Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

“Uruchamiam diabła, jestem nienormalny. W bramce nie może stać laluś”

Kamil Warzocha

Autor:Kamil Warzocha

23 kwietnia 2021, 14:29 • 15 min czytania 20 komentarzy

Przyznaje wprost, że jest szalony. Stylem byciem mógłby rywalizować z Grzegorzem Szamotulskim, ludzie się go obawiali. W dzieciństwie dostał ksywkę “Balon”, bo był gruby i nie chciał biegać. Babcia zabraniała mu bronić, bojąc się, że uderzy w słupek i zostanie wariatem. Ma więcej obronionych karnych na koncie niż żółtych kartek. Rzucał bidonem w kibiców, odpowiadał na wyzwiska. Mógł trafić do Ekstraklasy, miał niecodzienne testy w Polonii Warszawa. Zatrzymywał w Pucharze Polski Lech Poznań, Śląsk Wrocław czy Piast Gliwice. W latach 90. zaczynał przygodę z piłką, a dzisiaj, w wieku 43 lat, wrócił między słupki trzecioligowej Stali Stalowa Wola. Zagrał dla niej prawie 500 meczów, jest wychowankiem i wieloletnim kapitanem. Tomasz Wietecha, zapraszamy.

“Uruchamiam diabła, jestem nienormalny. W bramce nie może stać laluś”
2009 rok, mecz Stali z Lechem Poznań w ramach Pucharu Polski. Trochę się tam zadziało i maczał pan w tym palce.

Puchary rządzą się swoimi prawami. Wyeliminowaliśmy Lecha w rzutach karnych i tak się złożyło, że przyłożyłem do tego rękę.

Obronił pan dwa rzuty karne. Lech kończył mecz w dziewiątkę, a dogrywka grana była prawie w ciemnościach.

To był listopad, nie mieliśmy dobrych warunków oświetleniowych. Ale po ciemku też dobrze mi się broniło. Mógłbym to nawet nazwać atutem własnego boiska.

Nie mógł się pan wtedy spodziewać, że broni strzały przyszłego najlepszego piłkarza na świecie.

Robert był wtedy naprawdę dobrym napastnikiem. Jeszcze kiedy grał dla Znicza, coś mi strzelił, ale akurat w tamtym meczu mu się nie udało. No i nawet nie podszedł do rzutu karnego. Gdyby to zrobił, miałbym fajną pamiątkę po obronieniu.

Z perspektywy bramkarza widział pan, że to obiecujący napastnik?

Pojechaliśmy na taki jeden mecz do Pruszkowa. Wygrywaliśmy 1:0, ale w samej końcówce piłka dosłownie odbiła mu się od ochraniacza i wpadła do bramki. Czuł to, miał timing. Po prostu wpadały mu gole, mimo że jakiegoś wielkiego wrażenia jako napastnik nie robił. To był młody chłopak, który miał nosa.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Starcia m.in. z Rakowem trenera Brzęczka, Śląskiem trenera Levego, obroniony karny Sebastiana Mili, to samo z Piastem Gliwice. Ciekawe przygody miał pan w Pucharze Polski.

Dzięki takim meczom mogliśmy sprawić kibicom radość. Młodsi chcieli się pokazać, gryźliśmy trawę. Wtedy lepszemu nieraz gra się trudniej ze słabszym rywalem.

Była pompka?

Wręcz przeciwnie: trenerzy mówili, że Pucharu Polski przecież nie zdobędziemy. Słyszeliśmy tylko, że możemy napsuć im krwi. Pamiętam, gdy na Śląsk przyszedł cały stadion. To było coś, to dawało kopa. Dla ludzi to była odskocznia od szarej codzienności, takiej jaką widzimy obecnie.

Podobno bliżej panu do wariata niż spokojnego człowieka. Kibice nie mogli się nudzić.

Dokładnie. Nawet teraz, gdy wróciłem do bramki, po prostu nie mogę żyć bez wariactwa. Jak mi tego zabraknie, to będzie oznaczać, że jest ze mną źle. Bycie wariatem ma swoje plusy, pozwala mi trochę zniwelować takie braki jak wzrost [184 m] czy gra nogami. Nadrabiam tym.

Da się tak funkcjonować przez tyle lat?

Mi to pomaga. Były takie mecze, kiedy próbowałem wyłączyć tryb wariata. Mecz bez gadaniny, krzyków, agresji. Próbowałem być wyciszony, ale dużo czasu nie mijało, zanim odnosiłem wrażenie, że to nie skończy się dobrze. Czułem się nieswojo. Nie potrafię tak.

Musi być pan ciągle pod prądem.

Muszę uruchamiać diabła.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Patrząc na zdjęcia i dorzucając do tego styl bycia na boisku, kojarzy mi się pan z Grzegorzem Szamotulskim.

Jeśli chodzi o poziom sportowy, trudno mi się porównywać z Szamotulskim. Słyszałem jednak, że normalny też nie był. Więc zgadzam się, coś w tym może być. Podobieństwo cech, łysy zabijaka.

Czyli można uznać, że niedaleko panu do nienormalnego?

Tak. Generalnie uważam, że tego obecnym bramkarzom brakuje. Są za grzeczni, zbyt ułożeni. Wiadomo, że szkoła jest ważna, a w pewnym okresie nawet najważniejsza dla piłkarza. Ale kurde, wariactwo musi być. Między słupkami nie może stać laluś. Takie jest moje zdanie. Teraz, gdy prowadzę treningi chłopców, chcę im to wszczepić. Oczywiście nie każdy się do tego nadaje, ale może będę dla kogoś inspiracją. Ktoś popatrzy i powie “Spróbuję zrobić jak trener”.

Bali się pana?

Nikogo nie chciałem straszyć na boisku, ale napastnicy za mną nie przepadali. Byłem upierdliwym gościem. Jak kogoś sobie upatrzyłem, to z niego nie schodziłem. Leciały nieprzyjemne słowa, ale po meczu przeważnie każdemu podawałem rękę. Kiedy emocje schodziły, starałem się zachowywać klasę. Z drugiej strony zdarzało się, że piłkarze z Ekstraklasy przy niekorzystnym wyniku traktowali nas jak śmieci. Obrażali, pluli, a człowiek nie był na boisku dłużny. Czasami tak trzeba, nie może być za grzecznie, choć granicy nie przekraczałem. No, dobra. Były takie przypadki, kiedy odcinało mi prąd. Koledzy po meczu pytali “Co ty tam gadałeś, chłopie?”. Odpowiadałem, że nie pamiętam. Nawet z trybun nic do mnie nie docierało po pierwszym gwizdku. Byłem i nadal jestem w swoim żywiole, nic na to nie poradzę!

Określenie “Ty łysy ch*ju” na pewno pan słyszał wiele razy.

Oczywiście. Graliśmy taki mecz z Dolcanem Ząbki na wyjeździe. Nie spodobałem się kibicom, bo dużo krzyczałem. Słyszałem wtedy to określenie, a że nie jestem człowiekiem, który daje sobie w kaszę dmuchać, to odpowiedziałem pewnym gestem. Na ogół starałem się takich rzeczy nie robić, ale wtedy musiałem. W pewnym momencie Dolcan miał rzut karny, który obroniłem. Bardzo potrzebowaliśmy punktów, wygrywaliśmy 1:0. Zacząłem słyszeć jeszcze mocniej “Ty łysy ch*ju!”. Na nasze nieszczęście dostaliśmy drugiego karnego, obróciłem się i rzuciłem w kibiców bidonem.

Dzisiaj coś takiego by nie przeszło. Czerwona kartka.

Tak, coś takiego umykało sędziom. Trochę się bałem, bo wtedy wchodziły już telefony, więc ktoś mógł mnie nagrywać.

A respekt na ulicy pan odczuwał? Albo wskazywali na pana palcem?

Musiałby pan spytać się moich kolegów, ale miałem taką sytuację w czasach gry w Rzeszowie. Kiedy ktoś się dowiadywał, że będzie ze mną współpracował, miał obawy. Doszły mnie jednak takie słuchy, że jak ludzie mnie poznawali, to zmieniali zdanie. Był taki Mateusz Pawłowicz, który mówił, że obawiał się przyjść do klubu ze względu na moją osobą. To trochę trwało. Aż w końcu po jakimś treningu przyjechałem do niego i podłączyłem mu antenę do telewizora, bo akurat się przeprowadzał. Poza boiskiem mam gołębie serce.

Słyszałem, że szaleństwo we krwi ma pan od ojca.

Mój tata grał w piłkę, teraz niestety nie żyje. Był pomocnikiem, ale czy był szalony? Nie pamiętam. Mama mi opowiadała, że w czasie meczu tata nie był w stanie nawet wody wypić, bo był tak zaangażowany w grę. Ale chyba nie był takim krejzolem jak ja.

Mam pan więcej żółtych kartek czy obronionych karnych? Bo zauważyłem, że tych upomnień było z kilkadziesiąt.

Hmm, chyba karnych. Później kartki dostawałem przede wszystkim za gadkę. Czasami nawet nie wychodziliśmy z tunelu, a sędziowie mówili “Panie Tomku, zaraz będzie kartka”. Mieli problem o to, że przy żółtej koszulce mam czarne rękawki. Chcieli mi za coś takiego dawać nawet czerwoną kartkę. Dla mnie to jest dziwne, żeby za coś takiego karać. Pamiętam taki jeden pucharowy mecz, graliśmy na sztucznym boisku w minusowej temperaturze. Przed meczem miałem gorączkę. Sędzia mnie upomniał, bo długi rękaw miał inny odcień niż kolor koszulki. Dobrze, że wtedy ten mecz w ogóle zacząłem, a tu na wejściu dostaję kartkę. Trochę się zagotowałem.

Bił się pan kiedyś na boisku?

Nigdy. Czasami zdarzało się stanąć komuś na palce przy rzucie rożnym, ale nic więcej.

A zrobił pan coś tak nieeleganckiego, że potem mocno żałował?

Aż takich mocnych ekscesów chyba nie było. Jedynie do trenerów zdarzało mi się coś powiedzieć w zbyt mocnych słowach, ale szybko pojawiała się skrucha. Dochodziło do mnie, że zachowałem się źle i przepraszałem. Ale reagowałem, nadal zresztą to robię, kiedy ktoś zaczyna komuś ubliżać z ławki rezerwowych. Potrafię odwdzięczyć się tym samym. Albo gdy ludzie krzyczą coś niewłaściwego zza płotu na stadionie. Odpala mi się taki Zidane, tylko że ja nikogo z bańki jeszcze nie uderzyłem.

To może ktoś z pana otoczenia miał takie ekscesy? Nie wierzę, że przez tyle lat w Stali nikt nie pojechał po bandzie.

Było kilku gagatków. Taki Rysiek Kazieczko z Maciejem Nalepą kiedyś pobili się na boisku. Dostali tylko po żółtej kartce, ale mieli taką szarpaninę, że mogło skończyć się gorzej. A czy coś bardziej ekstremalnego… Chyba nie.

Czyli nie było w klubie postaci z większym temperamentem niż pan?

Nie no, był w Stali Mieczysław Ożóg. Może go pan kojarzy. Legenda klubu, ma teraz 55 lat i dalej gra w piłkę. Pierwszą rzeczą, jaką za młodu chciałem usłyszeć po wejściu do szatni, była właśnie opinia Mietka. Na początku nie miałem problemu z dostosowaniem się do jego twardych warunków. Ale nie trwało to długo, zanim sam doszedłem do głosu. Mój drugi trening, gierka, opieprzam starszych zawodników. Miałem tupet. A wiadomo, że jak młody wchodził do szatni, bywało różnie. Dokuczanie, złośliwości, może czasami poniżanie. Ja nie dawałem sobą pomiatać. Sam Mietek zaczął patrzeć na mnie inaczej.

Tak można zdobyć szacunek, ale to broń obosieczna.

Szacunek zdobywa się przede wszystkim dobrą grą w piłkę. Jeśli to się zgadza, to, co by się nie działo, drużyna cię ceni. Takie zachowania jak moje nie zawsze pomagają piłkarzom, ale nie powiem, że utrudniłem sobie sprawę. A jeśli chodzi o Mietka – mnie uznawali za bestię, a co dopiero on! Młodzi mieliby z nim dzisiaj przerąbane. Nawet dzisiaj potrafi srogo opierdzielić w zwykłej gierce na orliku.

Dzisiaj na nowe pokolenia piłkarzy nie czekają już takie osobowości w szatni. Inne czasy.

Tak, a do tego młodzi dostają teraz wiele rzeczy za darmo. Mamy przecież choćby przepis o młodzieżowcu. Młodzi się panoszą. Pamiętam, gdy kiedyś czaiłem się jak ten wąż w pomidorach, żeby siąść sobie z innym młodym bramkarzem na jednym krześle. On na lewym, ja prawym półdupku. Nie miałem odwagi zająć wolnego miejsca, kiedy wchodziłem do szatni. Pożyczało się buty na trening od starszych, bo nie było łatwo ze sprzętem. Brałem śniegówki od Tadeusza Krawca [obecnie trener KSZO Ostrowiec], na szczęście mieliśmy te same numery. Jak on szedł do szkoły wieczorowej, to ja brałem jego buty. Chyba do tej pory nie wie, że to robiłem.

Takie rzeczy kształtują charakter. Pokora, szacunek.

Dokładnie. Teraz w Stalowej Woli mamy takie zaplecze, że lepsze na naszym poziomie rozgrywkowym trudno znaleźć gdzieś indziej. Kiedyś, gdy padał deszcz, chodziliśmy ganiać się pod drzewami. Tam graliśmy w siatkonogę, bo padało najmniej. Dzisiaj nowe pokolenia w wielu miastach nie mają już tego porównania “nie mieć a mieć”. Szkoda, ale taka jest cena postępu. Wszystko idzie do przodu.

No i dochodzi profesjonalizacja wśród piłkarzy, która też zmieniała się z biegiem lat.

Powiem wprost: odżywiałem się normalnie. Człowiek miał ochotę na pizzę, to szedł na pizzę. Człowiek miał ochotę na piwo, to szedł na piwo, tylko wiadomo: z tym trzeba było uważać. Teraz zawodnicy są bardziej świadomi i wiedzą, co i kiedy mogą. Wtedy to było nie do pomyślenia, żeby ktoś przywiózł na trening jedzenie w pudełku. To było takie “Kurde, co on wyprawia?”.

Minusem tych zmian jest mental. Młodzi piłkarze szybciej się zrażają, mniej jest twardzieli. Pamiętam, kiedy w jednym meczu Mietek miał autentyczną dziurę w nodze na kilka centymetrów. Zdjął skarpetkę, wziął wodę utlenioną z dziubkiem, wsadził do rany i po sprawie. Zmarszczył tylko wąsa, założył skarpetę z powrotem i po chwili grał dalej. To się nazywa zahartowanie. Oczywiście piłka zmieniła się na lepsze i nie będę tego negował. Idźmy w tę stronę.

Pan zaczynał od zdzierania kolan na betonie.

Zaczynałem na boisku żużlowym i dzisiaj nie wyobrażam sobie, żeby bramkarz trenował w takich warunkach. Wtedy żużel z kolan żeśmy wyjmowali. Zakładało się dwa ręczniki pod gacie, żeby dupska nie zedrzeć i tyle. Ogień. Człowiek czerpał z tego radość. Nie trzeba było wiele.

Rodzice musieli być zachwyceni.

Babcia i mama na początku nie chciały, żebym grał w piłkę. Argumentowały, że bramkarz walnie się w metalowy słupek i po tym staje się pierdzielnięty. Łatwo nie miałem, ale tata stał po mojej stronie. Później, gdy już uwierzyłem, że trochę lepiej mogę kopnąć, wszyscy mnie wspierali.

Był pan gruby?

Mały, gruby, nie chciał biegać. Nazywali mnie “Balon”. Coś w tym jest, że gruby na bramkę! Nie uciekałem od tego, fit loversem nie jestem.

“Balon” wrócił do bronienia na poziomie trzecioligowej Stali po kilku latach rozbratu z piłką.

Zgadza się. Musiałem iść do pracy, ale w pewnym momencie dostałem propozycję, żeby w Stali zająć się bramkarzami. Od dwóch lat jestem zatem trenerem bramkarzy, choć czułem, że brakuje mi bronienia. Możliwe, że nie wróciłbym na boisko, gdyby nie staż w ramach kursu UEFA B. Byłem w Ostrowcu, był tam Janusz Jojko, były reprezentant i golkiper w Ekstraklasie. Powiedział do mnie “Chłopie, co ty tu robisz? Ile masz lat?”. Mówię mu, że 43. A on, że w tym wieku grał jeszcze w Ekstraklasie. Dało mi to do pomyślenia. A że byłem ciągle w ruchu, to spytałem prezesów, czy nie byłoby problemu z dodatkową “robotą”. Zgodzili się. Okazało się, że jest dobrze. Trenuję i rywalizuję.

Ktoś mógłby zapytać, czy panu się jeszcze chce w tym wieku.

Bardzo mi się chce! Brakowało mi tej adrenaliny. Niektórzy ludzie w moim wieku pewnie pukają się w czoło i pytają “Po co ci to, człowieku?”. Póki jednak jestem zdrowy, chcę kopać w piłkę. Wiadomo, że czasami będzie lepiej, czasami gorzej. Teraz idzie mi chyba nieźle, broniłem czwarty mecz z rzędu.

Żona nie narzeka? Nie martwi się?

Kontuzję miałem jedną, poszły więzadła w 2001 roku. Poza tym nic poważniejszego, więc na dobrą sprawę ze zdrowiem nie miałem problemów. Liczę, że to utrzymam. Choć, muszę powiedzieć, po cięższych treningach czasami trudno jest schylić się po pilota, ale następnego dnia rano już nic mnie nie boli. Nie wiem, jak to się dzieje, ale szybko się regeneruję. Coś tam chrupnie, coś w kostce strzeli, ale się naprawi.

Nie szkoda panu, że nie udało się osiągnąć poziomu Ekstraklasy? Była taka okazja, zgłosiła się Odra Wodzisław.

Mieli tam problem z bramkarzem. Wtedy dopiero co podpisałem nowy kontrakt ze Stalą, a że jestem typem domownika, to cóż, nie skorzystałem z tej opcji. W Stalowej Woli zapuściłem korzenie. Nie wiem, jak potoczyłaby się moja przygoda przy innej decyzji, ale myślę, że dałbym radę zagrać jakiś epizodzik. Miałbym co wpisać w 90.minut.pl.

Tam chciał pana trener Białek. Ten sam trener Białek, który powiedział pewnego dnia, że Tomasz Wietecha ma zakaz wstępu do szatni Stali.

To była bardziej sprawka dyrektora. Trener mi to tylko przekazał. Z klubu dostałem informację, że nie jestem już zawodnikiem Stali. To było bezprawie, bo nie mogli jednostronnie zerwać ze mną umowy. Chcieli, żebym zszedł z kosztów jako jeden ośmiu piłkarzy. Nie zgodziłem się.

To Dariusz Schlage, wtedy dyrektor Stali, zalazł panu za skórę.

Nie rozmawiajmy o nim, bo nie daj Boże się zaraz odpalę! Nie no, zawsze byłem związany ze Stalą i wyobrażałem sobie z nią przyszłość na długie lata. Zostałem jednak brutalnie sprowadzony na ziemię. Kiedy nie wpuścili mnie do szatni, od razu do niego poszedłem i spytałem, o co chodzi. Pan Schlage na to, że nie mam ważnego kontraktu i nie będzie ze mną rozmawiał. Wkurzyłem się i powiedziałem coś niegrzecznego, tylko nie pamiętam co.

Albo nie chce pan pamiętać.

Nie chcę! Na pewno nie było miło.

Były takie głosy, że w gabinecie doszło do rękoczynów.

Nie, skąd. To był jednostronny pojedynek. A tak serio – do tego bym się chyba nie posunął. Ale dało się naprawdę mocno zdenerwować, bo chcieli nas okroić z pieniążków. Osiem osób dostało wypowiedzenia. Mieliśmy trzymać się razem, a okazało się, że tylko ja chciałem zawalczyć. Człowiek ma plany, budował wtedy dom. Bierze kredyt i nagle słyszy “Słuchaj gościu, musimy zabrać ci 2/3 pensji”. Tak się nie robi. Wiele razy szedłem klubowi na rękę, ale ile można? Mało osób niezwiązanych z piłka to rozumie, ale to przede wszystkim moja praca. Gdybym chciał malować czy tynkować, nie grałbym w piłkę. Tak więc miałem prawo się czegoś domagać.

Jako “swój” nie miałem wygórowanej stawki, lecz dla mnie stała i umówiona pensja na kontrakcie to sprawa podstawowa. Często grało się bez premii, ale kiedy grasz za zero, włącza się tryb marudy. To rzutuje na poziom sportowy, bo zamiast skupić się na grze, w szatni mówiło się o pieniądzach. A że byłem kapitanem, to rozmawiałem z ludźmi z góry po swojemu. Kończyło się to różnie.

Był pan wybuchowy.

Tak, mam wybuchy, ale szybko się uspokajam. Jestem zły na kogoś 2-3 lata, a później jest okej! Dostawałem kopa, mimo że odrzucałem lepsze oferty, nie chciałem odchodzić ze Stali. Ten klub ma się w sercu.

Jakaś lepsza oferta poza Odrą Wodzisław się pojawiła?

Był temat z Flotą Świnoujście. Nie miałem nigdy menadżera, wtedy jeden z nich zadzwonił do mnie i powiedział, że załatwi mi klub. Powiedziałem, że spoko, można spróbować. Jak usłyszałem, że chodzi o Świnoujście na drugim końcu Polski, podziękowałem. Tak oto moja przygoda z menadżerami się zakończyła.

Swego czasu był pan też na testach w Polonii Warszawa.

Tak, miałem wtedy 24 lata. Wpadłem na pomysł, żeby coś zmienić w swoim życiu. Miałem kolegów rozsianych po różnych klubach, popytałem tu i tam, dostałem numer do jednego z trenerów Polonii. Dogadaliśmy się, zaprosił mnie do Warszawy. Miał odbyć się test-mecz, dostałem pokój w hotelu. Następnego dnia rano był trening. Tlenówka. Potem obiad i drugi trening, na którym poszliśmy grać w kosza. Po wszystkim trener mnie woła i mówi, że szukają kogoś innego. No ale co, przynajmniej pograłem sobie w kosza.

Może za słabo rzucał pan “trójki”, żeby dostać angaż jako bramkarz.

Ja wchodziłem pod kosz! Nieźle mi szło. Cóż, tak wyglądała moja przygoda z Polonią. Po latach śmieję się z tego, a komu o tym nie opowiadam, to nie może uwierzyć. Nie wiem, czy ktoś kiedykolwiek będzie miał podobne testy.

Czuję się pan jedną z ikon Stali? Wychowanek, kapitan, pewnie jakieś pół tysiąca meczów na koncie.

Ostatnio liczyłem. Blisko 500. Nie grałem w Ekstraklasie i to jest moją bolączką. Na miano ikony bardziej zasługuje Mietek czy mój św. ojciec, który w drugiej lidze strzelił 43 bramki jako pomocnik. Nie chciałbym jednak wypowiadać się o sobie w ten sposób. Cieszy mnie przede wszystkim fakt, że szanują mnie kibice. Nasze relacje różnie na przestrzeni lat wyglądały, nie zawsze się głaskaliśmy, ale każdemu przybije piątkę. Też mam do nich szacunek.

Kiedy wróciłem do bramki po latach, zawołali mnie, żebym przyszedł pod płot. Zaczęli śpiewać “Sto lat”, wręczyli mi prezent. W dniu meczu miałem urodziny. Inni ludzie tam obecni mogli na to patrzeć z zazdrością czy zdumieniem, a takich momentów przeżyłem kilka. To miłe, gdy kibic ciebie docenia niezależnie od tego, jaką prezentujesz formę. Swoją drogą mecze bez kibiców wyglądają jak sparingi, to wszystko jest bez sensu. Kibic musi być i tyle. Powiedziałem sobie, że nie zakończę swojej przygody z piłką, dopóki nie zagram przy pełnych trybunach.

Fot. Newspix, FotoPyk

W Weszło od początku 2021 roku. Filolog z licencjatem i magister dziennikarstwa z rocznika 98’. Niespełniony piłkarz i kibic FC Barcelony, który wzorował się na Lionelu Messim. Gracz komputerowy (Fifa i Counter Strike on the top) oraz stały bywalec na siłowni. W przyszłości napisze książkę fabularną i nakręci film krótkometrażowy. Lubi podróżować i znajdować nowe zajawki, na przykład: teatr komedii, gitara, planszówki. W pracy najbardziej stawia na wywiady, felietony i historie, które wychodzą poza ramy weekendowej piłkarskiej łupanki. Ogląda przede wszystkim Ekstraklasę, a że mieszka we Wrocławiu (choć pochodzi z Chojnowa), najbliżej mu do dolnośląskiego futbolu. Regularnie pojawia się przed kamerami w programach “Liga Minus” na WeszłoTV i Weszłopolscy” w Kanale Sportowym. Często w bluzie… Naruto.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Mistrz Polski pisze, że jest średniakiem. Dla Legii czy Lecha to odwaga nie do pomyślenia

Wojtek Kowalczyk
12
Mistrz Polski pisze, że jest średniakiem. Dla Legii czy Lecha to odwaga nie do pomyślenia

Komentarze

20 komentarzy

Loading...