„Góry” w Warszawie, czyli nowoczesny trening, który pomoże biegaczom i triathlonistom poprawić wyniki

Kamil Gapiński

14 sierpnia 2020, 14:52 • 5 min czytania

„Góry” w Warszawie, czyli nowoczesny trening, który pomoże biegaczom i triathlonistom poprawić wyniki

Chcesz zbudować odpowiednią formę na maraton albo inny, chociażby triathlonowy start, wyjedź w góry. Jeśli potrenujesz kilka tygodni na właściwej wysokości, efekty muszą przyjść. Te dwa zdania to oczywiście nadal prawda, ale… nie do końca. Albowiem świat biegów i triathlonu, podobnie jak chociażby ten piłkarski, ewoluuje. Dlatego wypracowanie wysokiej dyspozycji nie jest już połączone wyłącznie z pobytem np. w Zakopanem czy St. Moritz. Od jakiegoś czasu spokojnie można ją wykuwać w… Warszawie.

Reklama

Tak jest, dobrze czytacie. W naszej stolicy, kilkaset metrów od Blue City, biegacze (i nie tylko) biorą udział w zajęciach wysokościowych w AirZone. Trenowanie na 3000 czy 5000 metrów nad poziomem morza jest tam normą. Czy warto tego spróbować? Zdecydowanie, i piszę to jako osoba, która sama poddaje się od kilku tygodni hipoksji. Co to tak właściwie jest? Pisząc najprościej, to „efekt gór” spowodowany wprowadzeniem organizmu w lekkie niedotlenienie, które wymusza szereg zmian adaptacyjnych i przyczynia się do poprawy parametrów związanych z wysiłkiem.

Nie jestem wybitnym biegaczem, ale doświadczonym – na pewno. Pierwszy maraton zaliczyłem w 2013 roku, łącznie królewski dystans przebiegłem sześć razy. Najszybciej w 3:20:59. Nie jest to wynik, który urwałby dupę, wiem, ale nie ma też wstydu. Ot, zawodnik jakich wielu.

Reklama

Swoją formę przez lata budowałem pod okiem jednego z najlepszych polskich triathlonistów Filipa Szołowskiego, głównie podczas treningów w Warszawie, w której mieszkam. Raz do roku starałem się pojechać na 7-14 dni w góry, przeważnie do Szklarskiej Poręby. Lubię tam trenować, a potem odpoczywać, ale z reguły po powrocie czułem niedosyt. Dlaczego? Bo rozochocony górskim bieganiem chciałem dalej ćwiczyć na odpowiedniej wysokości. Miałem świadomość, że dłuższy pobyt w Szklarskiej zapewniłby mi lepsze wyniki. Nie mogłem sobie jednak nań pozwolić, ponieważ ograniczały mnie liczne obowiązki zawodowe, wymagające przebywania w Warszawie (komentowanie meczów, prowadzenie audycji radiowych itd.).

W końcu pogodziłem się z tym, że pewnych rzeczy nie przeskoczę i zaakceptowałem swoje ograniczenia. Mniej więcej rok później usłyszałem o tym, że w stolicy powstaje AirZone. Wizja biegania w tym miejscu od razu wzbudziła mój entuzjazm, z kilku powodów. Oto główne z nich:

  • tak naprawdę mogę trenować „w górach” przez cały rok
  • wprowadzę do zajęć nowe bodźce, a jak wiadomo takowych warto szukać, bo organizm przyzwyczaja się do wykonywanego przez dłuższy czas planu
  • będę mógł poświęcić urlop na klasyczny wypoczynek, a nie obóz sportowy

Mimo tych zalet, na pierwsze zajęcia szedłem lekko zestresowany. Powód? Bałem się, jak na wysokość 2500 m n.p.m. zareaguje mój organizm. Pamiętałem, że zawsze gdy przyjeżdżam do Szklarskiej i trenuję po dłuższej przerwie na Ścieżce nad Reglami, ciało potrzebuje czasu, aby się dostosować. Przez mniej więcej 20 minut biegu czuję wtedy, jakby ktoś wbijał mi szpilki w płuca, a przecież to trening na wysokości „zaledwie” 1100 – 1200 m n.p.m.

Czy na dwa razy większej kompletnie mnie zatka i nie będę wiedział, co się dzieje? Głównie to pytanie chodziło mi po głowie. Stres potęgował właściciel AirZone, trener lekkiej atletyki Robert Leszczyński, który stwierdził, że powinienem zrobić trening interwałowy.

– Minuta bardzo mocnego biegu, dwie minuty truchtu i tak dwadzieścia razy! – tak to sobie wymyślił. Serio obawiałem się, że już po pierwszym rytmie w tempie 3:30/km nie będę mógł oddychać. Niepotrzebnie. Organizm zadziwiająco dobrze zniósł te obciążenia.

– Nieźle sobie poradziłeś, ale pewnie wieczorem padniesz jak zabity. I jutro rano będziesz miał kłopot, żeby wstać. Kilku biegaczy i triathlonistów przed tobą przerabiało ten scenariusz – uśmiechał się zarządzający AirZone Kuba Pawlak.

Miał tylko połowicznie rację: nie ścięło mnie z nóg, natomiast faktycznie trudno było się dobudzić. Potem przez pół dnia chodziłem jak śnięta ryba, natomiast wieczorem „frunąłem” w trakcie dwunastokilometrowego wybiegania. Tydzień i dwa później poddałem się w AirZone identycznemu treningowi.

Już po tych trzech wizytach odczuwałem różnicę podczas mocniejszych zajęć w Lesie Kabackim. Bieganie po 4:45/km właściwie w ogóle mnie nie męczyło, a wcześniej różnie to bywało. Tempo 4:30/km w trzydziestostopniowym upale też nie okazało się zabójcze. Oczywiście – mam świadomość, że to nie tylko efekt hipoksji, ale i regularnego, ciężkiego treningu. Natomiast nie mam wątpliwości, że po 2-3 miesiącach zajęć wysokościowych wydolność poprawi się nie minimalnie, a zdecydowanie. Według badań, regularne trenowanie w hipoksji może „podrasować” VO2max (pułap tlenowy) amatora aż o 8-14%!

– Postęp zależy od tego, jak często będziemy w hipoksji ćwiczyć – mówi Leszczyński. – Można „wmontować” w plan treningowy jeden interwał tygodniowo, tak jak zaproponowałem to tobie. Można w warunkach niedotlenienia zrobić też 2-3 zajęcia na siedem dni. Poprawiać mogą się wszyscy, nawet amatorzy z najwyższej półki. Podam taki przykład: jeśli maratończyk X od dłuższego czasu bezskutecznie próbuje złamać 2:30, a jego rekord to 2:35, hipoksja pomoże mu tego dokonać. Docelowo to będzie dla niego wystarczający bodziec do tego, by przyspieszyć, naturalnie pod warunkiem, że wcześniej przez lata nie biegał w wysokich górach.

AirZone otwiera się na tych, którzy biegają. Do klubu może przyjść na przykład kolarz, który chciałby zrobić trening na odpowiedniej wysokości. Wystarczy, że weźmie ze sobą rower i trenażer, i voilà, zostanie mu udostępniona prywatna salka, w której komfortowo poćwiczy. Z takowych mogą też korzystać choćby himalaiści.

– Jeśli przed wyprawą potrzebują przystosować organizm do wysokości, spokojnie mogą u nas spać na takiej, jaką sobie zaplanują – tłumaczy Pawlak.

To jeszcze nie koniec możliwości, jakie daje AirZone.

Podczas dłuższej przerwy spowodowanej kontuzją wydolność sportowców – zarówno profesjonalnych, jak i amatorów – znacznie spada. Udowodniono naukowo, że jeśli będą się wtedy rehabilitować na przykład na wysokości 3000 m n.p.m., to można ją podtrzymać, mimo braku regularnych treningów. Hipoksja pozwala też skutecznie walczyć z nadwagą i… boreliozą. Jak to jest możliwe, szczegółowo opiszę wam w kolejnych odcinkach cyklu.

KAMIL GAPIŃSKI

Fot. AirZone.pl

Kamil Gapiński

Kibic Realu Madryt od 1996 roku. Najbardziej lubił drużynę z Raulem i Mijatoviciem w składzie. Niedoszły piłkarz Petrochemii, pamiętający Szymona Marciniaka z czasów, gdy jeszcze miał włosy i grał w płockim klubie dwa roczniki wyżej. Piłkę nożną kocha na równi z ręczną, choć sam preferuje sporty indywidualne, dlatego siedem razy ukończył maraton. Kiedy nie pracuje i nie trenuje, sporo czyta. Preferuje literaturę współczesną, choć jego ulubioną książką jest Hrabia Monte Christo. Jest dumny, że w całym tym opisie ani razu nie padło słowo triathlon.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Polecane

Hejt, rozpacz i żenujące zdjęcia. Oto największe historie igrzysk

Jakub Radomski
0
Hejt, rozpacz i żenujące zdjęcia. Oto największe historie igrzysk
Ekstraklasa

Spór wokół Cracovii. Prezes Wisły stanął w obronie byłej szefowej klubu

Wojciech Piela
4
Spór wokół Cracovii. Prezes Wisły stanął w obronie byłej szefowej klubu
Reklama

Inne sporty

Inne sporty

92 kraje, 116 konkurencji. Pełna analiza występów na igrzyskach

AbsurDB
13
92 kraje, 116 konkurencji. Pełna analiza występów na igrzyskach
Reklama
Reklama