post Jakub Olkiewicz

Opublikowane 01.11.2020 08:00 przez

Jakub Olkiewicz

Obiecaliśmy sobie, że nie zapomnimy i w tym postanowieniu trwamy. 1 listopada to dzień, w którym naszą czołówkę przejmuje Paweł Zarzeczny, nasz reprezentant w zespole redakcyjnym gdzieś na górze. Lepszego Polska wysłać nie mogła. W Dniu Wszystkich Świętych przypominamy najlepsze z pożegnań Pawła – Krzysztof Stanowski w szczerym, przejmującym i osobistym nekrologu.

***

Słuchaj Stanek, mam prośbę!
– Noooooo – odpowiadam znudzonym głosem.
– Napisałbyś mi pożegnanie.
– Jakie pożegnanie?
– No, moje. Nekrolog. Napisz mi taki tekst, jakbym umarł i mi wyślij, ok? Tylko wiesz, postaraj się, nie na kolanie, dobra?
– Czy cię, Pawełku, posrało?

Taki oto dialog mieliśmy ze trzy lata temu.

Stanek, weź mi napisz i już. To dla mnie ważne – kontynuował.
– Ale o co ci chodzi? Jaki nekrolog, jakie pożegnanie? Dlaczego mam pisać, że umarłeś?
– Bo chodzi o to, że jak już umrę, to nie przeczytam, co o mnie napisałeś. Sam rozumiesz, prawda? – trudno było mu odmówić logiki, rozumiałem. – No więc to jest bez sensu, że te wszystkie teksty, kto kim był i jak żył, ukazują się zawsze minimum dzień za późno. Ja bym chętnie przeczytał taki o sobie, a ty napiszesz szczerze, a cała ta reszta nudziarzy strzeli jakieś hagiografie. To weź mi tak napisz coś ładnego, tak jak umiesz, sam jestem ciekaw co z tego wyjdzie. No i wyślij mi na maila. Jakbyś się wyrobił przed środą, byłoby wspaniale. Buźka!

Oczywiście była to jedna z wielu próśb, których nie spełniłem. W sumie szkoda, bo może odesłałby z poprawkami i w ten sposób mielibyśmy pierwszy w dziejach tego typu tekst zredagowany przez nieboszczyka.

*

Zdaje mi się, że Paweł zawsze chciał sfingować własną śmierć właśnie po to, aby przekonać się, co tak naprawdę sądzą o nim ludzie, sprawdzić, kto przyjdzie na pogrzeb i kto uroni łzę. Jako że nie został doceniony za życia w tym stopniu, w jakim jego zdaniem na to zasługiwał, docenienie po śmierci stawało się jego obsesją. Często mówił, co to będzie, gdy już umrze, jak bardzo zatęsknimy, jak zmienimy zdanie na jego temat i ile zdań napisanych czy wygłoszonych wreszcie zrozumiemy.

Pierwsza myśl: a może właśnie to się stało? Może wdrożył swój plan w życie? Może udaje, że umarł i śmieje się, siedząc w piwnicy i pijąc „Warkę”? Byłby w stanie porwać się na takie szaleństwo.

Druga myśl: no nie, bo jeśli ktoś naprawdę miał umrzeć, jeśli któremuś z moich znajomych miałbym przewidzieć śmierć, to jego wskazałbym jako pierwszego. Paweł i długo, długo nikt. Nawet w tym wyścigu był najlepszy.

Wiesz co Paweł, chciałeś, żebym coś o tobie szczerze napisał… No więc byłeś spaślakiem, grubasem, pierdolonym obżartuchem, który jako pierwszy człowiek w dziejach całkowicie wykluczył z diety wodę, a postawił w stu procentach na piwo. Nawet jak się dowiedziałeś, że masz cukrzycę i sto innych chorób, to po prostu oprócz reklamówki z browarami zacząłeś też nosić reklamówkę z lekarstwami, jakby popijanie jednego drugim miało wystarczyć. I o to mam do ciebie pretensje, a wręcz jestem wkurwiony. Wkurwiałeś mnie, przychodząc zrobiony na program. Wkurwiałeś mnie, pisząc kolejny felieton po pijaku. Wkurwiałeś bardzo często. Ale nie dlatego, że program źle wyjdzie albo ludziom nie spodoba się tekst. Wkurwiałeś mnie, bo wiedziałem, jak to się skończy. I wiedziałem, że ty też wiesz.

Gdy prosto na ścianę pędzi zwykły debil, wzruszam ramionami. A ty – no cóż – popełniłeś moim zdaniem takie powolne, kontrolowane, długo wyczekiwane samobójstwo. Byłeś zbyt mądrym człowiekiem, by w takiej sprawie nie dodać dwóch do dwóch i nie przewidzieć zakończenia.

O, to właśnie najbardziej chciałem ci napisać, bo nigdy nie zwyzywałem cię wystarczająco za to, co ze sobą robisz, mimo że miałem na to tysiąc razy ochotę.

*

Widziałeś w „One Man Show” jak Paweł przewidział własną śmierć? Ale trafił – powiedziałem w sobotę do Przemka Rudzkiego.
– Wiesz, przy całym szacunku dla jego zdolności wizjonerskich, w końcu musiał trafić, bo przewidywał ją minimum raz w tygodniu – odparł nie bez racji.

Czasami miałem wrażenie, że Paweł sam był zaskoczony, że udało się przeturlać przez jeszcze jeden tydzień. Że po prostu nastał ranek, a on otworzył oczy. Nielogicznie – tak intensywnie niszczyć samego siebie i bez skutku. Wiele osób kupowało tę jego pozę – człowieka szczęśliwego, wesołka, lekkoducha, bawidamka. A moim zdaniem za tą maską często krył się człowiek smutny i niespełniony, złamany już na starcie. Często, bo nie zawsze. On faktycznie był rzadko spotykaną plątaniną charakterów i postaw. Był słodko-gorzki. Zdarzało się, że zapominał o problemach i żalu i wtedy był ośmiolatkiem, który dostał pierwszy w życiu rower. Ale zdarzało się, że miał te swoje 56 lat i niósł cały ten ciężki bagaż.

Myślę, że odpowiedzi na wszystko, co zdarzyło się później, trzeba szukać w dzieciństwie – gdy na oczach Pawła jego ojciec siekierą zabija matkę, a później się wiesza. Mały Paweł ucieka w książki, w naukę, w historię, w te wszystkie alternatywne światy, które pozwalają mu funkcjonować w innych wymiarach. Później znowu – w domu dziecka – otacza go przemoc i on znowu ucieka w lektury. Bo gdyby po prostu został tutaj, na Ziemi, między zwykłymi ludźmi i rówieśnikami – to zwariowałby od razu. Dużo więc czyta, chłonie, a na sprawy przyziemne ma całkowicie wywalone – nie ma już nic, co go rusza. Wszystko może obśmiać, okpić, każdego obrazić, albo złamać każdą zasadę. Bo co mu zrobią? Wszystko co najgorsze już się dokonało. Pozostaje więc bezczelnym chłopakiem z podwórka, ale jednak z głową pełną wiedzy.

Musicie więc wiedzieć, że Paweł był naprawdę intelektualnym tytanem, największym z największych. Aż mi się przypomniała taka scenka sprzed kilku tygodni, z czasów programu „Stan Futbolu”. W grudniu zmarł mój teść, w styczniu do Hiszpanii zabrałem teściową. Paweł pytał, jak się ona trzyma, co robimy na co dzień i tak dalej. Mówię mu: – Ona lubi sztukę, zawiozłem ją niedawno do muzeum Prado w Madrycie.

Nie wiem, czy Paweł był kiedyś w Prado. Nie sądzę. Jeśli był w Madrycie, to w barze, potem ewentualnie w jakiejś agencji towarzyskiej, ale najpewniej po prostu w kolejnym barze. Natomiast z książek wiedział o tym miejscu wszystko.

Siedzimy przy znanym wam z telewizji stole, wchodzimy na antenę za dziesięć minut. Obok albo Karol Klimczak z Lecha Poznań, albo Dariusz Marzec z Ekstraklasy SA, nie pamiętam już, który to odcinek. I Paweł mówi: – Tam są wspaniałe obrazy Velazqueza oraz Goi. Velazquez to głównie portrety, ale Goia to też scenki.

I zaczyna opowiadać o problemach z proporcjami na niektórych obrazach, zwłaszcza na tych przedstawiających ludzi siedzącymi na koniach. Przez słuchawkę słyszę, że do wejścia na antenę została minuta, a Paweł pyta: – A Boscha tam teraz wystawiają? Ten to miał łeb zryty!

Zaczyna kolejną opowieść, przerwaną przez reżyserkę: „jesteście na żywo”.

*

Przez wiele lat miałem problemy ze zdecydowaniem, czy postrzegam Pawła Zarzecznego jako osobę dobrą, czy jako złą. Nie chodzi o to, czy go lubiłem, czy nie, bo zawsze lubiłem. Po prostu o to, do której grupy osób obiektywnie należałoby go zakwalifikować.

Nie był on bowiem ideałem człowieka, a jego życie rodzinne – to dorosłe – nie paprało się samo, tylko w ogromnej mierze na jego własne życzenie. Nie uznawał świętości – to jest fajne hasło, imponuje młodym ludziom, ale w życiu każdego człowieka są pewne świętości, które uznawać po prostu trzeba. W przeciwnym razie płoną mosty, także te najważniejsze. Kilka poszło z dymem.

Jednak ostatnie trzy-cztery lata to moim zdaniem przemiana Pawła. Może wynikająca z zaakceptowania faktu, że już na rynku medialnym nie będzie rozdawał kart, takim wyzbyciem się niepotrzebnych, zjadających człowieka ambicji. Przejściem do tego momentu w życiu, gdy siada się przy kominku i po prostu opowiada historie. Bez napinania mięśni i bez groźnych min.

Paweł stał się znacznie życzliwszy niż wcześniej, otwarty na ludzi, przyjemniejszy w codziennym odbiorze. Zaczął dzwonić i pytać się, co słychać. Ze szczerą ciekawością. Ileż razy mu mówiłem, że wszystko OK i że nie mam teraz czasu na głupie gadki, a on to ciągnął i ciągnął, aż musiałem brutalnie przerywać. Zwłaszcza, że zawsze schodził na ten sam temat: – A kiedy „akcja Zosia”?

Chciał, żebym miał córkę Zosię. Powtarzał, że ja i moja żona mamy dobre geny i nie mogą się marnować. I że Leon musi mieć rodzeństwo. Zawsze mnie to krępowało: – Paweł, co ja ci mam powiedzieć? Pytasz czy uprawiam seks, czy co?

Każda rozmowa kończyła się tak samo: – A kiedy „akcja Zosia”?

Dzieci to w ogóle była jego zajawka. Jaką ma mądrą córkę, jakiego sprytnego syna. Rozpierała go duma, gdy o nich mówił. Wszystko w życiu było głupotą, wszystko teatralną sztuką, wszystko było fatamorganą, ale dzieci były naprawdę.

*

No więc Paweł bywał różnym człowiekiem, takim z krwi i kości, upadającym i wstającym, ale w ostatnich latach – dobrym. Takim naprawdę dobrym. Ciepłym. Kiedyś – zimny skurwiel, cynik. Ale potem nastąpiła przemiana. On naprawdę zaczął wszystkim wokół życzyć dobrze. I wybaczał, godził się, nie chował urazy. Mówił: „winy przeciwko mnie są nieprzedawnione”, a potem z automatu przedawniał wszystkie.

Poznaliśmy się w „Przeglądzie Sportowym”. Miałem pewnie z 16 lat, już dobrze nie pamiętam, i o dziwo w „PS” wylądowałem przed nim. On przyszedł jako uznana postać, od razu na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego. Byłem zdziwiony, że gdy nas sobie przedstawiono, wiedział o moim istnieniu.

Cztery lata później wysłał mnie na finały mistrzostw świata do Korei i Japonii. Nie dlatego, że mnie lubił, bo nawet mnie jakoś dobrze nie znał, a z innymi biesiadował. Po prostu wiedział, że mu ten mundial dobrze obsłużę. Przyślę dużo tekstów, wszystkie na czas, będzie wstęp, rozwinięcie i zakończenie, przecinki gdzie trzeba. Bo to, że Paweł nie uznawał świętości objawiało się w każdym wycinku jego życia – nie uznawał na przykład takich świętości, że polecieć powinien ktoś z większym stażem i zasługami. On, jako osoba odpowiedzialna za gazetę, chciał mieć święty spokój i możliwie najlepsze artykuły. Hierarchię miał w dupie jak wszystko inne, za wyjątkiem wyników sprzedaży.

U mnie demokracja nie istnieje. Ja rządzę, a jak coś wam nie pasuje, możecie sobie popierdolić o tym w kuchni – mówił.

Różny był wtedy „Przegląd Sportowy”. Bywał świetny, bywał fatalny, Paweł jak we wszystkim w życiu, tak i w robieniu gazety potrafił się zatracić i przekroczyć granicę dobrego smaku („Sraczka w Legii” na okładce), ale trzeba było przyznać jedno: to była gazeta z zębem. Czasami gryzła za mocno i nie zawsze właściwą osobę, ale chociaż gryzła, zamiast przeżuwać.

Bo jak sam Paweł mówił: „Najgorsza jest obojętność. A jeśli czytelnik we wszystkim się z gazetą zgadza, to jest to dla gazety duży problem”.

*

W tamtych czasach stosował taktykę rodem z boksu: przypierdol i odskocz. Mówił: – Dobra, dzisiaj go skrytykowaliśmy, to jutro pochwalmy, żeby sam nie wiedział, o co chodzi.

Ale takie tylko wydawał rozkazy. Sam zdecydowanie częściej wolał soczyście przypierdolić. Tylko że z wdziękiem, ze swadą. Jak wtedy, gdy w chwili triumfu Jerzego Engela i jego kadry napisał prorocze słowa, których nikt inny nie odważyłby się puścić drukiem w gazecie: „Panowie, jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach”.

*

To był geniusz słowa, erudyta. Musielibyśmy się wszyscy drugi raz urodzić, by przeczytać tyle książek, ile on przeczytał – i jeszcze ze cztery razy, by tyle ich zapamiętać, ile on zapamiętał. Nie wiem, jak on magazynował w głowie te wszystkie postaci, cytaty, wydarzenia, którymi mógł rzucać z niebywałą lekkością. I co najważniejsze – zawsze we właściwym momencie. Dalibyście mi tydzień na dobranie cytatu do jakiegoś zdarzenia i bym nie dał rady tego zrobić tak dobrze, jak on robił to od ręki. Komputer w głowie.

Chociaż jeśli chodzi o czytanie, przypomina mi się taka scenka…

A wiesz, miałem teraz sporo wolnego czasu. Uznałem, że przeczytam jeszcze raz tych wszystkich Mickiewiczów, Słowackich, Sienkiewiczów… No, walnąłem komplet przez wakacje. I wiesz co? – zapytał.
– Co?
– Okazało się, że jak sam nie napiszę, to nie poczytam. Chała.

Siedzieliśmy wtedy przed jego domem, w Zalesiu, Paweł sprowadzał do poziomu gówna wszystkich największych polskich pisarzy. Z kolei jego pies – z wyglądu groźny jak diabli – biegał sobie po okolicy. Podszedł wnerwiony sąsiad.

Dlaczego ten pies biega bez kagańca?
– A dlaczego ma biegać w kagańcu?
– Bo może kogoś pogryźć!

W duszy przyznałem rację sąsiadowi, ten pies to było bydle.

A dlaczego pan jest bez kagańca? – zapytał nagle Paweł.
– Słucham?!
– Statystycznie rzecz biorąc, ludzie na ludzi napadają znacznie częściej niż psy na ludzi, więc zgodnie z tym rozumowaniem pan pierwszy powinien założyć kaganiec.
– Co pan powiedział?!
– No sam pan widzi, kto tu jest agresywny – skwitował Paweł i sięgnął po piwko.

*

Myślę, że słowo „bajkopisarz” jednak go trochę obraża. Bardziej pasuje – „bajarz”. On nie tyle w swoich tekstach często zmyślał, ile nie przejmował się faktami, które uważał w danym momencie za nieistotne lub po prostu psujące całkiem przyjemną narrację.

Kilka tygodni temu do niego mówię: – Paweł, opowiadasz jakieś bzdury, że PSG sprzedało mecz Barcelonie. Sam w to nie wierzysz, a ludzie cię słuchają. Po co to?

A on na to: – Pewnie, że nie wierzę, ale każdy może powiedzieć, że PSG nie sprzedało. A że sprzedało, to mogę powiedzieć tylko ja!

Był człowiekiem, który w piłce i w ogóle w życiu tyle widział, iż kolejne mecze, kolejne sezony, kolejni piłkarze – to wszystko mu powszedniało. Kiedy więc snuł swoje opowieści, nie należało zwracać uwagi, o jakim konkretnie zawodniku mówi z jakiego klubu. Mógł na potrzebę chwili podstawić dowolnych bohaterów, zgadzać miało się przesłanie. Pawła trzeba było umieć czytać i słuchać. Kto próbował robić to dosłownie, ten przegrywał. Jak w starych bajkach – więc może jednak „bajkopisarz”? – z reguły chodziło o morał.

Denerwowałem się czasami, że czytelnicy tego nie rozumieją. Tego przerysowania, stawania okoniem tylko po to, by rzucić na sprawę inne światło. Kiedy wszyscy mówili „to jest czarne”, on mówił „to jest białe”. Nie dlatego, że uważał, iż to jest faktycznie białe, lecz dlatego, by zwrócić wszystkim innym uwagę, iż tamta czerń nie jest do końca czernią, lecz po prostu bardzo, bardzo ciemną szarością. Tak, trzeba było umieć go czytać. Zastanowić się, co faktycznie chce przekazać i dlaczego.

Nie zgadzam się! Głupoty pisze! – to prostackie. Z Pawłem można się było nie zgadzać, on sam się z sobą celowo nie zgadzał. Zazwyczaj chodziło jednak o to, by przy okazji czytelnik leciutko nie zgodził się także z samym sobą, troszkę zmodyfikował wcześniejszą opinię. Albo chociaż poczuł ożywczy intelektualnie zamęt w głowie.

*

Zwykł mawiać: „wszystko już było” – dlatego też niespecjalnie ekscytował się kolejnymi sportowymi wydarzeniami. W każdym doszukiwał się kalki z przeszłości, za wyjątkiem wygranego meczu z Niemcami na Stadionie Narodowym, gdy rozpłakał się jak dziecko. Raz jeden nie mógł powiedzieć, że „wszystko już było”. A on nawet własną śmierć sprowadziłby do tego stwierdzenia. Powiedziałby: – Co to w ogóle za temat? Geniusz umarł? Einstein też umarł! Wszystko już było!

W ten sposób dochodzimy do jego narcyzmu. Tego nigdy do końca nie rozgryzłem. Wciąż nie wiem, na ile Paweł w sobie zakochany był, a na ile udawał. Na ile stworzył postać, którą po prostu odgrywał. Nie wiem. Ale bywał w tym uroczy.

Nie ukrywam, że jakoś na początku roku często się na niego denerwowałem. Pisał teksty, które tak naprawdę nadawały się tylko do śmieci, a nie do publikacji. Nie przykładał się, nie trzymał poziomu. Napisałem mu to, grałem na ambicji, chciałem go podłączyć pod prąd. Wprost go informowałem – to gówno jest, a nie felieton.

Odpisał: „masz rację”. Zdziwiłem się.

Po chwili odpisał znowu: „Ale i tak lepszego nie napiszesz”. Uśmiechnąłem się.

A potem napisał tekst i całą tę moją złość na zawsze rozładował. Jak to on – kilkoma głębokimi zdaniami:

Kolega mi doradził, jak pisać felietony. Mądrze, dowcipnie, merytorycznie, długo, z pasją… Przemyślane.

Ja bym bardzo chciał, wierzcie, problem w tym, że każdy człowiek się zużywa. Jak bateria. Ślepnie, głuchnie, za autobusem nie pobiegnie.

Życie. Kto tego nie pojmuje, nie zrozumie nigdy własnych rodziców.

Kiedyś – z rok wcześniej – podjąłem inną próbę walki o jakość jego tekstów. Odpisał mi: „To tak jakbyś recenzował Hemingwaya, przykre”. I po chwili: „Kopernik musiał mieć przejebane”. I znowu po chwili: „A Galileusza skazali na stos, taki z ognia, a Sokratesa na wypicie trucizny”.

Puszczał oko i porównywał się z największymi.

*

Kochał życie. Kochał też przechwałki. Nikt do końca nie wiedział, którą z opowieści należy potraktować poważnie i czy w ogóle którąkolwiek. Co się rzeczywiście zdarzyło, a co jest tylko cudowną fikcją. Zdarzały się jednak sytuacje, które nagle rzucały wszystkich adwersarzy o glebę.

Na przykład taka z „Dziennika”, gdzie też pracowaliśmy razem. Jak się weszło drzwiami, do działu sportowego naszej gazety należało przejść ze 20 metrów prosto, a z kolei 10 metrów po prawej od drzwi był dział sportowy „Faktu”. Tam urzędowała sekretarka. Dziewczyna przed 30 rokiem życia, młodzież by powiedziała, że solidne 7/10, z obfitym i z reguły niezbyt ukrytym biustem, więc spora część dziennikarzy nie odrywała wzroku.

Natomiast Paweł nigdy nawet nie rzucił okiem.

Wchodził, albo raczej wtaczał się, kierował się prosto do swojego biurka, siadał i mówił z grymasem: – Nogi bolą, bardzo bolą.

Tak dzień w dzień – 20 metrów na wprost, krzesło: – Nogi bolą, bardzo bolą.

A potem była impreza firmowa, koło knajpy pieniek. Paweł usiadł, w czym nie było nic dziwnego, pewnie bolały go nogi. Ale na Pawle siedziała owa sekretarka i…

No, tak właśnie. Przestaliśmy traktować jego opowieści jako fantastykę.

*

Na pewno jednak dużo grał. Grał bogatego, którym nie był. Opowiadał o cudzych domach i cudzych samochodach, jak o swoich. To wszystko kreacja, pomagająca mu w codziennej pracy. Prawda jest taka, że bywały lata, gdy ze znalezieniem pracy miał ogromne trudności, a w tylnej kieszeni wcale nie nosił miliona dolarów, tylko bilet na tramwaj. Niby wszyscy go lubili, ale na dystans, jeśli się spotkać to najlepiej przypadkowo i góra na godzinkę. Z jednej strony miał prawo czuć się rozżalony, że on – człowiek o takiej wiedzy, medialny potwór i mistrz wszech wag – nie może liczyć na wystarczająco nobilitującą posadę. Z drugiej – sam sobie zamykał kolejne drzwi. Pijaństwem. Delegacjami, w które jechał i z których zapominał przesłać teksty (za to przesyłał pocztówki). Hotelami, w których się barykadował, podając się za Andrzeja Szarmacha. Wreszcie – chadzaniem własnymi ścieżkami, bez słuchania instrukcji i poleceń, niesubordynacją. Całym tym stylem utracjusza, który był czarujący, ale nie z punktu widzenia przełożonego.

Paweł, od pięciu dni do ciebie dzwonię. Nie nadałeś tekstu! Daj mi coś podyktuj – krzyczał do słuchawki Kaziu Marcinek, podczas kolejnej zawalonej delegacji.
– Dobrze, notuj. W bramce zagra Matysek, w obronie Bąk, a dalej sobie dopisz. Muszę kończyć.
– Ale Paweł!
– Nie popisuj się Kaziu, nie popisuj się. Buźka! Ściskam! Pa!

(abonent czasowo niedostępny)

Rozumiałem obie strony – Pawła zdziwionego, że nie ma pracy i pracodawców, którzy nie chcieli mu jej dać.

Niedawno rozstawałem się z Eleven. Przedstawiciel stacji próbował wtedy rozbić nasz duet. Wziął Pawła na rozmowę i zaczął go mamić pieniędzmi, a Paweł pieniędzy potrzebował – chociażby po to, żeby opłacać córce studia w Anglii (jemu samemu wystarczyło szesnaście puszek „Warki” dziennie). W Eleven mieli przez moment plan robienia mojego programu, ale beze mnie.

Co ja mam zrobić? – spytał mnie Paweł przez telefon.
– Jeśli pytasz mnie, czy rozczaruję się tobą, jeśli dalej będziesz tam chodził do programu, to moja odpowiedź brzmi: tak, rozczaruję się. Ale jeśli potrzebujesz pieniędzy, to nic mi do tego.

Zadzwonił po trzydziestu minutach: – Pierdolić te pieniądze. Zawsze razem.

*

Teraz chwila przykrej dla mnie szczerości. Są oferty na „Stan Futbolu”. Jedna z telewizji powiedziała: – Chcemy to, ale bez Zarzecznego.

Bez niego i już, warunek nie do przeskoczenia. Wszystko inne jest negocjowalne, ale to akurat nie.

I wiecie co? Pomyślałem sobie – rozumiem ich. Prawda jest taka, że Paweł coraz częściej był niedysponowany i przeszkadzał zamiast pomagać. Nie każda telewizja przymyka na to oko. Brałem pod uwagę przyjęcie warunku, mimo tamtego telefonicznego „zawsze razem”. Zastanawiałem się, rozważałem, radziłem. Napisałem Kubie Olkiewiczowi: – Waham się, to trochę zostawienie swojego człowieka na polu bitwy.

Nie wiem, jaką decyzję bym ostatecznie podjął, bo żadnej podjąć niestety nie zdążyłem.

*

Ostatnio w ogóle kilka razy Pawła zawiodłem. Nie wiem, o co chodziło mu z tym odcinkiem numer 500, dlaczego chciał robić z tego jubileuszu tak wielkie wydarzenie, po co ta pompa. Prosił mnie, bym nagrał życzenia. Nie miałem pomysłu, wszystko wydawało mi się takie banalne – nie nagrałem w ogóle. Pomyślałem: – Nagram na odcinek numer 1000.

A teraz patrzę na ten moment, gdy on na wstępie mówi, że odcinek numer 500 i więcej może już nie być, bo umrze. Przypominam sobie, jak zabiegał, by mu te życzenia wysłać, co było nie w jego stylu. Wręcz… błagał? Więc powiedz mi teraz, Pawełku. To był jakiś plan? Wiedziałeś, co się stanie następnego dnia? Tak miało być? Chciałeś się pożegnać ze mną, z Rudim, z chłopakami? Po co cała ta celebra? Nie mogło przecież chodzić o pracę. Nigdy nie przejmowałeś się pracą.

Zastanawiam się, kiedy ostatni raz tak dłużej rozmawialiśmy, co dziś faktycznie można byłoby uznać za pożegnanie. Było lato, pamiętasz? Jechałem z żoną na działkę, pomyślałem, że siedzisz sam i że po ciebie podjadę. Pojechaliśmy pogrillować, popatrzeć na biegającego Leona, powspominać. Przyjechał teść i przywiózł whisky. Bardzo był dumny przed kolegami w pracy, że gościł na działce tego słynnego Pawła Zarzecznego.

W grudniu umarł, w marcu umarłeś ty. Mam nadzieję, że polewacie tam sobie nawzajem.

*

Trudno się pisze nekrologi, wiesz? Wiem, że wiesz. Pamiętam, jak zmarł Kazimierz Górski. Naczelny chciał o tym dwie strony, koniecznie twojego autorstwa. Gazeta miała odjechać o 21:00.

O 20:50 przybiegł spanikowany sekretarz redakcji, by sprawdzić, czy już poprawiasz literówki. Tymczasem ty jadłeś golonkę, a na monitorze widoczne było tylko jedno zdanie: „Zmarł Kazimierz Górski”. Więcej nie dałeś rady.

Paweł, a co z tekstem? – zawołał przerażony.
– Zjeść też trzeba – odparłeś, nawet nie podnosząc głowy znad talerza.

*

Chciałeś zobaczyć własną śmierć? Wszedłem na Twittera, na Weszło, na Onet, na Gazetę, na Interię… Byłbyś zadowolony. Piszą, że odszedł ktoś wielki. Hejterzy pochowani w norach, a normalni ludzie przed klawiaturami. Tak jak chciałeś. Skurczybyku, znowu ci się udało.

KRZYSZTOF STANOWSKI

PS Mamy mało wspólnych zdjęć. To główne zdjęcie pochodzi z mojego wesela. Paweł w oczepinach złapał rzucaną przeze mnie muchę, dzięki czemu mógł przetańczyć noc ze świadkową.

Zrzut ekranu 2017-03-26 o 11.54.25

Opublikowane 01.11.2020 08:00 przez

Jakub Olkiewicz

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 22
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
fachowiec
fachowiec

„Ale na Pawle siedziała owa sekretarka i…”

Łooo, ale dziś mógłby mieć procesy, gdyby owa sekretarka sobie po 10 latach przypomniała, że taka sytuacja miała miejsce i że tak w sumie to ona ma gigantyczną traumę i sra pod siebie i korzysta z pomocy psychiatry, psychologa i egzorcysty (no chyba że dostanie trochę kaski, to wtedy nie).

Kto wie, skoro lubi „rzucać odmienne światło na sprawy”, to może dziś byłby jedynym, który broni pewnego Pytona z Przeglądu, który x lat temu ośmielił się po pijaku dotknąć (nie wiadomo czy na pewno) nogę koleżance , a banda śmieci chce go linczować (tfu na was wszarze).

Zwłaszcza biorąc pod uwagę treść felietonów podpisanych przez „Paulo River” na nieistniejącej już , niezbyt ambitnej stronie „Wyszło”.

Pedro
Pedro

Co z Rudzkim zrobiliście, że go nie ma w misji futbol?

warka2
warka2

Działa w konkurencyjnym kanale Misja DickBall.

Lecę na piwo
Lecę na piwo

Za czasów Pawełka w tv to chociaż beka była w czasie transmisji.. Wiedza humor sarkazm.. Szkoda chłopa

Tomek
Tomek

Świetny tekst.

denat666
denat666

Cmentarz bródnowski – VI rząd kwatery 20F. Jak będziesz w okolicy, idź i zapal znicz, wyczyść pomnik z liści.

Stefan
Stefan

Dlaczego Slowacki wzbudza w nas zachwyt i milosc ? Otoz dlatego ze Slowacki wielkim poeta byl . Ale kurwa mac Zarzeczny byl w sumie tylko pijakiem z czerwonym ryjem ktory belkocac opowiadal smutne dowcipy i pomieszane historie z przeczytanych pod wpllywem alko powiesci . Mial niby ta swoja cieta riposte ale przypominala ona cieta riposte najebanego wuja na weselu . W dodatku pierdolnal goscia po pijaku samochodem nie mowiac o tym ze z cytatow Dominika Panka z blogu pilkarska mafia pamietam ten jak Rysio Forbich sie do kogos pruje ze wygrali mecz ktory mieli przegrac i Pawelkowi kurwa kupon nie wszedl . Wiem ze w Polskiej tradycji o trupach tylko dobrze , wiem ze Stanowskiemu Zarzeczny prawie podcieral dupe w przegladzie sportowym ale kurwa mac . Ten trup cuchnie zbyt bardzo zeby wspominac o nim z taka miloscia i estyma .

Michal Sz
Michal Sz

Martw się żeby o tobie w ogóle ktoś wspomniał. Nawet dzisiaj nie potrafisz zachować się z klasą. Jeszcze nie umarłeś, a już od ciebie cuchnie.

Fundamentu
Fundamentu

Kolega ma trochę racji. Podwójne standardy i ochrona kolegów to ksysia drugie imię… ehh żebym ja go na żywo kiedyś spotkał…

Michal Sz
Michal Sz

Każdy normalny człowiek inaczej podchodzi do swoich kolegów czy bliskich niż do całkiem obcych ludzi. Co tu w ogóle jest do wyjaśniania?

KanielOutis
KanielOutis

Co innego ochrona kolegów, a co innego różna ocena takiego samego postępowania kolegi i nie kolegi.

Fundamentu
Fundamentu

sysio to malutki hipokryta, który UWAGA jara się LAJKAMI! LAJKAMI K…! W sytuacji smiania sie z Nejmana… oczywiscie internetowo, bo na zywo taki odwaznik z sysia nie jest… zrobmy cos w koncu z nim moi drdzy!

Bedi
Bedi

Za długi tekst tak to bym przeczytał

Ireneusz
Ireneusz

Mimo , że to smutne wspomnienie przeszłości, tak jakoś raźno na duszy, że było , i przecież może być normalnie . Tyle, że trzeba mędrca szkiełka i oka kosztem nieokiełznanych emocji. Refleksji trzeba, słuchania, a nie paplania. I prawdziwych bajarzy nam trzeba.

Michal Sz
Michal Sz

Znakomity jest ten tekst. Szczerze, od serca. Czytałem nie raz, Paweł powinien być z tego zadowolony.

STOPstanoski!
STOPstanoski!

Znakomity tekst to był jak boniek swoim pieskom wydał nakaz jazdy po niejakim hajto… Sysio byl pierwszy do linczu zapominajac jednoszesnie, ze robi turniej ku pamieci czlowieka, ktory rowniez po alkoholu szalal za kierownica…

wojtus
wojtus

Super tekst

Tede
Tede

Już 5 razy pisałeś o tym ze on chciał swoje pożegnanie. Szanujemy go ale nie wrzucaj już bo to nudne staje się jak Kevin sam w domu Stano

Bartek
Bartek

Ale wiesz, że to jest ciągle jeden i ten sam tekst wklejany ponownie przy okazji 1 listopada/rocznicy śmierci Pawki?

PanZygmunt
PanZygmunt

jesli tego nie wie tzn. ze nie jest w gornych 3%, nawet wiecej, ten tuman nawet nie łapie sie do przecietnych, ciekawe czy chociaz wycisnal 31% z matury

pan józek
pan józek

Zarzeczny to był śliniący się dziad, a nie dziennikarz. Najbardziej overrated postać na weszło razem z fundambu

Karol
Karol

Chuj z Tobą

Live
26.11.2020

LIVE: Lechu, idź za ciosem!

Lech Poznań cieniuje w Ekstraklasie, ale w Lidze Europy może mieć jeszcze nadzieje na wyjście z grupy. Bezwzględnym warunkiem jest ogranie po raz drugi Standardu Liege, inaczej nie będzie tematu. Wierzymy, że właśnie tak się stanie, że Puchacz i reszta będą bardziej skupieni w defensywie, a w ofensywie znów nie zabraknie im rozmachu. Panowie, chłopaki, […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

Villas-Boas: – Chciałbym, aby FIFA zastrzegła numer „10” we wszystkich rozgrywkach

Andre Villas-Boas zaapelował wczoraj, by FIFA zastrzegła numer dziesiąty na koszulkach wszystkich drużyn świata. My na ten apel odpowiadamy własnym: panie Boas, uspokój się pan. Kontrowersyjny pomysł Piłkarski świat znalazł się w żałobie po śmierci jednego z najwybitniejszych piłkarzy w dziejach. Zdaniem wielu – po prostu najwybitniejszego. My w naszym rankingu najlepszych zawodników wszech czasów […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

Piętnaście pustych stadionów i oprawa

Spośród szesnastu rozegranych w ostatnich dwóch dniach meczów Ligi Mistrzów, piętnaście odbyło się bez udziału publiczności. Nawet państwa dość liberalnie podchodzące do obostrzeń koronawirusowych, stadiony pozostawiają puste, niezależnie od tego, jak doniosłą okazją jest mecz europejskich pucharów. Grecja, Francja, Ukraina, oczywiście Niemcy czy Anglia – hymn Ligi Mistrzów niósł się po trybunach echem niezagłuszonym choćby […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

Basałaj: „Maradonów było dwóch. Podwójna osobowość, podwójne życie”

– Wydaje mi się, że trudno dziś znaleźć piłkarza o takiej złożonej osobowości. Maradonów było dwóch. Podwójna osobowość, podwójne życie. Myślę, że go to męczyło. Prezes Boniek mówił, że za każdym razem, jak się spotykali, prywatnie był przemiłym człowiekiem, fantastycznym i pełnym ciepła rozmówcą. Może to zderzenie z mediami, z namolnymi kibicami, z całą globalną […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

Puchacz i gra w defensywie? To na razie nie jest dobrana para

Tymoteusz Puchacz kapitalnie zaprezentował się w ostatnim spotkaniu Ligi Europy przeciwko Standardowi Liege. Nie tylko zapisał na swoim koncie dwie asysty, ale całkowicie zdominował lewą stronę boiska. Swoją aktywnością, dynamiką, wydolnością. Wszędzie było go pełno. Powszechne stały się głosy, że Jerzy Brzęczek powinien powołać lewego obrońcę Lecha Poznań na zgrupowanie reprezentacji Polski. A potem przyszedł […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

Puchary, korupcja i przekręcanie nazwisk. Raymond Goethals, rewolucjonista z Belgii

– Nie marudź, graj! – pokrzykiwał do swoich piłkarzy Raymond Goethals w szatni, na treningu oraz na meczu. Charakterystyczny, brukselski akcent wystarczał, żeby zawodnik brał się w garść i wracał do pracy. Bez znaczenia, czy był to Alen Boksić, Paul van Himst, Rob Rensenbrink, czy Arie Haan. Szacunek do trenera miał każdy. Ciężko było go […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

Maradona miał osobowość dużego dziecka. Czasem widziałem łzy w jego oczach

– Miał osobowość dużego dziecka i chyba do końca takim dużym dzieckiem pozostał. Czasem widziałem prawie że łzy w jego oczach. Albo może nie prawie, czasem to wręcz dosłownie. Taką bezradność – ciągle kopią, faulują, no dlaczego oni to robią? Dlaczego zabierają mi tę zabawkę, czyli piłkę, w sposób nieprzepisowy? Było to momentami rozbrajające. Michel […]
26.11.2020
Weszło Extra
26.11.2020

Marcin Kikut: Gdybyśmy ograli Bragę, dotarlibyśmy do finału Ligi Europy

Dekadę temu Lech Poznań zapisał jedną z piękniejszych kart w historii swoich występów w europejskich pucharach i jak na razie jedną z dwóch najpiękniejszych jeśli chodzi o polskie kluby na międzynarodowej arenie w XXI wieku. Wielki udział w tamtych sukcesach miał Marcin Kikut, który dziś znajduje się zupełnie poza piłką, skupiając na biznesie hotelarskim. Wspominamy […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

Lechu, musisz. O przedłużenie szans na awans

To jest ten moment. Moment, kiedy tegoroczna pucharowa przygoda Lecha nie skręci w klasycznym dla polskiej piłki kierunku. Powalczyli. Pokazali się. Zagrali dobrze mecze. Ale, ostatecznie, przegrali, nie awansowali. My wiemy, że jest jeszcze Benfica, że Rangersi mają najlepszą formę od lat. Ale sensacje to też sól futbolu. Aby zapracować na możliwość zrobienia sensacji, trzeba […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

Wygrana Lecha, precyzja Ishaka | TYPY I KURSY NA LIGĘ EUROPY

Dla piłkarzy Dariusza Żurawia nadchodzi czas odpowiedzi. Przed Lechem Poznań mecz, który może zadecydować o tym, czy ekipa z Wielkopolski zakończy grupę na trzecim, czy na czwartym miejscu. Zresztą – nieczego Lechowi nie odbierajmy. Kto wie, może zwycięstwo w Belgii doda im jeszcze chęci na walkę o awans. W każdym razie na mecz ze Standardem […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

Na Maradonę wszyscy czekali. Czułem jego boską aurę wielkości

– Jedno rzucało mi się w oczy: on zawsze przychodził ostatni. Wszyscy stali już w tunelu, czekali, ale kiedy szedł, to widać było, że nadchodzi coś wyjątkowego. Ktoś wielki, jedyny w swoim rodzaju. Byli przy nim ludzie, czy to masażysta, czy to rehabilitant, czy to ktoś jeszcze. Pokrzykiwał, wychodził, emanował aurą wielkości. Wyróżniał się. Pamiętam […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

„Panowie, tak nadmuchaliśmy ten balon, że całe miasto uwierzyło, że pokonamy Barcelonę”

Historia polskiego futbolu pełna jest meczów, które Kazik Staszewski sprawnie uchwycił niegdyś pod chwytliwym stwierdzeniem: „Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka…”. Jednym z najsłynniejszych spotkań z tej kategorii zdecydowanie jest rewanżowe starcie Lecha Poznań z FC Barceloną w Pucharze Zdobywców Pucharów 1988/89. „Kolejorz” miał wówczas wymarzoną okazję, by wyrzucić Katalończyków z rozgrywek. Choć w ich […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

Super Kurs w Superbet! 30.00 na wygraną Lecha z Liege!

Legalny bukmacher Superbet wraca z kolejną odsłoną mega promocji dla nowych graczy. W Superbet za wygraną Lecha Poznań ze Standardem Liege dostaniemy kurs 30.00! Jak skorzystać z tej oferty? Już wyjaśniamy. Żeby wziąć udział w promocji, trzeba po pierwsze założyć konto w Superbet. Potem wpłacamy na nie minimum 50 PLN, zaznaczamy zgody marketingowe i formalności […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

PRASA. Pożegnanie i wspomnienie Diego Maradony

Polskie media żegnają dziś Diego Armando Maradonę. W prasie znajdziemy sporo wspomnień o Argentyńczyku. – Beznadziejna akcja, jakiś baran podał mi na głowę – mi na głowę! – bo już nie wiedział, co zrobić, a ja skoczyłem i podstawiłem rękę. Mówiłem, że to była ręka Boga, ale to była ręka Diega. Zwędziłem nią Angolom portfel. […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

40 mgnień Diego Maradony. „Ludzie zabijają się, by pocałować moje buty”

Był postacią wielką. Barwną. Niejednoznaczną. Upadłą. 40 mgnień z życia Diego Maradony. W reprezentacji zadebiutował w wieku szesnastu lat. Czy jest lepszy dowód na skalę talentu, jakim został obdarzony? Prawdopodobnie nie. Powołanie dostał po czterech miesiącach w dorosłej piłce. Debiutować przyszło mu na słynnej La Bombonerze w meczu z Węgrami. Gładko wygranym – skończyło się 5:1, […]
26.11.2020
Weszło
26.11.2020

Najdłuższy skok bez spadochronu

Oglądaliście kiedyś retransmisję meczu ukochanej drużyny, znając już niekorzystny dla niej wynik? Przez 90 minut towarzyszy ci wyłącznie myśl, że skończy się źle. Chwilami może się wydawać, kurczę, a gdyby jednak udało się oszukać los? Ale to złudzenie. Miraż. Od początku jest jasne – na końcu nie ma niczego dobrego, na końcu są ból i […]
26.11.2020
Weszło
25.11.2020

Jaki dzień, taki mecz

25 listopada 2020 na zawsze zostanie zapamiętany jako bardzo smutny dla wszystkich fanów futbolu na całym świecie. Jeśli ktoś zdecydował się obejrzeć rywalizację Atletico Madryt z Lokomotiv Moskwa, mógł wpaść w jeszcze bardziej melancholijny nastrój. Puste krzesełka na Wanda Metropolitano, ogromna ulewa i przejmująca minuta ciszy ku czci zmarłego Diego Armando Maradony. W tym momencie […]
25.11.2020
Weszło
25.11.2020

Albo jesteś Lewandowski, albo jesteś Szoboszlai

To nie był prosty mecz dla Bayernu. RB Salzburg notorycznie atakował bramkę Bawarczyków, zagrażając gospodarzom nawet wtedy, gdy ci prowadzili już 3:0. Być może nawet by zdołali uszczknąć z tego spotkania jeden punkt, no ale ekipa z Monachium miała Lewandowskiego, a Austriacy Szoboszlaia. Widzicie różnicę? Pewnie tak.  Nic lepiej nie zobrazuje tego meczu niż dwie […]
25.11.2020