Pokaz siły i charakteru. Polscy siatkarze pokonali USA!

Sebastian Warzecha

26 czerwca 2022, 19:35 • 7 min czytania

Pokaz siły i charakteru. Polscy siatkarze pokonali USA!

Właściwie w każdym z dzisiejszych czterech setów był moment, gdy można zakładać, że Polacy tę partię przegrają. A ostatecznie przegrali tylko jedną, pierwszą. Potem – choć nie bez kłopotów – już wyłącznie wygrywali. W starciu ze Stanami Zjednoczonymi pokazali nie tylko swoje umiejętności, ale i charakter. A przy okazji zaatakowali pozycję lidera fazy zasadniczej Ligi Narodów – od Francji (którą zresztą ograli 3:1 w Ottawie) są gorsi tylko o seta. 

Reklama

Mocne zamknięcie turnieju, ale testy i tak trwały

Tak się złożyło, że drugi turniej Ligi Narodów – rozgrywany w Sofii – Polacy otwierali i zamykali z mocnymi rywalami. Mecze numer dwa i trzy – z Kanadą i Australią, Nikoli Grbiciowi posłużyły raczej za poligon doświadczalny i szansę dla siatkarzy z drugiego planu. Z Brazylią i dziś, przeciwko USA, prezentowali się już raczej ci, którzy mają stanowić pierwszy garnitur kadry. W dzisiejszym spotkaniu dostali zresztą prawdziwy sprawdzian – bo o ile z Canarinhos wygrali zaskakująco łatwo (nękając ich w dużej mierze fenomenalnymi zagrywkami), o tyle z USA długo naprawdę niewiele szło po myśli Grbicia i jego podopiecznych.

Reklama

Inna sprawa, że opcjonalna porażka nie byłaby przesadnie bolesna. Liga Narodów ma to do siebie, że wielu trenerów ze składami kombinuje, miesza, testuje i próbuje znaleźć rozwiązania optymalne. Grbić nie jest w tej kwestii wyjątkiem – na pierwszy turniej, do Ottawy, zabrał przecież głównie rezerwowych, którzy zresztą pokazali się tam z naprawdę dobrej strony. W Sofii z kolei sprawdza różne zestawienia. Podobnie robią też i inne kadry. I choć dziś naprzeciwko stanęli Amerykanie, to wcale nie grali najmocniejszą możliwą szóstką. Brakowało im przede wszystkim dwóch gwiazd – rozgrywającego Micaha Christensona i skrzydłowego Matthew Andersona.

Orlen baner

W ich składzie znalazło się za to… aż czterech zawodników z PlusLigi. Dwóch dobrych znajomych spotkali siatkarze ZAKSY Kędzierzyn-Koźle, bo na pozycji libero prezentował się Erik Shoji, a na środku wystąpił David Smith. Do tego grali też Joshua Tuanig (rozgrywający AZS Olsztyn) i Jeffrey Jendryk, który w sezonie 2020-21 grał w Resovii, a teraz wróci na polskie parkiety po roku nieobecności i będzie reprezentować ekipę LUK Lublin. Polacy? Oni zagrali niemalże tak, jak z Brazylią – jedyną różnicą była pozycja libero, gdzie od początku prezentował się Jakub Popiwczak. Poza tym na parkiecie obecni byli Bartosz Kurek, Kamil Semeniuk, Aleksander Śliwka, Marcin Janusz, Jakub Kochanowski i Mateusz Bieniek.

I choć różnicę stanowiło jedno nazwisko, to możemy napisać, że to ósmy mecz Nikoli Grbicia w kadrze Polski i… ósmy raz na początku na parkiet wybiegła inna szóstka. Jak pisaliśmy – testy trwają.

Niemoc

Do tej pory w Sofii Polacy właściwie nie mieli momentu słabości. I dziś też zaczęli znakomicie, spodziewaliśmy się więc, że taki stan rzeczy się utrzyma. Już po pierwszych kilku wymianach nasi siatkarze odskoczyli bowiem Amerykanom na cztery punkty (5:1). Tyle że ci chyba po prostu potrzebowali chwili, by dobrze wejść w mecz. Gdy to w końcu zrobili, pokazali, że będą niesamowicie groźni – przede wszystkim za sprawą znakomicie funkcjonującego dziś u nich serwisu i… przyjęcia Polaków, któremu daleko było do poziomu, jakiego byśmy od nich oczekiwali. Prym u naszych rywali wiódł przede wszystkim Aaron Russel, z serwisu bombardujący nas raz za razem, a i w ataku regularnie dokładający punkty.

POLSKĄ SIATKÓWKĘ WSPIERA PKN ORLEN

Polacy za to coraz częściej popełniali błędy, w przeciwieństwie do Amerykanów mieli też wielkie problemy z serwisem. Zdarzało się również, że zupełnie nie wychodziły im ataki. I nagle z doskonałego początku zrobiło się kilka punktów straty, których podopieczni Grbicia już nie nadrobili. I seta przegrali, 21:25. Początek drugiego nie zwiastował poprawy – przyjęcie wciąż szwankowało, na zagrywce mylili się zwykle świetni w tym elemencie Jakub Kochanowski, Bartosz Kurek, a nawet Mateusz Bieniek, bohater meczu z Brazylią. Amerykanie za to doskonale kontrowali, wykorzystywali właściwie każdy błąd czy nieskończony atak Polaków.

Gdy prowadzili 17:13, zaczęliśmy powtarzać sobie, że 2:0 to bardzo niebezpieczny wynik i Polacy mogą straty jeszcze odrobić, nawet jeśli przegrają tego seta. Okazało się, że mówiliśmy to niepotrzebnie – bo choć w teorii nic nie wskazywało na to, żeby nasi reprezentanci mieli się nagle ocknąć, to dokładnie to zrobili. Stało się to zresztą w ciekawych okolicznościach. Najpierw długo dyskutowali z arbitrem o jednej z akcji, potem Nikola Grbić wziął przerwę. A po niej Polacy, jakby nakręceni dyskusją z sędzią, zgarnęli cztery punkty z rzędu. Zresztą z pomocą Amerykanów, bo okazało się, że gdy ich przycisnąć, to popełniają błędy. I popełniali je zresztą do samego końca seta, gdy najpierw świetnym blokiem popisał się Kochanowski, a potem Russell trafił w aut. Polacy mieli piłki setowe, wykorzystali drugą. Zrobiło się 1:1.

Siła charakteru

Trzeci set? Bardzo wyrównany. Obie ekipy dobrze punktowały, ale obie popełniały też błędy. Jako pierwsi na wyraźne prowadzenie wyszli jednak Amerykanie. Na przerwie technicznej prowadzili już trzema oczkami, a Nikola Grbić apelował do swoich podopiecznych, by zresetowali głowy, nie myśleli o popełnionych wcześniej błędach. Nie zrobili tego jednak od razu – dwa pierwsze punkty po przerwie stracili i było już 9:14 z perspektywy Polaków. Ci jednak pozbierali się szybko, zdobywając pięć oczek z rzędu (a doskonały do tej pory Russell zaczął się mylić na potęgę) przy serwisie Bieńka – który przypomniał sobie, jak doskonale zagrywa – i doprowadzając tym samym do remisu. A potem – na finiszu seta – okazali się lepsi, choć to Amerykanie jako pierwsi mieli piłkę setową. Polacy jednak spokojnie ją obronili, a potem, głównie za sprawą znakomitych Semeniuka i Kurka, domknęli seta. I prowadzili 2:1.

A w kolejnej partii… znów zaczęli od strat.

Na chwilę po raz kolejny przestała bowiem pomagać zagrywka. Na szczęście w końcu asem pobudził kolegów Semeniuk, a potem przytrafiła się akcja meczu, trwająca ponad pół minuty i absolutnie wycieńczająca, szczególnie dla Amerykanów. W jej trakcie znakomicie w obronie zareagował wspomniany przed chwilą Semeniuk, a potem popis dał Kuba Popiwczak, który piłkę do kolegów posyłał jedną ręką już z amerykańskiej strony boiska. Gdy Polacy wygrali tę wymianę, wstąpiły w nich dodatkowe siły. Jakby poczuli, że po czymś takim przegrać już nie mogą. I faktycznie, nie przegrali.

https://twitter.com/PolskaSiatkowka/status/1541083468247011330

Chwilę później znakomicie zaatakował Kurek (osiągnął dziś niebotyczne 75 procent skuteczności w ataku i był… zdziwiony, że grał aż tak dobrze), potem świetnie blokiem pracował Kochanowski. W końcu zdołali odskoczyć na dwa punkty i choć Mitchell Stahl zaskoczył ich asem, to nie dali się wybić z równowagi. Po raz kolejny w tym meczu zdali test charakteru, bo na punkt z zagrywki odpowiedzieli trzema oczkami z rzędu. Doszli do stanu 24:22 i nie czekali na piłkę meczową przy serwisie Amerykanów – wykorzystali tę przy własnym podaniu.

Wygrali 3:1 po meczu, w którym przez ponad półtora seta niemal nic im nie wychodziło. I, jak sami przyznawali, takie zwycięstwa dodatkowo się ceni. Ale warto tu też docenić pracę Nikoli Grbicia, który w pewnym momencie zaryzykował choćby wprowadzając wariant gry na dwóch libero – z Pawłem Zatorskim w obronie, a Jakubem Popiwczakiem w przyjęciu. Wariant, który… nigdy wcześniej nie był testowany. A dziś dał naprawdę dobre efekty.

Kierunek Polska

Nasi siatkarze są już właściwie pewni udziału w turnieju finałowym Ligi Narodów, bo na ten pojedzie aż osiem najlepszych reprezentacji. A po Sofii Polacy są wiceliderami tabeli, mają 21 punktów i Francji ustępują tylko gorszym stosunkiem setów (22:6 do 22:5). W dodatku w ostatnim turnieju – który zostanie rozegrany w Gdańsku – zmierzą się z teoretycznie najsłabszym zestawem rywali: Iranem, Chinami, Holandią i Słowenią. I choć ta ostatnia to w wielu przypadkach przekleństwo naszej kadry, to będzie to już kończący rywalizację mecz, możliwe, że tak naprawdę o nic z naszej perspektywy.

Nikola Grbić już teraz może zresztą założyć, że przygodę z kadrą zaczął udanie, choć wiadomo, że Liga Narodów to głównie poligon doświadczalny przed mistrzostwami świata. Dzisiejszy mecz zresztą jest cenny także z ich powodu – z ekipą Stanów Zjednoczonych zmierzymy się tam w końcu już w fazie grupowej. I możliwe, że za sprawą dzisiejszego triumfu będziemy mieć przewagę mentalną. Bo pokazaliśmy, że nawet nie grając najlepiej, potrafimy wygrać z tak mocną ekipą.

A to naprawdę cenna sztuka.

Polska – USA 3:1 (21:25, 25:23, 26:24, 25:22)

Fot. Newspix

Czytaj też: 

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Igrzyska

Trzy polskie medale na igrzyskach? Cel trudny do osiągnięcia

AbsurDB
5
Trzy polskie medale na igrzyskach? Cel trudny do osiągnięcia
Igrzyska

Usłyszała od Piesiewicza, że będzie chorążą. „Jestem dumna”

Jakub Radomski
15
Usłyszała od Piesiewicza, że będzie chorążą. „Jestem dumna”
Igrzyska

Przeanalizował szanse Polaków. „Żurek jedzie po dwa medale”

Jakub Radomski
6
Przeanalizował szanse Polaków. „Żurek jedzie po dwa medale”
Reklama
Reklama