post Avatar

Opublikowane 25.07.2020 14:45 przez

Wojciech Piela

Każdy sezon ma bohaterów nieoczywistych. Kiedyś w Ekstraklasie ni stąd ni zowąd Dawid Jarka wpakował cztery gole w meczu Górnika Zabrze z Zagłębiem Sosnowiec i niektórzy widzieli go nawet w reprezentacji Polski. To był jednak jednorazowy wyczyn, a jego bohater mimo wcale nie podeszłego wieku znajduje się na peryferiach poważnej piłki. Znacznie trudniej jest zachować regularność, zwłaszcza kiedy twój zespół nie należy do najlepszych w lidze. Danny Ings w tym sezonie brał udział w najwyższej klęsce w historii Premier League. Jego Southampton przegrał z Leicester 0:9, ale Anglik postanowił odgryźć się losowi.  

Przed ostatnią kolejką jego marzenia o koronie króla strzelców wcale nie należą do gatunku science-fiction. Gdyby on i jego koledzy w pewien deszczowy październikowy wieczór nie byli tak gościnni, dziś nie musiałby gonić Jamiego Vardy’ego. Miałby nad nim jednego gola przewagi. Southampton cały sezon próbuje jednak zerwać z łatką ekipy, która dała się zlać w tak bardzo okrutny sposób i odszczekuje się prześladowcom z pańskiego dworu. Triumf Ingsa nad Vardym w ostatniej kolejce smakowałby więc szczególnie i byłby dopełnieniem pięknej historii. Mówimy bowiem o zawodniku, który nie tylko wówczas musiał przełknąć gorycz srogiej porażki. Za nim bowiem poważna kontuzja, druga poważna kontuzja i… trybuny w finale Ligi Mistrzów. Poznajcie gościa, który w polu karnym rywala czuje się niczym Nikodem Dyzma na słynnym raucie u Prezesa Rady Ministrów. 

Stary znajomy kibiców Bournemouth

19 lipca 2020 roku. Danny Ings po raz kolejny w swojej karierze pojawia się na obiekcie Bournemouth – Vitality Stadium. Kiedyś to właśnie tutaj strzelał pierwszego gola w profesjonalnej przygodzie z futbolem w Anglii. – Wprowadzałem go do dorosłego futbolu. Zaimponował nam na wypożyczeniu w Dorchester w siódmej lidze. Skróciliśmy je, bo mieliśmy problemy z kontuzjami i potrzebowaliśmy go na miejscu. Zawsze chciał dotrzeć na sam szczyt i ciężko pracował. Oczywiście do tego potrzebny jest też talent, ale on miał go pod dostatkiem – wspomina menedżer Wisienek Eddie Howe.

W pierwszym sezonie zdobył siedem goli, a jego ekipa zakwalifikowała się do baraży o awans do Championship. Wówczas gra na zapleczu dla skromnej drużyny z południa Anglii to był szczyt marzeń. Dziś? Powrót w otchłań po pięciu latach pięknej przygody w Premier League. Postać Ingsa jest więc dla Bournemouth nieco tragiczna. Wtedy jego gole nie wystarczyły, bo w półfinale lepsze okazało się Huddersfield, a teraz, gdy przywdziewa obce barwy – jego trafienie właściwie przesądziło o losie Wisienek. Zresztą od zawsze marzył on o grze dla Southampton. W młodości odrzucono go, bo był zbyt mały i w ten sposób trafił do lokalnego rywala. Dzisiaj zdecydowanie wyrasta ponad St. Mary’s Stadium, a jego dorobek stanowi niemal połowę wszystkich goli strzelonych przez Świętych. 

Wychowywał się w Netley, przedmieściach Southampton w domu z dwiema siostrami. Od małego ganiał za piłką do tego stopnia, że opuszczał lekcje, aby dołączyć do innej klasy, która akurat miała WF. Jego rodzice rozstali się, gdy Danny miał 10 lat, a on zaczął mieszkać z tatą i jego nową partnerką Sue. Oni ukształtowali go nie tylko życiowo, ale też piłkarsko. – Nie pozwoliłbym mu wrócić do domu, gdyby na koniec treningu nie trafił w poprzeczkę z 40 metrów bez dotykania ziemi – wspomina ojciec Shane Ings.

Nic dziwnego, że zwracał u młodego uwagę na technikę – jego idolem była ówczesna gwiazda Świętych – Matt Le Tissier. Tata starał się go wspierać również w późniejszych latach, gdy musiał podwozić go niemal 50 km do Bournemouth. Raz jednak samochód zepsuł się na autostradzie i Danny musiał dzwonić po kolegę. Inaczej spóźniłby się na mecz, choć ojciec oczywiście dojechał na drugą połowę.

Szczególną więź między nimi podkreśla tatuaż na sercu, na którym widać małego chłopca z piłką pod pachą prowadzonego w kierunku światła przez tatę. Nawet jeśli nie może być na stadionie, to ogląda mecze w telewizji, dzwoni do mnie i jest pierwszym recenzentem. Nie mogłem prosić o lepszego tatę, który byłby dla mnie mentorem i pomógł mi zostać piłkarzem, jakim jestem dzisiaj – opowiadał Ings, który kilka lat temu kupił swojej rodzinie nowy dom mniej więcej milę od miejsca, gdzie się wychował. Shane i Sue mogli więc zamieszkać w lepszych warunkach jednocześnie nie opuszczając znajomych rejonów. 

Po dobrym sezonie w League One 19-latek zaczął wzbudzać zainteresowanie Liverpoolu czy Celticu, a grające w Premier League Fulham płaciło 400 000 funtów. Bournemouth chciało jednak więcej i ostatecznie oddało swojego asa za milion do Burnley czyniąc go tym samym najdrożej sprzedanym graczem w historii klubu. Ings od samego początku nie mógł czuć się samotnie, gdyż na Turf Moor spotkał wspominanego już Eddiego Howe’a. Po raz pierwszy w życiu okazało się jednak, że w gwiazdach nie jest mu zapisana łatwa i przyjemna kariera. Już na pierwszym treningu doznał kontuzji kolana, co sprawiło, że w nowym zespole zadebiutował po niemal pół roku. Później z klubu odszedł również Howe, jednak okazało się, że dopiero wraz z przyjściem jego następcy kariera Ingsa nabrała rozpędu.  

Wzlot w elicie

– Gdy grał u nas, prawdopodobnie był swoim największym krytykiem. Zawsze wszystko chciał lepiej, szybciej i mocniej. Nie zawsze było to dobre, ale dzięki temu strzelał mnóstwo goli – przypominał w lutym przed meczem Southampton – Burnley menedżer gości Sean Dyche. Znany jako “Rudy Mourinho” 49-letni Anglik przejął zespół w październiku 2012 roku i już w swoim pierwszym pełnym sezonie doprowadził The Clarets do awansu do Premier League. Ings na początku pozostawał w cieniu Charliego Austina, jednak po transferze napastnika do QPR, wyrósł na prawdziwą gwiazdę. Do spółki z Samem Vokesem wpakowali oni aż 41 goli, co stanowiło ponad połowę wszystkich trafień Burnley. Ich duet spokojnie mógłby nosić imię Dusana Radolsky’ego, który swego czasu w Groclinie Grodzisk chwalił się współpracą “dużego” Grzegorza Rasiaka z “małym” Andrzejem Niedzielanem.

– Mniejszy był oczywiście Danny, ale rozumieliśmy się bez słów. Niestety na początku sezonu w Premier League doznałem poważnej kontuzji i wróciłem dopiero na Boxing Day. Czy gdybyśmy mogli grać razem od początku, losy Burnley potoczyłyby się inaczej? Nigdy nie wiesz, ale na pewno fajnie byłoby się sprawdzić. Pamiętam, jak jeszcze grając w Championship mierzyliśmy się w Pucharze Anglii z Southampton. Przegraliśmy 3-4, ale obaj strzeliliśmy po golu, co pokazało, że z lepszymi również dawaliśmy radę – wspomina Vokes. Ings mógł jednak tym razem dziękować niebiosom za cały sezon bez problemów zdrowotnych, co pozwoliło mu strzelić w debiutanckim sezonie w elicie 11 goli. Wobec spadku Burnley stało się więc jasne, że jego pozostanie na Turf Moor trudno będzie sobie wyobrazić.  

Ings opuszczał Burnley nie tylko jako znakomity piłkarz, ale również człowiek, który założył fundację zrzeszającą ponad 600 niepełnosprawnych dzieci marzących o karierze sportowca. Dodatkowo, wszystkich poruszył obrazek po jednym z meczów w trakcie kampanii 2013-14, gdy Burnley pruło w kierunku wymarzonej Premier League. Podczas spotkania wykonywałem rzut rożny i chwilę porozmawiałem z dzieciakiem stojącym na trybunie tuż za linią. Po końcowym gwizdku podszedłem do niego i dałem mu buty i koszulkę. Gdy zobaczyłem jego radość na twarzy pomyślałem sobie: jeśli takim prostym gestem jestem w stanie uczynić dla kogoś tak wiele, to czemu tego nie rozszerzyć? Wtedy powstał pomysł na założenie fundacjiopowiada Ings.

Danny wyrósł w niełatwym środowisku, więc teraz ma chęć pomagania. Zawsze staraliśmy się mu ułatwiać życie, ale czasem do Bournemouth na treningi musiał dojeżdżać sam, a na tydzień dostawał 40 funtów. Nie jest to może skrajna bieda, ale w domu się nie przelewało – wtóruje mu tata Shane 

Transfer na Anfield

Gdy w czerwcu 2015 roku w wieku 23 lat podpisywał kontrakt z Liverpoolem wydawało się, że The Reds zaklepują sobie go na najlepsze lata kariery. Ings wraz z Christianem Benteke i Roberto Firmino mieli stworzyć zupełnie nowy atak Liverpoolu po rozczarowującym sezonie, gdy kibice na Anfield musieli męczyć się z Balotellim, Lambertem czy Borinim. Okazało się jednak, że te transfery były łabędzim śpiewem Brendana Rodgersa, który już w październiku opuścił klub. Aczkolwiek, dla Ingsa sam początek sezonu był obiecujący. Udało mu się choćby strzelić gola w derbach z Evertonem, a także po raz pierwszy otrzymać powołanie do reprezentacji Anglii.

Dowiedzieliśmy się o tym w trakcie robienia zakupów. W trakcie przerwy na kadrę Danny miał bowiem przyjechać do nas i chcieliśmy wybrać się na ryby. Shane od razu spytał: zdajesz sobie sprawę, że przez ciebie muszę zrezygnować z całkiem niezłej przynęty?! – z uśmiechem opowiadała po latach Sue, która dla Danny’ego była kimś w rodzaju matki. Ings zadebiutował wchodząc z ławki przeciwko Litwie, a na Anfield nastał czas Jurgena Kloppa. Szybki piłkarz ze zmysłem do szukania sobie wolnej przestrzeni na pewno przydałby się w układance niemieckiego menedżera, jednak w jego życiu powróciły stare demony. Na pierwszej sesji treningowej pod okiem nowego trenera Ings poczuł ból w lewym kolanie. Diagnoza brzmiała jak wyrok: zerwane więzadła i pauza do końca rozgrywek.  

Determinacji Ingsowi w szybkim powrocie do zdrowia nie brakowało. Udało mu się zagrać bowiem jeszcze w ostatnim meczu sezonu z West Bromem. Po letnim okresie przygotowawczym reprezentant kraju zaczął strzelać na potęgę w rezerwach i szykował się do powrotu do pierwszego zespołu. Klopp powoli zaczął tworzyć swoją maszynę, gdyż w składzie byli już Sadio Mane oraz wspomniany wcześniej Firmino, ale dla Ingsa również miało znaleźć się miejsce. 25 października 2016 po niewinnie wyglądającym starciu z Kevinem Wimmerem z Tottenhamu padł jednak na ziemię i po raz kolejny poczuł wielką bezsilność.

Na dziewięć miesięcy wypadł ze składu Liverpoolu, który miał być przecież dla niego trampoliną do trofeów, nagród i chwały. – Moje myśli tamtego wieczoru były zupełnie inne. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek zagram jeszcze w piłkę. Może nie będę tego nazywał depresją, ale psychicznie byłem zdewastowany – trudno dziwić się Anglikowi, który na początku listopada po raz drugi w Liverpoolu rozpoczął żmudną rehabilitację.  

– Każdy fałszywy ruch mógł mieć fatalne konsekwencje. Jestem niesamowicie wdzięczny Mattowi Konopinskiemu, który na nowo nauczył mnie biegać. Naprawdę, nawet z tym miałem problem. Matt i jego ludzie siedzieli u mnie w domu całymi dniami. Niezwykle to doceniam, bo przecież każdy ma swoje rodziny. Mogliby pójść do nich i z nimi spędzić czas po pracy. Czy oni uratowali moją karierę? Myślę, że tak. Zdecydowanie – mówi 28-latek.

Jego problemy zdrowotne były tym bardziej bolesne, że poza boiskiem także stanowił wartość dodaną dla zespołu. Wraz z Jordanem Hendersonem, Adamem Lallaną czy Jamesem Milnerem lubili dłużej posiedzieć przy posiłkach, aż ochrzczono ich klubem śniadaniowym. Czasem już po transferze dosiadał się do nich Virgil Van Dijk, który niegdyś podczas wyświetlania filmów ze starymi meczami Liverpoolu zagaił do Milnera: Milly, z którym grasz numerem?

Żarty pomagały mu się odstresować, ale największą ulgę poczuł, gdy w końcu udało się wrócić. 19 września 2017 roku wszedł na boisko w przegranym meczu Pucharu Ligi z Leicester. Od momentu transferu dwa lata wcześniej był to jego dopiero dwunasty występ w koszulce The Reds. Z zespołu rozbitego zastał już prawdziwy gwiazdozbiór – z Salahem, Wijnaldumem czy coraz mocniej wchodzącymi do zespołu Alexandrem-Arnoldem i Robertsonem.

Do końca sezonu wytrwał już bez żadnych problemów zdrowotnych i nawet strzelił gola w meczu z West Bromem, ale na sam koniec nie załapał się na ławkę rezerwowych w finale Ligi Mistrzów z Realem. – To pomogło mi podjąć decyzję o odejściu, choć z klubu nikt mnie nie wypychał. Jurgen Klopp zaproponował mi nawet propozycję nowego kontraktu, ale wiedziałem, że przy takiej rywalizacji w Liverpoolu nie mam szans. Pod koniec sezonu dostałem szansę gry w wyjściowym składzie i stojąc w tunelu poczułem motyle w brzuchu. Chciałem odejść i przeżywać to co tydzień, a nie tylko od święta. W Liverpoolu nie pokazywałem swojego zdenerwowania, więc wszyscy mnie lubili. Ale w domu zamykałem się z psami i przesiadywałem na kanapie. Musiałem odbudować swoją markę – opowiada napastnik.

Ostatecznie najpierw na wypożyczenie, a potem już w ramach transferu definitywnego powrócił do macierzy – wzmocnił Southampton za 20 milionów funtów. Co ciekawe, tylko za milion mniej przeniósł się w podobnym czasie do Bournemouth Dominic Solanke. W minioną niedzielę, jak na dłoni było widać, kto zrobił lepszy interes.  

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Niektórzy fani Świętych uważali, że to pieniądze wyrzucone w błoto. Wątpliwości nie pomógł rozwiać pierwszy sezon. Ings strzelił w nim siedem goli, ale znów trapiły go drobne problemy, przez co opuścił w sumie sześć spotkań ligowych. Obecne rozgrywki nie pozostawiają już jednak cienia złudzeń, a przed ostatnią kolejką były napastnik Burnley nadal ma realne szanse, aby stać się pierwszym w historii królem strzelców Premier League przywdziewającym barwy Southampton. Wszyscy zachwycają się jego prawą nogą, z której strzelił ponad połowę swoich goli w tym sezonie, ale on sporo zawdzięcza również swojej dziewczynieAnastacii. To ona przekonała go do ćwiczeń pilates, dzięki którym jest bardziej rozciągnięty i nie odczuwa dyskomfortu pod kolanami. Dodatkowo, jego diety pilnuje prywatny kucharz, dzięki czemu w piątkowy wieczór może pozwolić sobie nawet na kawałek ulubionej szarlotki.  

Gole strzelał w tym sezonie niemal w każdy możliwy sposób. Korzystał choćby z głupich błędów bramkarzy (przykładem pomyłki Adriana z Liverpoolu i Llorisa z Tottenhamu) i obrońców (Nakamba z Aston Villi, Kelly z Crystal Palace), co było efektem powrotu do dobrej formy psychicznej. – Tłumaczyłem mu, że nie może się bać o zdrowie, tylko cały czas musi naciskać obrońców. Tak jak to robił kiedyś w Burnley za Seana Dyche’a. Dzięki temu, że szedł do końca, zdobył kilka goli – opowiadał trener Southampton Ralph Hassenhuttl.

Anglik potrafił jednak również przerzucić piłkę nad Tobym Alderweireldem i wpakować do bramki w stylu Paula Gascoigne’a z EURO 1996. Najczęściej próbuje on natomiast podkręcać futbolówkę w boczną siatkę, co sprawia, że jest ona często poza zasięgiem bramkarza. Nieprzypadkowo również Ings jest w czołówce rankingu zawodników, którzy trafiali w tym sezonie w słupek albo poprzeczkę. Większość ze swoich goli zdobył na wyjeździe, gdzie często ma więcej przestrzeni w okolicach pola karnego, gdyż zespoły nie bronią tak głęboko, jak wtedy, gdy przyjeżdżają na St. Mary’s Stadium. Taktyka Świętych opiera się na dużej liczbie przejęć piłki, a dzięki temu Ings może wykorzystać niepoczytalność rywali. A mówimy o nie byle jakich zespołach, bo 28-latek trafiał w tym sezonie przeciwko wspomnianym Tottenhamowi i Liverpoolowi, ale również Chelsea i Arsenalowi. Od początku poprzedniego sezonu tylko Sergio Aguero ma więcej goli w meczach przeciwko TOP6.  

Przebywając blisko domu rodzinnego odzyskał radość z gry na tyle, że nauczył się grać na gitarze piosenki Eda Sheerana. Oczywiście wychodzi mu to gorzej niż strzelanie goli, ale kto by się przejmował. W reprezentacji Anglii licznik jego występów zatrzymał się na jedynce tylko dlatego, że nadeszła pandemia koronawirusa i w tym roku nie odbyły się mecze. Gareth Southgate ma go bowiem w swoim notesie, a wśród komentatorów coraz bardziej znaczące są głosy nawołujące do powołania na EURO 2020.

– Jeśli utrzyma formę, może go czekać turniej na miarę Toto Schillaciego czy Diego Forlana – mówił w styczniu były świetny napastnik Arsenalu Ian Wright. Oczywiście, EURO zostało przełożone, ale dlaczego po takim sezonie należałoby to rozpatrywać jako problem? W przeciwieństwie do Vardy’ego napastnik Southampton nie zrezygnował z występów w kadrze i jest jeszcze przed trzydziestką. Nadal spokojnie może więc marzyć o pozycji nr 2 w ataku tuż za kapitanem kadry Harrym Kanem. Po tylu przejściach kolega klubowy Jana Bednarka wśród kibiców na pewno znajdzie wielu zwolenników, a jego historia zdecydowanie może być inspiracją dla wszystkich poszukujących światełka w tunelu.  

WOJCIECH PIELA

fot. Newspix

Opublikowane 25.07.2020 14:45 przez

Wojciech Piela

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 2
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Thiaguinho
Thiaguinho

„niepoczytalnosc rywali”??? Chyba nieporadnosc panie autorze

Zawisza Czarnecki
Zawisza Czarnecki

Ładne.

Weszło
03.12.2020

PRASA. Grosicki: Nie narzekam, nie gadam za czyimiś plecami

Czwartkowa prasa nie rzuca nas na kolana. Jest rozmowa z Michałem Żewłakowem o Tomaszu Frankowskim, Erik Janża opowiada o koronawirusie, Krzysztof Brede traci cierpliwość do swoich zawodników, a Kamil Grosicki nie narzeka i robi swoje.  PRZEGLĄD SPORTOWY By zachować jakiekolwiek szanse na awans, Lech Poznań musi w Lizbonie pokonać Benfikę. Oczywiście nawet wtedy dwie wygrane […]
03.12.2020
Weszło
03.12.2020

Nie żartujmy z awansem. Do Lizbony po dobry mecz

Dziesięć lat temu o tej porze Lech podejmował Juventus w trzaskającym mrozie i śnieżycy. Pomarańczową piłką – na kolejkę przed końcem – zapewnił sobie awans z grupy śmierci Ligi Europy. Dzisiaj też Kolejorza czeka hitowy mecz. Rywal więcej niż godny. Ale niestety brak śniegu w Lizbonie nie będzie jedyną różnicą. Szanse na awans niby są, […]
03.12.2020
Weszło
02.12.2020

Węgierski spacerek Barcelony. 3:0 i na lotnisko

Siergiej Rebrow nie uważa, by najlepszą obroną był atak. Szkoleniowiec Ferencvarosu przeciwko Barcelonie, która wystąpiła dziś w eksperymentalnym składzie, postanowił ustawić zespół ultradefensywnie. Pięciu obrońców, maksymalnie zagęszczony środek pola miało być receptą na uniknięcie porażki z utytułowanym rywalem. Na zespole z Katalonii nie zrobiło to żadnego wrażenia. Błyskawicznie skarcili asekuranctwo i brak odwagi ze strony […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Opowieść kilku klepek i jednego padolino

Wszystko, co najlepsze i najciekawsze rodziło się, kiedy ofensywnym piłkarzom Borussii załączał się tryb przyspieszony. Kiedy wrzucali ten piąty bieg, pozwalający im na poklepanie, na jeden kontakt, bez zatrzymywania, jak po sznurku, do przodu. Każde zagrożenie pod bramką Pepe Reiny powstawało właśnie z tego. I trzy strzały Thorgana Hazarda, i niecelny strzał obok prawego słupka […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Dynamo nie poddało się bez walki, ale i tak przyjęło trójkę od Juventusu

W grupie G najważniejsze rozstrzygnięcia oczywiście znamy nie od dziś – FC Barcelona i Juventus FC zagrają w fazie pucharowej Ligi Mistrzów, a Dynamo Kijów powalczy z Ferencvarosem o miękkie lądowanie w Lidze Europy. Bez sensacji. Dzisiaj piłkarze „Starej Damy” pokonali Ukraińców 3:0, więc z pozoru również i rezultat tego meczu wskazuje, iż faworyt zwyczajnie […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Chcieliście zostawić Freda, teraz Fred zostawił was

Wiedzieli o tym komentatorzy. Wiedzieli telewidzowie. Obstawiamy, że wiedzieli o tym wszyscy rezerwowi na ławce Manchesteru United. Cały świat piłki nożnej po 45 minutach w wykonaniu Freda był pewny – skoro sędzia oszczędził go po sytuacji, w której było o włos od czerwonej kartki, to w drugiej połowie każdy jego błąd może być śmiertelny. Wydawało […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Maradona, magazyny ligowe i magazyn Ligi Mistrzów. Czwartek w Weszlo.FM

W czwartek w Dwójce bez sternika przywitają was Kamil Gapiński i Monika Wądołowska. Temat poranka zdominuje Liga Mistrzów, nowy trener w Wiśle Kraków, a także wizyta Iwony Niedźwiedź w naszym studiu z okazji rozpoczynających się Mistrzostw Europy kobiet w piłce ręcznej. Monika i Kamil będą z wami do 10! Po poranku stery radia przejmie Dariusz […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Peter Hyballa nowym trenerem Wisły Kraków

Pięć krajów w CV – od Namibii po Słowację. Kilkanaście klubów w karierze, od młodzieżówki Bayeru Leverkusen po DAC Dunajską Stredę. Peter Hyballa na pewno widział w świecie piłkarskim wiele. Pytanie, jak to doświadczenie będzie się miało do Ekstraklasy, gdzie trenerzy z pięknymi życiorysami nie zawsze mają drogę usłaną różami. Jedno jest pewne: Wisła Kraków […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Karne śmiechu Stali dają awans Piastowi

Nie podejrzewamy mielczan o to, żeby im obrzydł Puchar Polski. Ale gdybyśmy podejrzewali, zarówno karny Maka w okolice orbity Marsa, a także Gliwa jako piąty strzelec (!) podający pod nogi Placha, byliby argumentami pod paliwo teorii spiskowej. Tej jednak kuć nie zamierzamy: ten mecz był dokładnie tym, czego spodziewać się po pucharowym meczu Stali Mielec […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

To była definicja ligowego paździerzu

Można narobić na środek dywanu, wystawić go w galerii, dorobić głęboki przekaz i nazwać sztuką. Są dziś ludzie, którzy potraktują taką deklarację całkiem poważnie i nawet zapłacą jakieś pieniądze, żeby to wspaniałe dzieło oglądać. A może nawet ktoś je kupi i wstawi sobie do salonu. Można też zagrać jak dziś Wisła Płock z Pogonią Szczecin […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Lech ściąga Szweda. Karlstroem jednak nie zastąpi Modera

Jesper Karlstroem podpisał właśnie kontrakt z Lechem, który wejdzie w życie 1 stycznia. Kolejorz – z tego co słyszymy – zapłacił za Szweda około 700 tysięcy euro, a w grę wchodzą jeszcze potencjalne bonusy. Teoretycznie Karlstroem zastąpi zimą Jakuba Modera, który najprawdopodobniej trafi już na stałe do Brighton, ale to pomocnik zdecydowanie bardziej defensywy. Bardziej […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Geniusz życia. Sekret niezwykłości Edinsona Cavaniego

Ma na koncie miliony, a do rodzinnej miejscowości w departamencie Salto tłukł się kilka godzin w zatłoczonym busie w środku zimy. Ścina trawę z kosą w ręku. Strzyże owce. Po nocach chodzi z ojcem na polowania. Pasjonuje się rolnictwem. Studiuje agronomię. Spędza godziny na łowieniu ryb. Ćwiczy balet. Czyta Biblię. Piłkarzem jest świetnym, prawdopodobnie jednym […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Rybus z Łowicza, który nie stał się ligowym dżemem | KOPALNIE TALENTÓW

Nie będzie chyba specjalnie naciąganą teza, według której Maciej Rybus jest jednym z najbardziej niedocenianych reprezentantów Polski. Gdy widzi się Rybusa w składzie kadry, jego obecność jest przyjmowana raczej z rezerwą. Może gdzieś w okolicach 2008 roku, gdy „straszyliśmy” Żurawskim w Larisie, czy Golańskim ze Steauy, byłoby inaczej, ale dziś w erze Juventusów i Bayernów, […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Bartosz Kapustka wreszcie daje sygnały, że może odpalić

Gdy Bartosz Kapustka wracał do Legii, wątpliwości było sporo. Powracał do ESA ewidentnie na tarczy, na odbudowę, a w Legii nigdy tego czasu na odbudowę piłkarzy wiele nie ma, trzeba ciągle robić wynik. Gdyby patrzeć po marce, to jasne, w Polsce wciąż ją miał. Ale gdyby spojrzeć na pozycję w klubie, to za nim były […]
02.12.2020
Włochy
02.12.2020

Gianni Agnelli – ostatni król Włoch

Gianni Agnelli, swego czasu najbogatszy i najpotężniejszy człowiek we Włoszech, był uzależniony od adrenaliny. Nieustannie kusił los, mawiając: – Są różne sposoby, by umrzeć. Śmierć w wypadku nie wydaje mi się wcale najgorsza. Uwielbiał wyskakiwać ze swojego prywatnego śmigłowca wprost do morza, szokując tłumy gapiów. Po stokach narciarskich śmigał w takim tempie, jak gdyby był […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Szachtior Soligorsk mistrzem Białorusi. „Wielkie BATE się skończyło”

Zielona piłkarska wyspa w erze koronawirusa, futbol w cieniu antyrządowych protestów i kolejne zaskakujące rozstrzygnięcia na mecie rozgrywek – sezon 2020 w białoruskiej ekstraklasie będzie z pewnością jednym z najbardziej pamiętnych. Po piętnastu latach po tytuł sięgnął Szachtior Soligorsk, a BATE Borysów drugi raz z rzędu zostało największym przegranym. Przyglądamy się uważniej wydarzeniom za naszą […]
02.12.2020
Weszło
02.12.2020

Zima zaskoczyła ligowców. „Walkowerów nie będzie. Chcemy grać w tym roku”

Grudzień, godz. 12, mecz pierwszej ligi na stadionie, który nie dysponuje podgrzewaną murawą. Co może pójść nie tak? Wszystko. Pierwszoligowcy znów muszą przekładać spotkania, lecz tym razem nie z powodu koronawirusa, czy meczów reprezentacji. Teraz grać się nie da, bo boisko bardziej przypomina betonową arenę przy szkole niż stadion piłkarski. Mróz na południu Polski sprawił, […]
02.12.2020
Blogi i felietony
02.12.2020

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Od razu ostrzegam – nie będzie o piłce, przynajmniej nie bezpośrednio, proszę nie składać reklamacji, po wczorajszym meczu z Miedzą nie zdobędę się na futbolowe wyznania. W 2010 roku warszawski raper Proceente nagrał album „Dziennik 2010”, zamieszczając przy jego promocji informację, że jego bezpośrednią inspiracją był „Dziennik 1954” autorstwa Leopolda Tyrmanda. To wtedy po raz […]
02.12.2020