Reklama

Wzlot skrzydeł i fura szczęścia to za mało na Holandię

redakcja

Autor:redakcja

18 listopada 2020, 23:02 • 4 min czytania 72 komentarzy

Jeśli jest jakiś jeden magiczny przepis na pozytywny wynik reprezentacji Polski w meczu z silniejszym rywalem, to niewątpliwie jego niezbędnym składnikiem jest fura szczęścia, do której, zależnie od okoliczności, dochodzą przeróżne inne przyprawy. A kadra Jerzego Brzęczka do tej pory miała wprost niesamowitą umiejętność wykorzystywania uśmiechów losu. I długo doskonale widać to było w starciu z Holendrami. Ekipa Franka de Boera przeważała, dominowała, prezentowała wyższą kulturę piłkarską, ale my zapieprzaliśmy, przesuwaliśmy, ofiarnie broniliśmy i wyprowadzaliśmy całkiem ciekawe kontrataki. Problem w tym, że i to okazało się za mało. Polska kadra znów przegrała z mocniejszym rywalem, a czarne chmury nad głową selekcjonera Brzęczka wcale się nie ulotniły, a może nawet zagęściły. 

Wzlot skrzydeł i fura szczęścia to za mało na Holandię
Jedno jest pewne: to był znacznie lepszy mecz w wykonaniu biało-czerwonych niż ten z Włochami.

Polakom nie można było zarzucić braku energii. Nie było tej wnerwiającej apatii, stagnacji, marazmu, żałosnej bezradności. Rzuciliśmy się na Holendrów dosyć odważnie, wygłodniale, agresywnie, ale absolutnie nie w sposób, w jaki Góralski dopiero co wjeżdżał w nogi Belottiego. Holendrzy byli chyba nawet nieco zdziwieni skalą pozytywnej energii, prezentowanej przez Polaków. Był w tym pomyślunek. Nisko, na kierownicy, rozgrywać starał się Lewandowski. Kilka razy wybitnym wyszkoleniem technicznym błysnął Zieliński. Na jeden kontakt grę przyspieszał Klich. I było fajnie, blisko – doskok, przejęcie, doskok, przejęcie, doskok, przejęcie.

No i z mega strony pokazały się husarskie skrzydła.

Bramkowy rajd Kamila Jóźwiaka jest godny kilkunastokrotnego odtwarzania. No dobra, nie doszacowaliśmy, kilkudziesięciokrotnego. Serio. Pełna klasa. Odbiór. Prostopadłe podanie od Lewego. Wygranie biegowego rajdu z Klaassenem, niczym kiedyś Bale z Maiconem czy innym Bartrą, wpadnięcie w pole karne, nawinięcie sobie Blinda i brameczka. Oklaski. Fanfary. Wuwuzele.

Ależ to był fajny moment.

Tym bardziej, że akompaniować swojemu koledze z drugiej flanki, raz po raz, próbował energiczny Przemysław Płacheta. Ma ten chłopak gaz. To niewątpliwie. Już w meczu z Ukrainą wyglądał fajnie, pisaliśmy wówczas, że zasłużył sobie na dalszą obserwację i z Holendrami pokazał, że zasługuje na kolejne szanse. Bujał się po prawej stronie, schodził do środka, robił szum i dym. Z ostrego kąta trafił w słupek. Chwilę później chciał dograć w pole karne do Jóźwiaka, ale pomocnika Derby uprzedził Krul. Jeszcze później strzelał za lekko sprzed pola karnego, po tym, jak piłkę dograł mu Lewandowski.

Reklama

Szkoda tylko, że zawalił doskonałą sytuację w drugiej połowie, kiedy to wybitną okazję wypracowali mu Zieliński (co złożył Klaassena, to jego) i Piątek. Na jego usprawiedliwienie strzelał gorszą nogą, ale no, nie będziemy robić sobie jaj, powinien trafić.

Żeby być jednak uczciwym: między tym wszystkim Holendrzy dominowali.

Momentami, z każdą minutą coraz dłuższymi, nasza gra przypominała obronę Częstochowy. I to wcale nie taką najmanowską. Było, czego bronić, a nam dopisywało szczęście. A to Reca zawalił, ale Bednarek się wrócił, a to Kędziora zdążył przyblokować Depaya, a to Glik twardo wszedł w Wijnalduma.

Holendrzy nie grali wielkiego meczu, w końcu wystawiali drugi garnitur, wcale nie byli niezwykle mocarni, ale widać było, że w piłkę grać potrafią. Fabiański dwoił się i troił. Sam na sam z bramkarzem West Hamu zmarnowali i De Jong, i Wijnaldum. Swoje szanse mieli Stengs, Malen, van Aanholt i Hateboer, ale zawsze coś nam pomogało. Albo defensywa, albo źle dołożona noga, albo Fabian, albo jeszcze coś innego.

Totalnym kuriozum była sytuacja, którą mieli Depay, Klaassen i Wijnaldum. Ich trzech i jeden Fabiański. Depay główką na pustą bramkę do Wijnalduma, ten w obramowanie bramki, tam Klaassen z przewrotki, ale obronił polski golkiper. I nic, że w tej sytuacji i tak nie byłoby bramki, bo sędzia odgwizdał w miarę ewidentnego spalonego, ale kapitalnie pokazuje to, że mogliśmy wierzyć w pozytywny wynik.

Bo długo prowadziliśmy, mimo że rywal napierał i nie odpuszczał.

Wiara była chociażby wtedy, kiedy Zieliński rozkręcił się w drugiej połowie i kilka razy pięknie zabawił się w środku pola. Kiedy Klich próbował wypuścić Jóźwiaka, kiedy Fabiański wybronił szczura Depaya.

Aj, no może znowu, może znowu tej kadrze się upiecze.

Reklama

I to nawet mimo tego, że od 45. minuty na murawie nie było już Roberta Lewandowskiego, który może nie rozgrywał wybitnego meczu, ale był wyraźnie aktywniejszy niż w meczu z Włochami, choć też mocno poirytowany, o czym najlepiej świadczy odzywka dla Brzęczka w czasie meczu, która jeszcze pewnie bardzo, bardzo długo będzie analizowana.

Tym bardziej, że przegraliśmy.

Przegraliśmy, bo Jan Bednarek totalnie głupio faulował w polu karnym Wijnalduma, a Depay nie pozostawił szans Fabiańskiemu, a chwilę później pomocnik Liverpoolu sam znalazł drogę do siatki, strzałem głową, po dośrodkowaniu z rzutu rożnego.

Polacy nie mieli już ani wystarczająco siły, ani wystarczająco talentu, żeby gonić wynik.

Znowu silniejszy rywal z europejskiego topu okazał się od nas mocniejszy. Nie zagraliśmy źle, ale nie zagraliśmy też dobrze. Niewątpliwie są pozytywy, nie ma całkowitej biedy z nędzą, ale czy niekompromitująca porażka z Holandią to wszystko, na co stać to pokolenie polskiej reprezentacji? Absolutnie nie. Musimy wymagać. Dyskusja na temat przyszłości Jerzego Brzęczka w kadrze będzie trwała. Ta porażka właściwie niczego do niej nie wnosi.

POLSKA 1:2 HOLANDIA

Jóźwiak 5′ – Depay 77′ z karnego, Wijnaldum 82′

Fot. Newspix

Najnowsze

Komentarze

72 komentarzy

Loading...