Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Od Parken do Old Trafford. Odrodzenie Christiana Eriksena

Patryk Fabisiak

Autor:Patryk Fabisiak

13 września 2022, 17:30 • 10 min czytania 1 komentarz

Mało kto wierzył, że po takim czymś uda mu się wrócić na boisko. Tamten pamiętny dzień – 12 czerwca 2021 roku sprawił, że cały świat i to nie tylko ten piłkarski, wstrzymał oddech. Nikomu nie mieściło się w głowie, że coś takiego może się przydarzyć piłkarzowi tej rangi i to w czasach, kiedy zawodnicy przechodzą regularnie setki badań w trakcie sezonu. Christian Eriksen faktycznie na chwilę pożegnał się ze światem podczas tamtego meczu z Finlandią, ale teraz wrócił i to wydaje się, że na jeszcze wyższy poziom niż ten, który prezentował tuż przed wydarzeniami z EURO 2020. 

Od Parken do Old Trafford. Odrodzenie Christiana Eriksena

Pamiętam wszystko poza pięcioma minutami. Potem mi powiedziano, że to było pięć minut. Pamiętam rzut z autu, piłkę uderzającą w moje kolana, a potem nie pamiętam już nic. Potem obudziłem się otoczony ludźmi, czułem ucisk na klatce piersiowej, próbowali przywrócić mój oddech. Nic nie rozumiałem. Zadawałem sobie pytania: Czy coś stało się z moimi nogami? Czy złamałem kręgosłup? Czy mogę podnieść nogi? Próbowałem zrozumieć, co się dzieje. Wtedy zrozumiałem, że na pięć minut umarłem – tak Christian Eriksen wspominał dramatyczne wydarzenia na Parken w rozmowie z duńską telewizją DR1.

Christian Eriksen w Manchesterze United

Koledzy, rodzina, lekarze i fani

Tamte wydarzenia naznaczyły w zasadzie całe EURO 2020. Eriksen doznał nagłego zatrzymania krążenia na oczach tysięcy widzów na stadionie Parken i milionów zgromadzonych przed telewizorami. Do końca turnieju czuć było napięcie związane z nieprzyjemną sytuacją z meczu Dania – Finlandia i to, pomimo że zakończyła się ona happy-endem. Nie ma się co oszukiwać, ale niemal każdy, kto oglądał tamto spotkanie na żywo miał w głowie najgorsze wizje. Wszystko wyglądało niezwykle dramatycznie, więc nie ma się co dziwić. Takich obrazków nie oglądamy na co dzień.

Wszyscy z podziwem patrzyliśmy na postawę kolegów z drużyny Eriksena, którzy nie dość, że błyskawicznie zareagowali, widząc, co się dzieje i udzielili pomocy, to jeszcze solidarnie zasłonili reanimację, tworząc naturalny mur. Tym razem nie był to mur, który miał tylko zablokować piłkę uderzoną z rzutu wolnego, a miał zdecydowanie ważniejsze zadanie.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Nie da się zapomnieć także ulgi, jaka wszystkim towarzyszyła, kiedy Eriksen był już znoszony z boiska na noszach i zauważono, że jest przytomny. Akcja zakończyła się sukcesem, a wszystko tylko i wyłącznie dzięki błyskawicznej reakcji kolegów i ratowników na Parken.

– Jestem wdzięczny, że moi koledzy z kadry zareagowali tak błyskawicznie. Dziękuję także lekarzom. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się jednak tego, co się później działo. To było dziwne. Ludzie nagle zaczęli mi wysyłać kwiaty. Wysyłali mi kwiaty, bo przez pięć minut byłem martwy? Ale mimo wszystko to było bardzo miłe. Chciałbym podziękować wszystkim fanom i moim najbliższym – mówił wzruszony Eriksen.

Transferowa rozpusta Anglików. Inni zaciskają pasa, a Premier League podkręca tempo

Cel jest jasny

Zapewne każdemu wydaje się, że po takim czymś twoją pierwszą myślą raczej nie jest to, czy w ogóle wyjdziesz jeszcze kiedyś na boisko. Zaczynasz raczej zastanawiać się nad życiem, doceniać wszystko, co masz wokół siebie. I oczywiście tak było w przypadku Christiana Eriksena, ale tylko dlatego, że nie brał on w ogóle pod uwagę możliwości, że nie będzie mógł wrócić do uprawiania sportu, który kochał i który dał mu wszystko.

Od razu, gdy tylko doszedł do siebie miał tylko jeden cel. – Chciałem przejść wszystkie testy i omówić z lekarzami, jakie mam możliwości. Ale potem powiedziano mi, że oprócz tego, że mam defibrylator, to nic się nie zmieniło. Mogę prowadzić normalne życie i nie ma żadnych ograniczeń. To była prawdziwa ulga, ale byłem też zdziwiony, nie chciałem ryzykować. Mimo wszystko zrobiłem wiele testów, żeby sprawdzić, czy wszystko jest ok – zapewnił Eriksen.

Niestety problemy pojawiły się już na samym początku, bo pomimo tego, że lekarze twierdzili, że to “tylko” defibrylator, to regulamin Serie A był dla Duńczyka bezlitosny. Chcieli czy nie chcieli – właściciele Interu Mediolan musieli się z nim rozstać, bo nie było szans na to, żeby mógł z powrotem wybiec na włoskie boiska. To był oczywiście niezwykle trudny moment, bo kariera Christiana Eriksena stanęła wtedy pod znakiem zapytania. Nie było wiadomo czy jakiś klub, szczególnie spośród tych na najwyższym poziomie, zdecyduje się zaryzykować i zatrudni piłkarza po takich przejściach.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Urządzenie, które zostało wszczepione Eriksenowi to implantowany kardiowerter-defibrylator (ICD). Odpowiada ono za to, żeby “zresetować” serce w przypadku kolejnego zatrzymania krążenia. – To, co teraz robię, nie stanowi dla mnie żadnego zagrożenia. Gdyby powiedzieli mi coś innego, to z pewnością sytuacja wyglądałaby inaczej. Nie widzę żadnego ryzyka. Mam defibrylator, gdyby coś się stało, to jestem zabezpieczony – w teorii rzeczywiście tak to wygląda, ale miejmy nadzieję, że nie będzie trzeba tego weryfikować w praktyce.

Zjednoczone Merseyside. O co chodzi kibicom Evertonu i Liverpoolu?

Dania w Londynie

Ale właśnie dlatego w niektórych ligach z powodzeniem można grać, będąc wyposażonym w takie cudo techniki. Tak jest między innymi w przypadku Premier League i to właśnie tam ostatecznie udał się Christian Eriksen. Nie dostał od razu propozycji z klubu z czołówki, ale udało mu się przekonać do własnej osoby Brentford, które było beniaminkiem. Akurat w tym klubie jest spora duńska kolonia, do której zresztą należy także trener Thomas Frank. 48-letni szkoleniowiec był doskonale znany Eriksenowi jeszcze z czasów współpracy w młodzieżowych kadrach Danii.

Wydaje się więc, że Eriksen nie mógł znaleźć sobie lepszego miejsca do wskrzeszenia kariery piłkarskiej. Wrócił do rozsądnie budowanego klubu, w którym nie ma przesadnej presji. W dodatku do trenera, z którym się dobrze zna i całego grona rodaków w składzie. – To była długa droga i nadal się nie skończyła. Czuję, że jestem coraz bliżej i jestem przez to spokojny. To będzie bardzo wyjątkowy moment móc wyjść ponownie na boisko i zagrać mecz po tym, co zdarzyło się siedem, osiem miesięcy temu. To będzie niesamowite – mówił piłkarz jeszcze przed debiutem w barwach londyńskiego klubu.

Oczywiście doskonale były mu znane także realia panujące w Premier League, bo przecież spędził tutaj prawdopodobnie najlepszy czas w dotychczasowej karierze. W latach 2013-2020 był zawodnikiem Tottenhamu, z którym dotarł między innymi do finału Ligi Mistrzów w sezonie 2018/19. W sumie w barwach Kogutów rozegrał 305 spotkań, w których zdobył 69 bramek i zaliczył 90 asyst. Przez lata był jedną z największych gwiazd drużyny.

Nie musiał też całkowicie przemeblowywać własnego życia, bo Londyn to było jego miejsce na ziemi. I być może dzięki temu wszystkiemu jego przygoda z Brentford, choć krótka, była bardzo owocna. Duńczyk rozegrał zaledwie 11 spotkań w drużynie Thomasa Franka, ale stał się jej najważniejszym ogniwem. W tych niewielu występach był głównym kreatorem gry beniaminka i wyraźnie przyczynił się do pewnego utrzymania w Premier League. Tyle mu wystarczyło. Klub sporo ryzykował, ale mógł też sporo zyskać. I zyskał. – Dla mnie to nie był hazard. Byłem przekonany, że może nam pomóc i że może być dla Brentford najlepszym transferem – przyznał Thomas Frank.

Czy Bournemouth zostanie nowym Norwich?

Ostatnia szansa

Celem Eriksena nie było jednak przyjemne granie w Brentford, a powrót na najwyższy poziom i jeszcze jedna próba zapisania się w historii futbolu. Londyńczycy robili wszystko, aby go zatrzymać, bo przecież piłkarz tej klasy nigdy nie grał w tym klubie, ale Duńczyk zdawał sobie sprawę, że ma już 30 lat i nie ma na co czekać. Szczególnie z jego wcześniejszymi doświadczeniami. Dlatego gdy tylko odezwali się do niego właściciele Manchesteru United, nie wahał się zbyt długo.

Brentford chciał, żebym został, ale pojawiła się szansa w mojej karierze, aby zrobić to, o czym marzyłem. Chciałem na nowo rozkręcić moją karierę i przyjść do jeszcze większego klubu. To mi się udało. Manchester United to jeden z największych klubów na świecie. To było jak zbawienie po tym, co stało się wcześniej. Udowodniłem, że mogę dostać ofertę od takiego klubu jak United. To było wspaniałe. Dołączyłem do wielkiego klubu – podkreślił 30-latek w wywiadzie dla portalu bold.dk.

Wielu ekspertów miało obawy, spoglądając na ten ruch. Wydawało się bowiem, że dobra postawa Eriksena miała wiele wspólnego z otoczeniem, do którego trafił, bo jak już wspominaliśmy, było ono niemal idealnie dostosowane do niego. Sam piłkarz też miał z pewnością całą masę wątpliwości, ale nie mógł sobie pozwolić na zmarnowanie takiej szansy. Dlatego nie zadowolił się samym transferem na Old Trafford, a od razu chciał pokazać, na co go stać.

I pokazał. Był drugim transferem Manchesteru United od przyjścia Erika ten Haga zaraz po Tyrellu Malacii, ale zdecydowanie nie był to ruch, który powalił kibiców na kolana. Wszyscy pamiętają popisy Duńczyka z czasów gry w Tottenhamie, ale tego lata jego dyspozycja wciąż była wielką niewiadomą. Mało kto spodziewał się, że Eriksen będzie wyglądał na Old Trafford aż tak dobrze.

„Lisy” przestały gryźć. Dlaczego Leicester City tak słabo zaczęło sezon?

Wyższy poziom

Duńczyk od razu wskoczył do pierwszego składu United i okazało się, że nie tylko znajduje się w fantastycznej dyspozycji, ale został… najważniejszą postacią układanki Erika ten Haga. W tych kilku ostatnich bardzo dobrych spotkaniach Czerwonych Diabłów wyklarowała się dość zaskakująca trójka w środku pola – Eriksen, Fernandes i McTominay. Duńczyk pełni w niej funkcję swoistego bufora pomiędzy swoimi partnerami z drugiej linii. Dzięki jego pracy na boisku, Szkot może się skupić głównie na działaniach defensywnych, a Portugalczyk na ofensywnych.

Mało tego, Eriksen jest głównym kreatorem gry United. Niemal każda piłka transportowana od tyłu do zawodników ofensywnych musi przejść przez niego i to on jest odpowiedzialny za podjęcie decyzji, co zrobić z nią dalej. Dlatego jest zdecydowanie jednym z najaktywniejszych zawodników na boisku. W dodatku niemal w każdym spotkaniu gra wszystko od deski do deski. Tylko raz rozegrał mniej niż 80. minut – było to w ostatnim spotkaniu Manchester United z Realem Sociedad w Lidze Europy.

30-letni pomocnik zszedł z boiska już w przerwie i został zmieniony przez Bruno Fernandesa. Wtedy Erik ten Hag wystawił jednak mocno eksperymentalny skład i musiał wpuścić Portugalczyka, żeby dać nieco więcej jakości ofensywie. Tamten mecz był w ogóle dość nieszczęśliwy dla United. Pomimo przewagi nie potrafili udokumentować jej bramką, a w dodatku jedną stracili i ostatecznie ponieśli klęskę. Stało się to jednak w drugiej połowie, kiedy Eriksena nie było już na boisku.

Nowy nabytek United wyjątkowo rozegrał więc tylko 45 minut, ale i tak był najważniejszą postacią w drużynie, co widać po jego statystykach. Miał dokładnie 29 kontaktów z piłką, oddał 25 podań, z czego 21 trafiło do kolegów z drużyny. Daje to dokładność na poziomie 84 procent. Wniósł też swoje do ataku, bo zaliczył dwa kluczowe podania, a do tego trzy razy wykonał dokładne podania crossowe.

To już nie Szkocja. Bolesna weryfikacja Stevena Gerrarda

Coś do udowodnienia

To jednak tylko jedno spotkanie, w którym nie spędził zbyt dużo czasu na boisku. Ale nie szkodzi, bo najlepszy był także w ostatnim meczu ligowym z Arsenalem, który udało się wygrać dość pewnie 3:1 i był to chyba najlepszy mecz United pod wodzą Erika ten Haga. Eriksen królował w swoim zespole pod względem: kontaktów z piłką (56), podań (42), wykreowanych szans (3) i wyjątkowo był drugi pod względem przebiegniętego dystansu (11,2 km).

Wystawiamy go trochę niżej, na „szóstce” lub na „ósemce”, gdzie dostaje dużo swobody. Mówimy mu, w których strefach boiska ma grać, ale musi się także dostosowywać do sytuacji panującej na murawie. To taki zawodnik, który samodzielnie potrafi zmienić obraz gry. Kiedy zobaczy możliwość podania przecinającego formacje, jest w stanie posłać odpowiednią piłkę. Do tego potrafi podłączyć się w dobrym momencie do ataku , by pomóc drużynie w strzeleniu bramki – w ten sposób Eriksen został scharakteryzowany przez Erika ten Haga.

– Mógłby za to poprawić swoją grę w defensywie – dodał Holender i to chyba z powodu starty piłki po ataku Odegaarda, który zresztą okazał się być faulem. Dlatego bramka Martinellego, która po nim padła nie została uznana. Trzeba jednak przyznać, że sędzia w tej sytuacji mógłby się wybronić, a zachowanie Duńczyka faktycznie było trochę nieodpowiedzialne. Gdyby tamta bramka została uznana, mecz mógłby się potoczyć zupełnie inaczej. Zwykle w takich sytuacjach asekuruje go McTominay, ale jak widać, zdarzają się wyjątki.

Póki co liczby Christiana Eriksena nie powalają, bo jest to zaledwie jedna asysta, ale też znacznie zmieniła się jego rola w porównaniu z tym, jak wcześniej grał w Premier League. W Tottenhamie miał znacznie więcej zadań w ofensywie i pełnił raczej rolę “dziesiątki”. Wygląda na to, że Erik ten Hag znalazł mu idealną pozycję na jego obecne możliwości, co automatycznie daje też więcej swobody kolegom. I znów okazuje się, że Duńczyk udowodnił wszystkim, że wciąż jest zdolny do wielkich rzeczy i głodny sukcesów bez względu na pewne niedogodności, po których na szczęście nie ma śladu. A jeżeli będzie zdrowie, to udowodni nam jeszcze niejedno.

Czytaj więcej o Premier League:

Fot. Newspix

Urodzony w 1998 roku. Warszawiak z wyboru i zamiłowania, kaliszanin z urodzenia. Wierny kibic potężnego KKS-u Kalisz, który w niedalekiej przyszłości zagra w Ekstraklasie. Brytyjska dusza i fanatyk wyspiarskiego futbolu na każdym poziomie. Nieśmiało spogląda w kierunku polskiej piłki, ale to jednak nie to samo, co chłodny, deszczowy wieczór w Stoke. Nie ogranicza się jednak tylko do futbolu. Charakteryzuje go nieograniczona miłość do boksu i żużla. Sporo podróżuje, a przynajmniej bardzo by chciał. Poza sportem interesuje się w zasadzie wszystkim. Polityka go irytuje, ale i tak wciąż się jej przygląda. Fascynuje go… Polska. Kocha polskie kino, polską literaturę i polską muzykę. Kiedyś napisze powieść – długą, ale nie nudną. I oczywiście z fabułą osadzoną w polskich realiach.

Rozwiń

Najnowsze

Inne kraje

Dziekanowski o sytuacji Nawrockiego: Jeśli nie wytrzymujesz ciśnienia, to szybko odpadniesz

Damian Popilowski
1
Dziekanowski o sytuacji Nawrockiego: Jeśli nie wytrzymujesz ciśnienia, to szybko odpadniesz

Anglia

Anglia

Już nikt mu tego gola nie zabierze. Liverpool z pierwszym pucharem w tym sezonie!

Piotr Rzepecki
5
Już nikt mu tego gola nie zabierze. Liverpool z pierwszym pucharem w tym sezonie!
Anglia

Erik ten Hag: Podążamy we właściwym kierunku

wstellmach
3
Erik ten Hag: Podążamy we właściwym kierunku

Komentarze

1 komentarz

Loading...