiedzieć, co ówczesny selekcjoner drużyny narodowej sądzi o Mercedes Sosie, popularnej argentyńskiej pieśniarce. – Nic. Nie znam jej utworów. To muzyka folkowa, prawda? – wypalił w odpowiedzi Bilardo. Dodając, że tak naprawdę to najwięcej frajdy dostarcza mu taniec do disco, cumbii i salsy. Menotti, fan Sosy, był zdegustowany. – Bilardo, cóż mogę poradzić… Lepiej w ogóle o nim nie rozmawiać.

Niby drobna złośliwostka, lecz selekcjoner poczuł się upokorzony przez mistrza świata z 1978 roku. Czyżby Menotti chciał z niego zrobić prostaka w oczach opinii publicznej? Na szczęście dla Bilardo, na ratunek ruszył mu… Gabriel Garcia Marquez – słynny kolumbijski powieściopisarz, dopiero co nagrodzony literacką Nagrodą Nobla. – Słyszałem, że trener argentyńskiej reprezentacji wśród swych ulubionych nurtów muzycznych wymienił cumbię. Ja też fanatycznie ją uwielbiam – wyznał nieoczekiwany sojusznik. Bilardo komentował to potem z przekąsem: – Garcia Marquez mnie uratował. Teraz mogę już chyba bez skrępowania opowiadać o swoich upodobaniach.

Krótko mówiąc: Bilardo i Menotti nie zgadzali się praktycznie nigdy.

Carlos Bilardo i Cesar Luis Menotti – historia rywalizacji

Spotkanie na szczycie

29 października 1976 roku dwaj argentyńscy szkoleniowcy prawdopodobnie po raz ostatni zasiedli do długiej rozmowy niczym starzy przyjaciele. Nawet jeśli już wtedy była to w istocie tylko szorstka przyjaźń, używając terminologii znanej ze świata polskiej polityki. Opowieść o tym spotkaniu snują Nestor Lopez (menottista) i Nicolas Emiliano Cajg (bilardista) w książce: „Bilardo – Menotti: historia prawdziwa”.

Roberto Saporiti zaprosił obu szkoleniowców do siebie na kolację. Panowie pojawili się więc w mieszkaniu tego początkującego trenera w towarzystwie swych partnerek. Jedzenie było pyszne, wino doskonałe – czegóż innego spodziewać się w Argentynie? – a pogawędka kleiła się jak rzadko. Początkowo rozmawiano o wszystkim i o niczym, ale nie trzeba było długo czekać, by tematem numer jeden przy stole stał się futbol. Znudzone kobiety szybko czmychnęły do innego pokoju, a Saporiti, Bilardo i Menotti mogli już bez skrępowania przedyskutować najbardziej palące tematy ze świata piłki. Choć zaczęło się, jak to często podczas tego rodzaju wieczorów bywa, od wspomnień. Przywołano na przykład starcie Estudiantes La Plata z Boca Juniors z wiosny 1965 roku, gdy Bilardo i Menotti starli się na murawie jeszcze jako zawodnicy.

Potem w centrum uwagi rozmówców znalazł się Diego Armando Maradona – cudownie utalentowany wychowanek Argentinos Juniors, który budził fascynację całego kraju i ledwie dziewięć dni wcześniej zanotował debiutancki występ w zawodowej piłce. Na oku miał go naturalnie zarówno El Narigon (tak nazywano Bilardo z uwagi na jego potężnych rozmiarów nos), jak i El Flaco (Menotti dorobił się tej ksywki z racji szczupłej, pociągłej postury). Ten pierwszy śledził postępy Maradony z perspektywy szkoleniowca Estudiantes. Ten drugi – selekcjonera drużyny narodowej. Sprawował tę funkcję już od dwóch lat. I to właśnie jej temat zdominował nocne Argentyńczyków rozmowy.

El Flaco przekonywał, iż jedyną drogą sukcesu dla argentyńskiej kadry jest próba dominacji nad każdym rywalem.

Musimy posiadać piłkę, by tłamsić rywali – głosił Menotti, zamaszyście gestykulując i robiąc wszechwiedzące miny. – Dlatego najważniejsza jest ruchliwość zawodników bez piłki. Koledzy gracza kontrolującego futbolówkę muszą się poruszać inteligentnie, aby być opcją do podania. Jeżeli zawodnik otrzymuje piłkę i nie ma momentalnie dwóch albo trzech opcji do podania, to znak, że zespół funkcjonuje źle. A co się dzieje dzieje, gdy brak opcji do krótkiego rozegrania? Następuje długie podanie na walkę albo po prostu strata.

Bilardo nie przerywał Menottiemu, choć wewnętrznie się w nim gotowało. Nerwowo bawił się opróżnionym już niemal kieliszkiem, aż w końcu dane mu było zaoponować. – Najważniejszy jest moment zaraz po odzyskaniu piłki. Trzeba ją przechwycić i natychmiast rzucić do przodu. Nie tracić czasu. Szczelna defensywa, czyste konto, skuteczność z przodu – to podstawa. Dlatego kluczowe są stałe fragmenty gry. Sam tego doświadczyłem grając w Estudiantes pod wodzą Zubeldii. Don Osvaldo mordował nas treningami rzutów rożnych, mieliśmy tego dość. Doprowadzał nas do szału rutyną. Ale wyćwiczenie stałych fragmentów zapewniło nam mnóstwo goli.

Menotti zazgrzytał zębami na wspomnienie Osvaldo Zubeldii. Powstrzymał się od dokuczliwych komentarzy, ponieważ zdawał sobie sprawę, iż El Zorro był wielkim mistrzem dla Bilardo. On sam miał jednak zupełnie innych nauczycieli. Z zainteresowaniem przyglądał się też futbolowi totalnemu w holenderskim wydaniu. Był pewny, że Argentyńczycy mogą uczynić tę strategię jeszcze lepszą, bo uważał ich za najzdolniejszą piłkarsko nację kontynentu – połączenie urugwajskiej wojowniczości z brazylijską wirtuozerią.

Daj spokój. Jeśli przeciwko mnie występują tacy gracze jak [Ricardo] Bochini albo [Mario] Kempes, nie mogę dać im swobody. Zawsze dostaną ścisłe krycie. Co mnie obchodzi, że mecz jest wtedy brzydszy? Kogo to w ogóle interesuje? Chcę wygrać – argumentował El Narigon. Menotti wychodził z siebie. – Każdy pragnie zwycięstw! Ale styl ma znaczenie – chrypiał, sięgając po kolejnego papierosa.

Podobno przeciwieństwa się przyciągają, lecz nie w tym przypadku.

Uczynić świat piękniejszym

Cesar Luis Menotti zawodniczą karierę zakończył w 1970 roku. Nie był wtedy przekonany, czy kręci go rola trenera. Zdanie zmienił dopiero po obejrzeniu mistrzostw świata w Meksyku, zakończonych spektakularnym triumfem reprezentacji Brazylii. El Flaco dał się porwać ofensywnemu futbolowi, prezentowanemu przez ekipę Canarinhos. A jednocześnie czuł zazdrość i frustrację, że w jego ojczyźnie dominują zupełnie inne trendy taktyczne – koncentracja na defensywie, twardej walce o futbolówkę w środku pola. Brutalna gra. Nie przyniosło to ekipie Albicelestes sukcesów – na mundialu 1970 w ogóle jej zabrakło, a cztery lata później wygrała zaledwie jedno spotkanie z sześciu.

Porażka 0:4 z reprezentacją Holandii ocuciła Argentyńczyków niczym siarczysty policzek. Poczuli, że muszą podążyć w zupełnie innym kierunku, jeśli mają zamiar znowu liczyć się w grze o tytuł najlepszej drużyny globu. Dlatego za stery w drużynie narodowej chwycił właśnie Menotti. Niepoprawny futbolowy romantyk, który zdążył już sprawdzić się w roli szkoleniowca na ławce trenerskiej stołecznego Huracanu. Pod jego wodzą gracze ofensywni prezentowali się faktycznie huraganowo. Potrafili zdmuchiwać swych oponentów z murawy.

Cesar Luis Menotti ogłosił manifest kontrrewolucji przeciwko antyfutbolowi, który zdominował argentyńskie myślenie o piłce od czasu mistrzostw świata w 1958 roku

Jonathan Wilson („Aniołowie o brudnych twarzach”)

Patrząc na Menottiego, trudno było nie odnieść wrażenia, że to człowiek pasujący raczej do bohemy niż środowiska piłkarskiego. Bujna, długa czupryna, wychudzona sylwetka, ekstrawaganckie stroje, nieodłączny papieros w dłoni lub między zębami. I rzeczywiście, El Flaco, jako wielki erudyta, uwielbiał filozofować również na inne tematy niż futbol, lecz na koniec każda z jego rozwlekłych przemów doczekiwała się jakiegoś piłkarskiego nawiązania bądź taktycznej analogii. Najchętniej mieszał ze sobą wątki futbolowe z politycznymi.

Futbol dzielił na „prawicowy” i „lewicowy”.

– Najzdolniejsi artyści, najbardziej kultowi zawodnicy – oni są zawsze „lewicowi”. Taka piłka jest mi bliższa. Futbol pełen hojności, otwartości, bliski zwykłym ludziom. Połączony z dumną z reprezentowania narodowych barw, dumą z przynależności… to wszystko brzmi dla mnie jak ideały lewicy. Futbol „prawicowy” jest inny. Nie dba o ludzi, a wyłącznie o rezultaty. To futbol rynkowy. Kiedy Inter Mediolan sięgał po tytuły prezentując catenaccio, wszyscy piali z zachwytu, ale ja zwracałem uwagę, że w takim samym stylu grają też spadkowicze. Po prostu Inter miał w składzie gwiazdy, jak Suarez czy Mazzola. Ale gdybym miał wybierać, to zawsze postawiłbym nad tym zespołem Milan zbudowany przez Arrigo Sacchiego – opowiadał Menotti w rozmowie z Pablo Aro Geraldesem.

Argentyńczyk nigdy nie ukrywał swoich socjalistycznych, czy wręcz komunistycznych zapatrywań. – Piłka jest dla ludzi futbolu tym samym, czym są słowa dla poetów. Jedni tworzą sztukę piórem, drudzy stopami. Dla mnie najważniejsze jest, że odnalazłem moją formę ekspresji.

Problem w tym, że w marcu 1976 roku w Argentynie doszło do zamachu stanu. Władzę przejął generał Jorge Rafael Videla, niejako uosabiający wszystko to, czemu sprzeciwiał się El Flaco. Jeśli chodzi o gospodarkę, dyktator – mówiąc w uproszczeniu, bo nie czas wdawać się w szczegóły – postawił na opcję wolnorynkową, która w ocenie Menottiego była katastrofą dla Argentyny. Natomiast w polityce wewnętrznej Videla okazał się niezwykle krwiożerczy. Zbudował aparat terroru państwowego, mając całkowicie w pogardzie wolność jednostki. Ludzie znikali. Ludzie ginęli. Początkowo opozycjoniści, lecz sprawy szybko wymknęły się spod kontroli. Videla wypowiedział własnemu narodowi tak zwaną „brudną wojnę”. Na niewiele zdały się protesty „Matek z Plaza Mayo” – zdesperowanych kobiet, które na ulicach Buenos Aires domagały się powrotu swoich zaginionych dzieci. Liczbę desaparecidos („znikniętych”) niektórzy historycy szacują nawet na 30 tysięcy.

FIFA, mimo głosów oburzenia, pozwoliła juncie Videli na zorganizowanie mundialu. Przejmujące są wspomnienia Norberto Liwskiego, jednej z ofiar reżimu. Mężczyzna wyznał na łamach ESPN, że torturowano go w sposób bestialski – bito, zrywano paznokcie, przypalano, poddawano wstrząsom elektrycznym, gwałcono pałką teleskopową. Pozwolono, by w jego rany wdało się zakażenie. Przebywał w celi tak długo, że zatracił poczucie czasu. Kontakt z rzeczywistością odzyskiwał, gdy oprawcy włączali radio, by słuchać transmisji z mundialu. Niektórym więźniom z ust wyrywały się okrzyki radości, kiedy Albicelestes trafiali do siatki.

Magia futbolu w makabrycznym wydaniu.

Ostatecznie gospodarze w 1978 roku sięgnęli po złoto. Faktycznie prezentując ładny dla oka futbol, choć nie obyło się bez kontrowersji. Tak czy owak, był to ogromny propagandowy sukces Videli. Chcąc nie chcąc, zapewnił mu go właśnie Menotti. Zwycięstwo w 1978 roku było koszmarem. Miałem wówczas 20 lat i musiałem uciekać z Argentyny przed dyktaturą. Trafiłem do Paryża, gdzie współpracowałem z ludźmi, którzy nawoływali do bojkotu mistrzostw organizowanych przez juntę – mówił Martin Caparros w wywiadzie dla „Przekroju”

Osiągnięcie Menottiego jest wielkie. Jego styl zwyciężył. Jego przekonania zwyciężyły. To sukces, który przesłania mroczne chwile

„Clarin” po zdobyciu przez Argentynę mistrzostwa świata

El Flaco starał się dystansować od dyktatora, wygrzewającego się w blasku triumfu drużyny narodowej. No ale było to po prostu niewykonalne. Nie po to przecież junta wpakowała w organizację mistrzostw grube pieniądze, by nie zyskać na nich wizerunkowo. – Grając w piłkę, nie bronimy granic, ojczyzny czy flagi. W naszej drużynie nie umierają ani nie zostają uratowane żadne wartości patriotyczne – zapewniał selekcjoner. Lecz obrazki z rozradowanym Videlą przemawiały do wyobraźni mocniej niż słowa rzucone w wywiadach.

Tym samym największy futbolowy esteta wygrał najohydniejszy mundial w historii.

Lekarska precyzja

Trenerzy nie mieli wątpliwości, że z Carlosa Bilardo wyrośnie zawodnik dużej klasy. W młodym wieku wyróżniał się on jednak nie talentem, a przede wszystkim pracowitością, co bynajmniej nie było normą wśród nastoletnich piłkarzy w Argentynie. Dużo się uczył, a w trakcie wakacji, poza beztroskim ganianiem za piłką, ciężko harował. Ostatecznie postawił w życiu na futbol i w 1958 roku zadebiutował w pierwszym zespole San Lorenzo de Almagro, lecz o edukacji nigdy nie zapomniał. Zrobił papiery lekarskie, z zawodu jest… ginekologiem.

To co najważniejsze w jego zawodniczej karierze wydarzyło się siedem lat po jej starcie. El Narigon podpisał kontrakt z ekipą Estudiantes La Plata, gdzie dane mu było występować pod skrzydłami wspomnianego już Osvaldo Zubeldii.

Tenże Argentyńczyk miał bzika na punkcie organizacji gry. Jeszcze przed czterdziestką wydał podręcznik, w którym opisywał swoje taktyczne pryncypia i przedstawiał poglądy na temat budowy sprawnie działającego zespołu. Kiedy przejmował Estudiantes, drużyna nie cieszyła się najlepszą reputacją. Stąd postawiono przed nim proste zadanie – utrzymać się w lidze. Zubeldia, mimo że jego ambicje sięgały znacznie wyżej, chętnie się zgodził na pracę w klubie z tak nisko zawieszoną poprzeczką. Zdawał sobie sprawę, że to idealne środowisko, by mógł swobodnie wcielić w życie swoje koncepcje, nierzadko kontrowersyjne. No i maszyna ruszyła. El Zorro zaczął od zorganizowania pierwszego w historii klubu zgrupowania przedsezonowego, w trakcie którego zespół ostro pracował nad kondycją, a także spędzał długie godziny na taktycznych odprawach. Z drużyny wyleciała znakomita większość weteranów. Szkoleniowiec postanowił oprzeć grę na młodych piłkarzach. Takich, których wciąż mógł ukształtować na własną modłę. Efekty tych śmiałych posunięć były wręcz piorunujące.

W 1967 roku Estudiantes zgarnęli mistrzowski tytuł jako pierwszy klub spoza stołecznej „wielkiej piątki”. W latach 1968-70 zespół trzy razy z rzędu zwyciężył zaś w Copa Libertadores, a raz udało się nawet podopiecznym Zubeldii wywalczyć Puchar Interkontynentalny. I to kosztem Manchesteru United. Gracze z La Platy byli nieprawdopodobnie wybiegani, perfekcyjnie zorganizowani w tyłach i przy okazji ostrzy jak brzytwa, wręcz brutalni. Rozgniewany Matt Busby stwierdził, że utrzymywanie się przy piłce w starciu z Estudiantes stanowiło dla jego podopiecznych zagrożenie życia. Alf Ramsey w ogóle nie przebierał w słowach. Nazwał Argentyńczyków zwierzętami.

El Zorro był rozkochany w antyfutbolu nawet bardziej, niż dziś Diego Simeone. No a Bilardo świetnie się w tym klimacie odnajdywał. Faulował, symulował, grał na czas. Ponoć wnosił pinezki na boisko, by dźgać rywali w podbramkowym zamieszaniu. Uchodził też za wirtuoza trash-talku. By dopiec rywalowi, gotów był nawet złamać tajemnicę lekarską. Roberto Perfumo z Racingu, przykładowo, obejrzał kiedyś czerwoną kartkę za kopnięcie Bilardo w brzuch. Podobno dlatego, że pomocnik Estudiantes kpił z torbieli usuniętej przez jego żonę z miejsca szczególnie wrażliwego – wspominał Jonathan Wilson w książce „Aniołowie o brudnych twarzach”.

Bilardo, by osiągnąć cel, nie cofał się przed niczym. Dość powiedzieć, że swoją żonę zapoznał podczas stypy.

Droga do chwały nie jest usłana różami

Osvaldo Zubeldia

Co naturalne, El Narigon po rozpoczęciu kariery trenerskiej podążył ścieżką wydeptaną przez swego dawnego wodza. I nie miał zamiaru odejść od tej filozofii nawet po tym, jak w 1983 roku nominowano go na selekcjonera argentyńskiej kadry. Wiedział, że Menottiemu i jego wyznawcom się to nie spodoba, ale liczył na lojalność ze strony mistrza świata. On sam przed laty nie krytykował publicznie jego decyzji. Skontaktował się też w dobrej wierze z El Flaco, by zdobyć od niego nieco informacji na temat poszczególnych reprezentantów. Panowie obiecali sobie, że rozmawiają w stu procentach prywatnie. Menotti nie dotrzymał jednak słowa i wyszedł ze szczegółami dyskusji do mediów.

Bilardo wściekł się nie na żarty. Nazajutrz, co było niezwykle rzadkim zachowaniem dla selekcjonera, sam zgłosił się do grupy dziennikarzy, chcąc udzielić im wywiadu. Ci natychmiast sięgnęli po notesiki. – Nie podoba mi się, że niektórzy koledzy komentują moje decyzje na łamach prasy. A poza tym nie rozumiem tych, którzy na co dzień pozują na ludzi lewicy, a jednocześnie obściskiwali się z wojskową władzą.

Menotti wolałby chyba, by Bilardo napluł mu w twarz.

– Są rzeczy, których się nie mówi i których się nie wybacza – skomentował El Flaco.
– Wydarzyło się za dużo. Nigdy więcej nie podam mu ręki – replikował Bilardo.

Potem ich spór tylko nabrał pikanterii. Najlepsze kawałki cytuje portal „La Nacion”:

– Każdy trener tak naprawdę wyznaje bilardismo.
– 98% Argentyńczyków wolało grę reprezentacji pod moją wodzą.
– Menotti jest jak rzodkiewka – czerwony tylko z zewnątrz.
– Facet, który nie pamięta kiedy ostatnio był w kinie nie powinien się wypowiadać o kulturze.
– Menotti ma przychylność gazet, które mnie chcą wykończyć.
– Bilardo zapomina, że federacja go zatrudniła w kadrze, bo był tani. Ja odszedłem, bo byłem drogi.
– Menotti inspiruje się każdym świstkiem papieru, jaki wpada mu w ręce, a nie potrafi porządnie rozpracować przeciwnika.
– Czytam książki, nie „papiery”. Bilardo może nie znać różnicy.

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Przez całe lata.

Koniec końców, wojownik Bilardo okazał się równie skuteczny, jak filozof Menotti. W 1986 roku Argentyna po raz drugi w dziejach zyskała status najlepszej drużyny świata. Do sukcesu powiódł ją rzecz jasna Diego Maradona. Ten sam, o którym panowie dziesięć lat wcześniej gadali sobie przy winku na kolacji u Roberto Saporitiego. Ten sam, którego El Flaco nie powołał w 1978 roku, co rozjuszyło opinię publiczną. – Maradona dostanie szansę na turnieju, gdy przyjdzie na to czas. Trybuny o tym nie zadecydują – zastrzegał Menotti.

Podczas meksykańskiego turnieju Diego był niczym jednoosobowa armia. – Czysta rozkosz. Bez moralnych dylematów. Dodatkowym smaczkiem, polityczno-społecznym, była wygrana z Anglią w ćwierć­finale, odniesiona kilka lat po wojnie o Malwiny. Po dwóch najsłynniejszych golach w historii futbolu, które padły w ciągu ledwie dwudziestu minut. Oba strzelił Maradona – zachwycał się cytowany już Martin Caparros na łamach „Przekroju”. – Bilardo przestawiany był jako reprezentant futbolu „prawicowego”. A przecież mistrzos­two w 1986 roku zostało zdobyte dzięki genialnemu przejawowi indywidualizmu, a prawica nie lubi indywidualizmu. […] Korzenie Bilardo są w niewielkim, biednym klubie. Nie mieli pieniędzy, a jednak osiągnął tam sukcesy. Musiał znaleźć swoją drogę. Jego drużyna grała brzydko, piłkarze stosowali brudne sztuczki, byli złośliwi. Korzenie tego stylu są na wskroś proletariackie.

Chcę być pierwszy. Zawsze trzeba myśleć o zajmowaniu pierwszego miejsca. Drugie miejsce nie jest dobre, drugie miejsce to porażka…

Carlos Bilardo

A więc znów – ironia losu.

Podopieczny zajadłego pragmatyka zanotował najpiękniejszy indywidualny występ w dziejach mundiali. No a argentyński naród sukces z 1986 roku celebrował znacznie goręcej niż ten sprzed ośmiu lat, mimo że taktyczną wajchę znów przesunięto w kierunku gry na wynik.

Czym jest piękno futbolu?

Cztery lata po meksykańskim triumfie, zespół Albicelestes raz jeszcze zameldował się w finale mundialu. Jednak tym razem Diego Maradona nie był w aż tak wybitnej dyspozycji, wskutek czego cały turniej w wykonaniu reprezentacji Argentyny przypominał jedno wielkie męczenie buły. W decydującym starciu podopieczni Bilardo polegli z 0:1 reprezentacją Niemiec. O wygranej gospodarzy zadecydował wprawdzie mocno dyskusyjny rzut karny, lecz Argentyńczycy generalnie nie zrobili zbyt wiele, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Oddali tylko jeden celny strzał na niemiecką bramkę. Bronili się bardzo solidnie, owszem, lecz za to pochwalono by ich tylko w przypadku zdobycia pucharu świata. Skoro wygrać się nie udało, Bilardo nie miał już nic na swoje usprawiedliwienie. Musiał odejść.

Już przed startem mistrzostw mu się zresztą obrywało.

Kiedy przed mundialem w 1990 roku trener El Narigon powołał Fernando Redondo na jedno z najważniejszych zgrupowań, ten dość bezczelnie odmówił, ponieważ rzekomo przygotowywał się do bardzo ważnego egzaminu z prawa. To znaczy – egzamin rzeczywiście się odbył w terminie zgrupowania, ale nie ma wątpliwości, że gdyby piłkarz tylko kiwnął palcem, to wszystko udałoby się dograć w taki sposób, by rezygnowanie z wyjazdu na kadrę nie było konieczne. Jednak Redondo nie miał zamiaru kiwać palcem. Nie cenił warsztatu Bilardo.

Bilardwyrobił w swoich piłkarzach nawyk robienia dokładnie tyle, ile trzeba, aby osiągnąć cel, a także odzyskiwania formy w odpowiednim momencie i uzyskiwania korzystnych wyników w kluczowych meczach niemal wbrew sobie

Jonathan Wilson („Aniołowie o brudnych twarzach”)

Dziennikarze, oczywiście przede wszystkim menottistas, zabrali się za analizowanie selekcjonerskich dokonań Bilardo. I wyszło im na to, że, poza mundialowym złotem, trener nie ma się czym pochwalić. Kadra pod jego wodzą nie rozwinęła się bowiem taktycznie. Sam Menotti był rzecz jasna podobnego zdania. Od zawsze twierdził, że Zubeldia, inspirując środowisko swoim antyfutbolem, zaciągnął hamulec ręczny w rozwoju argentyńskiego futbolu na ładnych kilkanaście lat. W jego ocenie, El Narigon podobną krzywdę wyrządził kadrze. A że udało mu się dwa razy dotrzeć do finału mistrzostw świata? – Nawet ludzie tacy jak ja, którzy od kilkudziesięciu lat próbują zrozumieć futbol, nie potrafią wyjaśnić pewnych zjawisk. Wiem jedno – piłka nożna wyświadczyła światu przysługę, bo dzięki niej Bilardo nie zajął się medycyną.

Menotti stanowczo sprzeciwiał się opiniom, jakoby mianem pięknych można był określać jedynie występy zwycięskie. – Na boisku musisz podjąć ryzyko, że ci się nie powiedzie. Jeśli tego nie zrobisz, to oznacza, że nie grasz w piłkę. […] Miłośnicy „prawicowego” futbolu zawsze będą ględzić o cierpieniu. Wymagają ofiar. Musimy być twardzi jak stal i wygrać! Musimy się podporządkowywać taktyce! Słuchaj się i pracuj – to mówią zawodnikom. Produkują w ten sposób przygłupów. Pożytecznych idiotów, którzy działają tylko w ramach systemu.

Bilardo puszczał te słowa mimo uszu. – Zwycięstwo to jedyne, co się liczy. Wiecie, przybył do Ameryki jako drugi po Kolumbie? Ja o nim nie słyszałem. […] Idealny futbol polega na wygrywaniu, wygrywaniu i jeszcze raz wygrywaniu. Jeśli chodzi o rywalizację, jestem jak Muhammad Ali: nie mam przyjaciół. A przeciwników, jeśli tylko mam taką możliwość, chcę po prostu pozabijać.

I komu w tym sporze przyznać rację?

***

Opowieść o rywalizacji Bilardo i Menottiego to tak naprawdę uniwersalna opowieść o piłce. Każdy kraj ma bowiem swoich Bilardów i Menottich, zmagających się bez końca w batalii, której stawką jest rząd dusz kibiców. Jeśli się nad tym chwilę zastanowić, to także i w Polsce odbywamy właśnie tę odwieczną debatę. Nieustannie marzymy o menottismo, ale gdy bilardismo zapewni nam fazę pucharową mundialu, to czy dalej będziemy grymasić? El Narigon uśmiechnąłby się życzliwie i poradził, byśmy cieszyli się chwilą, bo o stylu nikt nie będzie pamiętał, a rezultaty zostaną zapisane w kronikach. Z kolei El Flaco wypuściłby dym z papierosa i z ponurym wzrokiem odwrócił od nas plecami.

CZYTAJ WIĘCEJ O MISTRZOSTWACH ŚWIATA W KATARZE:

OGLĄDAJ VLOGI KUBY BIAŁKA Z KATARU:

fot. NewsPix.pl

źródła książkowe: Jonathan Wilson – „Aniołowie o brudnych twarzach”, Nestor Lopez i Nicolas Emiliano Cajg – „Bilardo – Menotti: historia prawdziwa”