Reklama

Przez peryferia, stargardzkie hot-dogi i strajki. Długa droga Warty do barażu

Damian Smyk

Autor:Damian Smyk

31 lipca 2020, 12:40 • 9 min czytania 11 komentarzy

W przepastnych archiwach gazet sprzed 25 lat można znaleźć relacje z ostatniego meczu Warty Poznań w I lidze (dzisiejszej Ekstraklasie). Z ust jednego z zawodników, tuż po spadku, padają mniej więcej takie słowa: – No tak, spadliśmy, tak się zdarza, ale za rok wrócimy.

Przez peryferia, stargardzkie hot-dogi i strajki. Długa droga Warty do barażu

Warta nie wróciła za rok. Ani za dekadę. Po ćwierć wieku nadal nie wróciła. Ale dzisiaj ma ogromną szansę na to, by klub z piękną historią znów zagrał w elicie. Jak wyglądała jej droga od spadku do momentu, w którym jest dzisiaj? To droga smaków – hot-doga na parkingu w Stargardzie, papierosowego dymu podczas strajkowania piłkarzy i bułek w rodzinnym sklepiku przy Drodze Dębińskiej.

W 1995 roku Józef Oleksy został premierem Polski. Otwarto pierwszą linię metra w Warszawie. Edyta Górniak zadebiutowała ze swoim pierwszym krążkiem. Urodzili się Bartosz Zmarzlik, Natalia Szroeder czy Karol Linetty. To może nie jeszcze taka prehistoria, jak ostatnie trofeum Cracovii przed triumfem w Pucharze Polski. Ale osoby, które na spadek Warty weszły na bilecie ulgowym ze zniżką studencką, dziś mają dorosłe dzieci już po studiach.

Warta miała spaść na chwilę

Przez te 25 lat zmienił się Poznań, swoją wieloletnią kadencję w roli prezydenta rozpoczął i zakończył Ryszard Grobelny, powstała Wartostrada, powstał stadion przy Bułgarskiej w obecnym kształcie. Ba, wyremontowano nawet Rondo Kaponierę! A Warta nadal tułała się po niższych ligach.

Wydawało się w pewnym momencie, że warciarze wrócą na salony. To było wtedy, gdy do klubu weszła rodzina Pyżalskich. Zapowiedzieli „Zieloną Rewolucję” i próbowali wymyślić futbol na nowo. Ex-modelka i były gangster wpompowali w klub miliony uzyskane ze sprawnej deweloperki. Organizowali wystawne konferencje, ściągali byłych ekstraklasowiczów, płacili im nieprzyzwoite jak na warunki już nowej I ligi pieniądze.

Reklama

Było coś proroczego w lapsusie Bogusława Baniaka na jednej z przedsezonowych konferencji. Najpierw makaron na uszy dziennikarzom nawijała pani prezes, później była prezentacja piłkarzy, wreszcie za mikrofon chwycił „Bebeto”. Opowiadał o tym, jak pieniądze Pyżalskich pozwolą klubowi na skok jakościowy, zachwycał się jakością nowych piłkarzy. – Pani Prezes zbudowała nam pięknego Titanica i my teraz musimy nim dopłynąć do celu – spuentował. Sam się zreflektował nad tym, jaką głupotę palnął. Po konferencji podszedł do dziennikarzy na catering i powiedział: – Ale z tym Titaniciem to dopierdoliłem…

Ten hot-dog na stargardzkim parkingu

Titanic ostatecznie spadł do II ligi. Pamiętam jak dziś wyjazd przyklepujący tamten spadek. Z kilkoma dziennikarzami staliśmy na parkingu w Stargardzie Szczecińskim. Rozmawialiśmy z ówczesnym trenerem Piotrem Kowalem, który wcinał jakiegoś hot-doga tuż obok dudniącego spalinami autokaru. Obok nad uchem nadawał nam podpity kibic miejscowych Błękitnych, który opowiadał, że ta warciana pani prezes, to takie nogi, ale po co te operacje, a tyle dzieci ma, jednak się trzyma kobita… Tak wyglądał spadek Warty na peryferiach – przy tym zakichanym hot-dogu i z tymi namolnym kibicem, który nie chciał się odczepić.

Wydawało się wówczas, że gorzej być nie może. No bo jak – Warta Poznań w II lidze to już brzmiało wstydliwie, przecież w 2007 roku udało się wydźwignąć z trzeciego poziomu rozgrywek. A „Zielonych” czekał jeszcze spadek do III ligi. Na czwarty poziom rozgrywkowy. Mecze ze Startem Warlubie, Unią Solec Kujawski, Tarnovią Tarnowo Podgórne. Zwycięstwo w swojej grupie i przegrane baraże z Polonią Bytom. Wówczas w klubie wściekano się, że jak to jest – jesteś pierwszy, a losy awansu zależą od dwumeczu. Powrót do II ligi został odłożony o rok.

Powrót do II ligi w cieniu skandalu

Bo rok później udało się wrócić na trzeci poziom rozgrywkowy. Najpierw po dramatycznym meczu z rezerwami Lecha Poznań warciarze wygrali ligę (mówiło się nawet, że Niklas Zulciak specjalnie zmarnował setkę w ostatniej minucie, by Warta awansowała do baraży, bo zawodnik Lecha był po słowie z „Zielonymi” w kwestii transferu). No i przyszedł baraż z Garbarnią. Wygrany, ale jakim kosztem? Warta Poznań wykręciła wówczas rekordy pod względem liczby publikacji w całym kraju. Ale nie dlatego, że Spławski celnie strzelał, Laskowski dobrze rozgrywał, a Kieliba ofiarnie bronił. Powrót Warty do II ligi zginął w cieniu Jakuba Pyżalskiego referującego na głos swoje możliwości rozrodcze w kontaktach z piłkarzami rywala.

Warta w świadomości polskiego kibica istniała wówczas niemal wyłącznie w kontekście negatywnym. Kto pamiętał piękną historię z międzywojnia? Ilu pamiętało silną Wartę tuż po drugiej wojnie? Nieliczni. Mówiłeś o Warcie, to pojawiały się pytania „a ta babka z CKM-u nadal tam rządzi? Ten jej pokręcony mąż wciąż ma tam coś do gadania?”.

Awans za darmo

W klubie się nie przelewało. Sezon po awansie z III do II ligi był jeszcze nieco stabilny, ale w kolejnym opóźnienia w wypłatach był już spore. I ten biedujący klub, z nieopłaconymi piłkarzami awansował do I ligi.

Reklama

Jak się robi awans za darmo? Odpowiada Bartosz Kieliba, kapitan zespołu: – Wydaje mi się, że – może to banalne – ale robi się drużyną. Te problemy nas scementowały jako zespół. Szliśmy w górę jako grupa zawodników, którzy nigdy wysoko nie pograli, albo nie zadomowili się tam na dość długo. Byliśmy tym wszystkim podrażnieni, bo przecież realizujemy cele, gramy dobrze, a tu nie dostajemy wypłat. Może gdyby to był zespół nasyconych ludzi – takich, którzy widzieli już Ekstraklasę, którzy do Warty przyszli dograć te 2-3 lata do końca kariery, to może wówczas by to się wszystko załamało. Ale byliśmy zdeterminowani i podrażnieni. Wielu z nas myślało “kurde, mamy szansę na zrobienie czegoś fajnego w tym klubie, trzeba zacisnąć zęby”.

Kapitan na miarę trudnych czasów

Kieliba to człowiek-ikona tych ostatnich lat. Przychodził do Poznania jeszcze w III lidze. Był taki okres, gdy co chwilę kończył mecz zakrwawiony – a to łuk brwiowy, a to rozcięta powieka. Z Wartą awansował z III ligi do II, z II do I, teraz też jest pewniakiem do grania. Gdy „Zieloni” walczyli ponad rok temu o utrzymanie, to on trzymał tę grupę w ryzach. Nie dał po sobie poznać, że w jego rodzinie trwa walka o życie córki.

To najgorszy czas w życiu, jakiego doświadczyłem. Mało osób wie, ile coś takiego kosztuje. Mnie, żonę, naszą rodzinę. Gdy w klubie było najgorzej, tak już naprawdę krytycznie, to koledzy z szatni jeszcze nie wiedzieli o tym, o czym ja się dowiedziałem podczas badań. Trener wiedział, nieliczne osoby w klubie też, ale nie wyrzuciłem tego od razu z siebie. Było to na tamtą chwilę zbyt ciężkie dla mnie. W końcu postanowiłem się przełamać. Poprosiłem chłopaków o spotkanie w szatni, przyniosłem ze sobą chusteczki, bo wiedziałem, że się rozkleję. Widzieli od jakiegoś czasu, że to nie jest ten uśmiechnięty “Kolba”, który żartuje od wejścia do klubu. Na treningach też trudno było na początku to wyrzucić z głowy i biegałem z myślą “dlaczego my, dlaczego nasze dziecko, czym sobie zasłużyło takie niewinne dziecko?”.

Kapitan zespołu harował na treningu, łączył się na Skype z żoną, która jechała z córką do Mediolanu na rewolucyjne leczenie rdzeniowego zaniku mięśni, a w międzyczasie pokrzepiał zawodników, który nie mieli z klubu przelewu przez kilka dni.

Sądny dzień w „Ogródku”

Siema Damian, słuchaj, robimy jutro strajk. Mamy tego dość – dostałem SMS-a od jednego z piłkarzy Warty: – Nie płacą nam, w klubie nie ma nawet kasy na wodę na trening. Cholera wie, czy wyjedziemy pojutrze na mecz. Jutro nie wychodzimy na trening. Jak chcesz, to przyjedź i zrób z tego materiał. Albo coś z tym zrobimy, albo ten klub zaraz pierdolnie. To nie chodzi tylko o nas, chodzi o Wartę.

Następny kilka dni było prawdopodobnie najbardziej szalonym okresem w nowoczesnych dziejach klubu z Drogi Dębińskiej. Warta stała nad przepaścią i wydawało się, że zrobi krok naprzód. Nadszedł dzień sądu – w obskurnym budynku toczył się dwustronne rozmowy między rodziną Pyżalskich a Bartłomiejem Farjaszewskim, który był jedynym kołem ratunkowym dla klubu. Negocjacje trwały kilka godzin. Do salki konferencyjnej przychodzili prawnicy i zaraz z niej wychodzili. Później wracali w towarzystwie członków zarządu Klubu Sportowego Warta Poznań. Gdy ktokolwiek wychodził choćby na moment do toalety, to momentalnie był osaczany przez dziennikarzy, którzy próbowali się czegoś dowiedzieć. – Bliżej czy dalej porozumienia? Pyżalscy chcą oddać klub czy robią pod górkę? Kim jest ten Farjaszewski? Kimś poważnym czy wydmuszką? – pytaliśmy.

Piłkarze siedzieli tam z nami. Następnego dnia czekał ich wyjazd na kolejny mecz, który miał decydować o utrzymaniu. Ale nie było wiadomo, czy w ogóle w klubie będzie kasa na opłacenie autokaru.

Niektórzy z dziennikarzy wypalali jednego papierosa za drugim. – Kurwa, aż sam bym zakopcił, trzęsie mnie z tych nerwów – rzucił jeden z zawodników.

„Wchodzicie z nami, trzeba na nich wpłynąć”

Rozmowy przeciągały się jednak za długo jak na cierpliwość piłkarzy. – Wchodzimy. Trzeba na nich wpłynąć, żeby oddali klub – zadecydował Adrian Lis: – Wchodzicie z nami. Bierzcie kamery i dyktafony, nagrajcie co tam się odpierdala.

Piłkarze w ponad dwadzieścia osób wtargnęli do salki, wepchnęli do środka dziennikarzy z kamerami. – Pani prezes, zna pani naszą sytuację. Od wielu miesięcy nam nie płacicie, chcielibyśmy, by ta sytuacja się poprawiła. Wydaje się, że jedyną szansą na to jest zmiana właściciela – próbował naciskać Kieliba.

Iza na wszystkie warunki kupca przystała, pozostaje do rozstrzygnięcia kwestia KS Warta, nie miejcie do nas pretensji. Teraz zależy to od przedstawicieli sekcji sportowy Klubu Sportowego – odpowiedział Pyżalski.

Sytuacja robiła się nerwowa, wreszcie nie wytrzymał Lis: – To, że zalegacie nam od kwietnia pieniądze i 30 rodzin nie ma za co żyć, to też decyzja zarządu KS czy wasza? Przestańcie nas zbywać – mówił ze łzami w oczach.

Lisek, myślisz, że ja i Iza nie jesteśmy w trudnej sytuacji? – odpowiedział Pyżalski.

Na pewno nie w takiej, jak my. Ja nie jeżdżę Mercedesem – zripostował Lis i wyszedł z sali. Miał na myśli sporych rozmiarów terenówkę stojącą pod budynkiem klubowym.

Wreszcie rozmowy udało się sfinalizować. Pyżalscy zniknęli z klubu. „Zielona Rewolucja” nie doprowadziła klubu do Ekstraklasy. Nastały nowe rządy, choć nadal skromne, nadal na wskroś typowo warciańskie. Bo to nie jest tak, że Farjaszewski wjechał do klubu na białym koniu, rzucił miliony złotych na stół i dzięki temu Warta dziś bije się o awans. To nadal klub z jednym z najmniejszych budżetów w pierwszej lidze. Najlepiej zarabiający piłkarze kasują 15 tysięcy złotych i są wyjątkami. Średnia pensja w zespole jest czterocyfrowa. „Zieloni” pod względem budżetu nie są nawet w górnej połówce ligi.

Swojska banda

Termin swojskiej bandy uknuł się w tym sezonie. Miał definiować charakter tego zespołu – drużyny bez wielkich gwiazd, ale pracującej na to, by Warta znów mogła być Dumą Wildy. Latem zeszłego roku w klubie podjęto szereg niepopularnych decyzji. Nastąpił powiew świeżości – dyrektorem sportowym został Robert Graf, trenerem Piotr Tworek, szefem rady nadzorczej Marcin Janicki, rzecznikiem prasowym Piotr Leśniowski. Warta z miesiąca na miesiąc rosła na polu sportowym i wizerunkowym. Rosła jednak przede wszystkim jako zespół.

I to zespół z postaciami, którym trudno nie kibicować. Wspomniany Kieliba, który przeżywał rodzinny dramat. Adrian Laskowski, z Wartą od III ligi, trapiony kontuzjami wyłączającymi go na długie miesiące. Łukasz Spławski, który w pewnym momencie był już odpalony, a gdy w zespole zabrakło napastników, to trener Nemec zadzwonił do niego i poprosił, żeby jednak wpadł jeszcze na trening. Piotr Tworek, trener nieoczywisty dla klubu pierwszoligowego, który pociągnął za sobą tę drużynę. Karol Majewski, kierownik drużyny, który w klubie pracuje od dziesiątek lat i który dziś wprowadza do spraw organizacyjnych swojego syna Konrada. Pani z klubowego sklepiku, która od lat serwuje te same przepyszne bułki. Tych postaci moglibyśmy wymieniać i wymieniać.

Cholernie długa była droga Warty do tego dzisiejszego meczu. Przez „spadek tylko na rok”, przez te zapyziałe hot-dogi na parkingu w Stargardzie, przez te krzyki Pyżalskiego, przez rozciętą powiekę Kieliby, przez strajk, przez wyjazdy do Grodziska.

Dziś to może nastąpić piękna puenta tej wyboistej drogi.

DAMIAN SMYK

Pochodzi z Poznania, choć nie z samego. Prowadzący audycję "Stacja Poznań". Lubujący się w tekstach analitycznych, problemowych. Sercem najbliżej mu rodzimej Ekstraklasie. Dwupunktowiec.

Rozwiń

Najnowsze

Komentarze

11 komentarzy

Loading...