post Avatar

Opublikowane 06.05.2020 14:35 przez

Kamil Gapinski

Triathlonowy mistrz świata i Europy na dystansie olimpijskim w kategorii M-40. Brat… mistrza olimpijskiego w pięcioboju nowoczesnym. Niedoszły pływak i piłkarz wodny. Obecnie kierowca wycieczkowego autobusu w Norwegii. Dariusz Czyżowicz to prawdziwy oryginał, który ma do opowiedzenia wiele ciekawych historii. Zapraszamy do lektury.

Czuje się pan nieco zapomniany przez środowisko triathlonowe w Polsce? Kiedy pytałem kilku znajomych amatorów o Darka Czyżowicza, nie bardzo wiedzieli kto to…

Wiesz, ja już dosyć długo nie startuję, więc nie ma się co dziwić, że jest o mnie ciszej. Ostatnio na poważnie trenowałem gdzieś tak w 2012, 2013 roku. Wtedy ludzie mnie rozpoznawali na imprezach, a Jurek Górski co chwilę dzwonił i zapraszał na te słynne zawody legend. Ciekawe, że akurat gdy skończyłem się ścigać, rozpoczął się boom na triathlon w Polsce.

Dlaczego przerwał pan karierę?

Zerwałem ścięgno Achillesa, a jakiś czas potem wyjechałem za granicę. Mieszkam w Norwegii, pod Oslo, dokładnie dwanaście kilometrów od miasta. Żyje mi się dobrze, czuję się jak u siebie, chociaż oczywiście brak mi rodziny i kolegów.

Wyjechał pan, by lepiej zarabiać?

Tak. Przez 25 lat prowadziłem w Szczecinie małą gastronomię, do tego byłem trenerem w klubie sportowym. Pewnego dnia przyszło z ZUS-u wyliczenie na podstawie którego okazało się, że będę miał około tysiąca złotych miesięcznie emerytury. Uznałem, że mi się to nie podoba, że chcę na starość dostawać godne pieniądze. Dlatego momentalnie spakowałem walizki.

Prezes klubu, w którym pracowałem w Polsce, przyjeżdżał do Norwegii na lato w celach zarobkowych. Miał tam kontakty, więc pomógł mi znaleźć robotę. Pracowałem na magazynie w sieci spożywczej Coop, a później rozwoziłem też towar sieci mleczarskiej Tine. Obecnie, od roku, jestem kierowcą wycieczek po Oslo. Zwiedzamy skocznie i inne atrakcje. Prowadzę piękny autobus, uwielbiam to. Podobnie jak kontakt z ludźmi. Amerykanie, Niemcy, Hiszpanie – poznaję ich naprawdę wielu. A właściwie to poznawałem, bo jak wiesz sezon turystyczny stanął…

Jest takie powiedzenie „starych drzew się nie przesadza”. Pan wyjeżdżał z Polski jako dojrzały mężczyzna, ciężko było wtedy odwrócić życie do góry nogami?

Z jednej strony tak, z drugiej miałem już trzy dorosłe córki, więc uznałem, że skoro dzieci są odchowane, można spróbować. Oczywiście trochę smutno, że nie widzimy się tak często, jakbym chciał, ale dramatu nie ma. Wpadam do kraju mniej więcej piętnaście razy na rok. Żona, nauczycielka, też do mnie przyjeżdża. Mam nadzieję, że niedługo wrócę na stałe do Polski. Cztery lata temu postawiłem dom, właśnie dzięki kasie zarobionej w Norwegii. Chciałbym jeszcze zdążyć się nim nacieszyć. Pochwalę się też, że niedawno zostałem dziadkiem, który chce na własne oczy zobaczyć, jak dorasta wnuczka!

Na Facebooku widziałem, że zdarza się panu czasem w tej Norwegii ćwiczyć.

Tak, podjeżdżałem ze dwa razy rowerem na skocznię Holmenkollen, kręcę też w okolicach Oslo, ale to nie jest łatwy teren do jeżdżenia. Sporo tam pagórków, więc w związku z tym, że systematycznie nie trenuję, muszę robić długie przerwy podczas takich wypraw (śmiech). Choć ostatnio trochę się poprawiłem, w poprzednim tygodniu zrobiłem ze 300 kilometrów, więc wstydu nie ma. Gorzej jest z bieganiem, jak tylko próbuję coś zrobić, odzywają się stare kontuzje, choćby te kolan.

Swoją przygodę ze sportem zaczynał pan natomiast od pływania.

Tak, ale nie byłem wybitny, dlatego po pięciu latach wyrzucono mnie ze Stali Stocznia Szczecin. Klub postanowił zostawić tylko finalistów i medalistów MP juniorów. Uznano, że w pozostałych nie ma sensu inwestować czasu i pieniędzy, dlatego 70% pływaków zostało skreślonych. Ale że cały czas lubiłem sport na basenie, to zacząłem uprawiać piłkę wodną.

O, tam to się odnalazłem! Czułem się znakomicie, niestety po trzech latach ten klub, a była to Arkonia, zlikwidowano. Czasy komuny, brakowało pieniędzy, stąd taka a nie inna decyzja. Szkoda, miałem do tego smykałkę. Zdobyłem króla strzelców na poważnym turnieju, powoływano mnie też do kadry juniorów.

Z tego, co słyszałem, trenowanie piłki wodnej to piekielnie trudna sprawa.

Prawda. Trzeba mieć budowę kulturysty, a do tego jeszcze świetnie pływać. Ja nie jestem za duży, musiałem ostro walczyć o swoje. A musisz wiedzieć, że pod wodą dzieją się czasem cuda. Kiedy bulgocze, to nic nie widać, wtedy rywale sprzedają sobie kopniaki czy uderzenia łokciem, albo podciągają nawzajem majtki. Sędziowie nie byli wtedy w stanie na bieżąco wychwycić wielu rzeczy, więc za każdym razem, gdy wychodziłem z basenu, wyglądałem jak po bijatyce.

Po czymś takim triathlonowa „pralka” raczej nie jest człowiekowi straszna!

Masz rację. W jeziorze na zawodach zawsze czułem się fenomenalnie. Kiedy prowadzisz piłkę w basenie, cały czas musisz mieć głowę nad wodą, żeby zmierzać w dobrym kierunku. To podstawa. Dzięki temu podczas zawodów triathlonowych doskonale kontrolowałem, gdzie jest boja, nie zwiedzałem akwenu, jak inni zawodnicy, tylko płynąłem z reguły najkrótszą linią. Dawałem radę rywalizować z najlepszymi pływakami-triathlonistami w Polsce.

Kiedy i jak odkrył pan triathlon?

W 1984 roku, zupełnie przypadkowo. Kolega kupił zagraniczną gazetę w „KMPiK-u”, przeczytaliśmy o tej dyscyplinie i pomyśleliśmy, że to coś dla nas. Potem pewnego letniego dnia dowiedziałem się, że w Pyrzycach we wrześniu organizują zawody. Akurat pracowałem na Jeziorze Głębokim jako ratownik, więc z treningami pływackimi nie było problemu, z biegowymi też nie – zasuwałem wokół niego. Gorzej z kręceniem, ja po prostu… nie miałem roweru. Na szczęście we wspomnianej Arkonii była sekcja kolarska, więc poprosiłem byłego trenera, żeby załatwił dwa kółka. Udało się, ale przygotowania były śmieszne. Łącznie przejechałem na tym nich z 10-15 kilometrów. Po czymś takim wystartowałem w pierwszych zawodach, jako 21-latek.

Lista startowa była konkretna, znajdował się na niej chociażby Andrzej Mąkowski. Nie wiem, czy wiesz kto to, jeśli nie, to informuję, że wicemistrz świata amatorów w przełajach, więc naprawdę potrafił jeździć na rowerze.

Jak panu poszło?

Od samego początku było ciężko. Woda była piekielnie zimna – przypominam, że to był zaawansowany wrzesień – miała z 10 stopni. Na szczęście skrócili pływanie z dwóch do jednego kilometra. Ale i tak bolało. Wskoczyłem do wody i poczułem się, jakby ktoś mnie ścisnął w imadle. Oczywiście nikt nie miał wtedy pianki, więc jak wyszedłem z wody, to czułem się jakbym był pijany, przewracałem się. Nie ja jeden zresztą, wspomnianego Andrzeja musieli wypchnąć na rowerze, bo sam nie był w stanie ruszyć (śmiech).

Na etapie kolarskim wyprzedzało mnie bardzo dużo ludzi. Czułem się przy nich jak pociąg PKP z ciuchcią przy TGV. Na biegu było lepiej. Mijam jednego gościa, drugiego, mijam kolejnego, podaję mu rękę, gratuluję udziału w zawodach, i lecę dalej. Momentami stawałem, potem przyspieszałem. Ostatecznie okazało się, że… wygrałem te zawody. Na mecie miałem strasznie poobcierane stopy, krwawiły, od razu posadzono mnie na wózek inwalidzki. Ja biegłem wtedy w nie swoich butach. Pożyczyłem je od mojego brata Maćka. Nie chce się chwalić, ale muszę tu wspomnieć, że to mistrz olimpijski w pięcioboju nowoczesnym (W Barcelonie wygrał zawody drużynowe, razem z Arkadiuszem Skrzypaszkiem i Darkiem Goździakiem – przyp. KG).

Wymarzony początek.

Tak, wtedy stwierdziłem, że triathlon to jest coś dla mnie. Utwierdziłem się w tym przekonaniu w 1985 roku, kiedy wygrałem kolejne zawody, tym razem właśnie na Głębokim. Nad drugim rywalem miałem z pięć minut przewagi. W lokalnych gazetach ogłoszono, że jestem królem triathlonu (śmiech). Generalnie stałem się trochę lokalnym celebrytą, nawet na dyskoteki wpuszczano mnie za darmo! To wszystko strasznie mnie dowartościowało, poczułem się kimś ważnym.

W Polsce przez lata startował pan na wysokim poziomie „Jak zaczynałem się ścigać, to pamiętam, że Darek przeważnie pierwszy wychodził z wody. Był tak szeroki w barkach, że zazwyczaj mieściło się nas dwóch juniorów za nim”. Tak wspomina cię już z XXI wieku – przepraszam, pana – czołowy polski triathlonista Marcin Ławicki.

Mów mi na „ty”, spokojnie! Małe środowisko, wszyscy się lubimy, nie widzę problemu, żebyś się tak zwracał.

Nie brakowało wtedy młodych wilków, którzy chcieli mnie złoić! Marcin, Mateusz Kaźmierczak, Filip Szołowski, Marcin Florek – no starali się chłopacy na maksa. Walczyłem z nimi jak mogłem, potem śmiesznie wyglądało, jak ktoś spojrzał w czołówkę klasyfikacji generalnej wyścigu. Byli tam dwudziesto i dwudziestopięciolatkowie i ja, czterdziestoletni chłop. Na biegu od nich odstawałem, to fakt, ale na pływaniu czy rowerze szliśmy równo. Kiedyś byłem nawet zły na Szołowskiego, że siedział mi na kole. To przecież młody, a nie stary powinien ciągnąć grupę! (śmiech).

Ja miałem takie podejście, że w każdym starcie leciałem na maksa. Nie umiałem olewać wyścigów. Uważałem, że nazwisko zobowiązuje, nie może być tak, żeby Czyżowicz był gdzieś dalej, to byłaby ujma, ludzie mówiliby, że się kończę.

Za swój najlepszy wynik w kraju uważam wicemistrzostwo Polski na olimpijce, z 2001 roku. Miałem już wtedy 38 lat, wyprzedził mnie tylko Bogumił Głuszkowski.

Dwa lata później na tym samym dystansie zostałeś mistrzem Europy w kategorii M-40.

W Karlowych Warach było niesamowicie. Wszystkie kategorie wiekowe wystartowały wtedy razem, od dziewiętnastolatków do ludzi koło osiemdziesiątki. Zanim doszło do startu, okazało się, że age grouperzy mogą wystąpić w piankach. Wcześniej mówiono, że jest zakaz, więc nie wziąłem swojej z mieszkania. Miałem do niego z pięć kilometrów, wszystkie drogi wokół były zamknięte, ruszyłem biegiem. Zgrzałem się niesamowicie, ale przytargałem tę piankę na start. Zakładałem ją potem z dziesięć minut, na spocone ciało to ciężko wchodzi.

Potem wpadam na metę, patrzę a tam szarfa! Czyli jestem pierwszy nie tylko w swojej kategorii, ale też pośród wszystkich age grouperów. Pomogła mi trasa w Czechach. Sporo było jazdy pod górkę, bardzo lubiłem takie warunki.

Następnym krokiem miały być mistrzostwa świata w Nowej Zelandii. Ciężko było znaleźć sponsorów, ale w końcu się udało. Zafundowali mi bilet, poleciałem. Jak tam było pięknie! Woda w jeziorze była turkusowa. TUR-KU-SO-WA! Niesamowite, a tak poza tym to startowaliśmy w Mikołaja, 6 grudnia.

Nie był to udany występ, zająłeś dopiero jedenaste miejsce w kategorii.

Po wszystkim czułem wściekłość. Przecież stać mnie było na lepszy wynik. Niestety, za ostro pojechałem rower, to był zresztą mój częsty błąd. Zajeżdżałem się, a potem płaciłem za to na biegu. W Nowej Zelandii było podobnie. Po zdobyciu mistrzostwa Europy potraktowałem to jako porażkę. Obiecałem sobie, że na kolejnych mistrzostwach, na Maderze, będzie lepiej.

I było, zostałeś mistrzem świata kategorii M-40.

Tak, ale zanim do tego doszło nieźle załatwiłem się na pływaniu. Strasznie zachłysnąłem się wodą, zresztą bardzo słoną i brudną. Potrzebowałem z pół minuty, żeby dojść do siebie, musiałem w tym czasie płynąć żabką. Potem na szczęście złapałem swój rytm.  Na rowerze wyprzedzałem wszystkich. Niby każdy jechał pod górę, ale ja tego w ogóle nie czułem, zasuwałem jak po prostej.

Przyszedł czas na bieg. Często męczyłem się na tym etapie, a tu szło znakomicie. Miałem tyle energii, że nogi nie nadążały mielić, frunąłem. W końcu wpadam na metę, a tam spiker mówi, że jeszcze czekają na pierwszego z mojej kategorii. Przejąłem mikrofon i mówię mu: już jest pierwszy, to ja, Dariusz Czyżowicz!

Po wszystkim żałowałem, że na trasie nie dopingował mnie prawie żaden Polak. Była tylko Ewa Dederko ze swoim chłopakiem, poza tym cisza.

Po powrocie do kraju musiało się o tobie zrobić dosyć głośno.

Tak, znaleźli się nawet sponsorzy, którzy mówili, że pomogą przygotować się do Ironmana. Ja wcześniej w ogóle nie myślałem o tym dystansie, ale uznałem, że skoro powiedziałem A, to muszę powiedzieć B. Wziąłem się za przygotowania, ktoś może dziś powiedzieć, że amatorskie. Nie było wtedy szans, żeby zimą pojechać w ciepłe kraje, musiałem non stop doglądać biznesu. Mój plan dnia wyglądał tak: wstawałem koło 3-3.30 i robiłem catering dla firm, kanapki. O 6 starałem się już być na treningu pływackim z klubem, który prowadziłem. Czasem z nimi pływałem, czasem nie. Potem leciałem do roboty. Przygotowywałem knajpę do otwarcia, od 10 przejmowali ją pracownicy, a ja jechałem na trening rowerowy. Następnie trzeba było zrobić w Makro zakupy, po nich szedłem na obiad i na bieg. Po biegu wracałem do baru, żeby zamknąć koło 22. I tak dzień w dzień.

Masakryczne tempo życia.

Trochę się nim wykończyłem, nie pomogło też to, że źle się odżywiałem. Hamburgery, frytki – często jadłem właśnie to, co sam sprzedawałem, popijając colą. Tak było najszybciej.

Na tej diecie „doleciałeś” jednak na Hawaje, gdzie wystartowałeś na kultowych MŚ na dystansie Ironman.

Zaraz, najpierw był Frankfurt i mój debiut na pełnym dystansie!

Opowiadaj.

1700 osób i wszyscy startują razem, amatorzy i zawodowcy! Nie ma podziałów na elitę i tych gorszych, tak zwany dodatek. Super sprawa, tak właśnie okazuje się sportowcom szacunek.

Nie chwaląc się, po pływaniu wyszedłem z wody piąty. To był dla mnie szok, zawodowcy zaczęli mnie dopiero wyprzedzać na rowerku. Zdziwieni byli też koledzy, którzy oglądali w niemieckiej telewizji te zawody i nagle zobaczyli, że Dariusz Czyżowicz jest w czołówce! Miałem chyba czas 48:57, no był to dość dobry wynik.

Potem był cudowny rower: pagórki, kibice z dzwonkami, czułem się jak na Tour de France. Startowałem jeszcze chyba w sześciu Ironmanach, ale właśnie tego wspominam najlepiej. Perfekcyjna organizacja!

Tak mi się spodobało, że… na biegu zapomniałem zdjąć kasku (śmiech). Zrzuciłem go z głowy dopiero po kilometrze, wzięły go dzieci Roberta Stępniaka, który razem ze mną wywalczył kwalifikacją na Konę. Ostatecznie byłem dziesiąty w kategorii, wtedy na Hawaje wchodziło chyba 21. najlepszych. Imprez nie było tak dużo, dlatego tak to wyglądało, nie wymagano miejsca w piątce, żeby złapać slota.

Na Hawajach spaliśmy z Robertem w małżeńskim łożu! Tak to załatwiłem, żeby było taniej. Znalazłem jakiegoś Polonusa przez internet, on nam pomógł. Cudownie wspominam ten wyjazd. Codziennie taka sama pogoda, za dnia słoneczko i 30 stopni, a wieczorkiem, o 16-18, zaczyna się chmurzyć i padać deszcz. Raj!

Ten pierwszy występ, podobnie jak w Nowej Zelandii, ci nie wyszedł.

Powiem szczerze: żaden Ironman nie poszedł mi dobrze. Pewnie przez ten rower, pewnie swoim zwyczajem jeździłem za szybko. Jak już się rozpędziłem, to nie mogłem zwolnić! (śmiech). Potem mówiłem każdemu znajomemu triathloniście: „Nie podpalaj się na odcinku kolarskim! Jedź tak, żebyś czuł, że poruszasz się za wolno. Miej zapas, inaczej na biegu będzie kaplica.” Na tych Hawajach byłem gdzieś koło 130. miejsca w kategorii. Za daleko, zdecydowanie za daleko, porażka! Ale chociaż zobaczyłem Ali’i Drive i napiłem się pysznej kawy w knajpie Lava Java. Kultowe miejsce!

Braku wysokiego miejsca na Hawajach żałujesz najbardziej?

Szkoda, że w cyklu Ironman nie było jakiegoś pudła na mistrzostwach świata. Pamiętam, że w 2009 roku wygrałem w kategorii połówkę w St. Poelten i zakwalifikowałem się na MŚ. Myślałem, że tam sięgnę po złoto, ale popełniłem duży błąd – mało jadłem na trasie, to mnie zgubiło. A szkoda, po pływaniu i po rowerze prowadziłem, ale na biegu umarłem. Po dziesiątym kilometrze zacząłem iść i szanse na wygraną prysły. Mimo to byłem bodaj ósmy, więc wyobraź sobie, którą pozycję bym zajął, gdybym nie spacerował.

Miałem warunki do tego, żeby w poważnych zawodach być wysoko. Moje tętno spoczynkowe wynosiło koło 30. Gdy spałem, żona zawsze bała się przykładać ucho do serca, bo myślała, że nie żyję. Czasem zaczynała uderzać mnie pięścią i mówiła: „niech ci to serce zacznie bić!”.

Gdybym miał rok spokoju, nie musiał tak ciężko pracować, gdybym w tym czasie wyjechał na jakieś Wyspy Kanaryjskie, to przygotowałbym się tak, żebym wygrywał. Szkoda, ale co poradzić? Trzeba było rodzinie zapewnić godne warunki życia, to jest przecież najważniejsze.

ROZMAWIAŁ KAMIL GAPIŃSKI

Fot. Archiwum Darka Czyżowicza.

Opublikowane 06.05.2020 14:35 przez

Kamil Gapinski

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 4
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Gość
Gość

bardzo fajny wywiad 🙂

Runtomek
Runtomek

mega wywiad, mega człowiek i jego historia niezwykle motywująca ! dużo bardziej niż jakieś wspominki mo Faraha czy Bolta nic im nie ujmując 🙂

Gość
Gość

fajny wywiad. super człowiek , bardzo skromny

stanisław
stanisław

Byliśmy razem na Maderze i nawet spaliśmy w jednym łóżku i była między nami jeszcze jedna osoba.

Anglia
15.01.2021

Umarł król, niech żyje król. Wayne Rooney nie jest już piłkarzem, ale jest trenerem

Od czasu zwolnienia Phillipa Cocu w listopadzie 2020 roku, Derby County nie miało stałego trenera. Holender nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań – klub niebezpiecznie krążył nad strefą spadkową, a były piłkarz Barcelony wykręcił słabą średnią 1.25 punktu na mecz. Żegnano go bez większego żalu, ale jednocześnie nie sądzono, że bezkrólewie potrwa aż dwa miesiące. […]
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

Zorro spod Fontanny di Trevi

Kiedy Paulo Fonseca wrzucał monetę do Fontanny di Trevi z życzeniem, żeby jeszcze wrócić do Rzymu, nie wiedział, że za kilka lat obejmie drużynę Romy jako jeden z najbardziej obiecujących trenerów młodego pokolenia. Karierę szkoleniową zaczynał na fali wielkości Jose Mourinho, ale długo kontestował jego filozofie. Z braku pieniędzy na szkolnych balach kostiumowych przebierał się […]
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

Afera w Niemczech: piłkarze chodzą do fryzjera

Niemiecki związek zawodowy fryzjerów napisał list do DFB, w którym potępia to, że piłkarze Bundesligi mają przystrzyżone włosy. Tak, dobrze przeczytaliście. Fryzjerzy. Potępiają piłkarzy. Za przystrzyżone włosy. I piszą z tego powodu oficjalny list do DFB. Choć na pierwszy rzut oka w Bundeslidze rozgrywa się właśnie kuriozalna afera, to po zajrzeniu w nią głębiej trudno […]
15.01.2021
Blogi i felietony
15.01.2021

Superpuchar Hiszpanii poziomem przypomina polską pierwszą ligę

Nie mam zamiaru iść z kijem na czołgi, kasa w futbolu jest potrzebna, kto twierdzi inaczej albo zazdrości, bo sam nigdy nie ma pieniędzy, albo jest głupi. Gdyby nie pieniądze, futbol nie rozwijałby się tak szybko, poziom nie rósłby w równie imponującym tempie, gdyż jednak łatwiej wyszkolić dobrego zawodnika w zajebistej bazie niż na kartoflisku […]
15.01.2021
Włochy
15.01.2021

Czy to już dobry moment, aby Drągowski wykonał kolejny krok do przodu?

Dwa lata temu kariera Bartłomieja Drągowskiego znalazła się na poważnym zakręcie. Choć kilkukrotnie w następstwie różnych przyczyn wskoczył do składu Fiorentiny, to nie zdołał wykorzystać swoich szans. Efekt? Wypożyczenie ostatniej szansy do broniącego się przed spadkiem Empoli. Polski bramkarz ostatecznie nie uratował ich przed degradacją, ale dzięki kapitalnymi występom, w następnym sezonie stał się podstawowym […]
15.01.2021
Włochy
15.01.2021

Zaczynał w Romie, pokochał Lazio. Pięć mgnień Angelo Peruzziego

Trzeba przyznać, że Angelo Peruzzi już na pierwszy rzut oka wyglądał jak bramkarz. Konkretnie – bramkarz, który w weekendy stoi przy wejściu do nocnego lokalu we Władysławowie i pilnuje, by nikt nie wnosił do środka wódki, kupionej po taniości w okolicznym sklepie monopolowym. Krępy, nabity mięśniami, potrafiący odstraszyć napastnika z pola bramkowego samym spojrzeniem. No […]
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

Skoki narciarskie bez podatku przez cały weekend eWinner!

Gotowi na weekend ze skokami narciarskimi z Pucharem Świata w Zakopanem w roli głównej? Jeśli tak myślicie, to na pewno znacie już promocję eWinner, który oferuje nam grę bez podatku przez cały weekend! A jeśli nie znacie to najwyższy czas nadrobić zaległości. Bo przed nami kilka dni narciarskiego szaleństwa w zimowej stolicy Polski. Na czym […]
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

STANOWISKO #41 – TRANSFERY LECHA, ROZBIÓR LEGII I PARADOKS KOLEWA

Gotowi na najnowsze Stanowisko? Jeśli tak, to dobrze, bo jest o czym rozmawiać (i czego słuchać). Transfery Lecha, rozbiór Legii i paradoks naszego przyjaciela, doskonałego tancerza, znawcy win – Aleksandara Kolewa. Zapraszamy. 
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

Na papierze ten transfer wygląda źle. Tim Hall w Wiśle Kraków

Wisła Kraków dokonała pierwszego zimowego transferu, ale umówmy się: nie da się nim zachwycić. Wielu z miejsca go krytykuje, inni w najlepszym razie mówią, żeby dać piłkarzowi czas i jeszcze nie przesądzać. Trudno jednak ukryć, że Tim Hall raczej nie wzbudza pozytywnych odczuć, gdy spojrzy się na jego dotychczasowe losy.  23-letni obrońca, z którym „Biała […]
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

Deleu: – W polskiej piłce brakuje luzu i radości. Denerwuje mnie ten pesymizm

– Chciałbym wszczepić dzieciom miłość do piłki, uśmiech na twarzy. Wiem po sobie, że jeśli robisz coś, co kochasz, przychodzi ci to zdecydowanie łatwiej. Oczywiście trzeba też koncentracji, ale ona nie wyklucza okazywania radości w czasie uprawiania sportu. Dzisiaj bardzo często trenerzy mówią „Zrób to, zrób tamto, nie możesz tego, skoncentruj się”. Moim zdaniem trzeba […]
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

Freebet na Puchar Świata w Zakopanem od TOTALbet!

Legalny polski bukmacher TOTALbet przygotował coś dla wszystkich fanów skoków narciarskich w Polsce! Już w ten weekend zawody Pucharu Świata zawitają do Zakopanego. To jedna z ulubionych skoczni Kamila Stocha, który zwyciężał na niej już pięciokrotnie. Najchętniej dorzuciłby zapewne kolejne triumfy do tego dorobku, bo wciąż ma szansę na triumf w klasyfikacji generalnej. A my […]
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

Derby dla Lazio? A może Mchitarjan uratuje Romę? Piątek pod znakiem włoskiego hitu

Derby della Capitale. Mecz dwóch największych zespołów Wiecznego Miasta – Lazio i Romy, od lat elektryzuje kibiców w stolicy Włoch. Ostatnimi czasy obydwa zespoły często remisowały, nie rozstrzygając kwestii dominacji w stołecznym mieście. Jak będzie tym razem? Podpowiadamy, na co warto dziś postawić, sprawdzając oferty naszych partnerów.  Lazio Rzym – AS Roma Ostatnie mecze bezpośrednie: […]
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

Legia bez Karbownika już zimą. Co to oznacza dla niej, a co dla niego?

Zgodnie z ustaleniami Michał Karbownik miał zostać w Polsce do końca sezonu. Nawet Mariusz Piekarski niedawno zapewniał na Twitterze, że „Karbo” nigdzie się zimą nie rusza. Ale potem zaczęły się plotki o tym, że Brighton skróci wypożyczenie i wyśle Polaka do lepszej ligi. Tak też jednak nie będzie. Bo – jak poinformował „Przegląd Sportowy” – […]
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

Jak Legia poradziłaby sobie w Premier League? | FOOTBAL MANAGER FICTION #4

Football Managerowych testów ciąg dalszy. Sprawdziliśmy już, jak Leo Messi poradziłby sobie w Koronie Kielce. I jak wypadałaby w Ekstraklasie drużyna złożona wyłącznie ze starych Słowaków lub z polskich młodzieżowców. Teraz czas na ekspansję zagraniczną i zweryfikowanie eksperymentu o nazwie roboczej „Legia Warszawa w Anglii”. Przerzuciliśmy legionistów do Premier League, puściliśmy dziesięcioletnią symulację i sprawdziliśmy, […]
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

PRASA. Zwoliński zastąpi Kante w Legii?

W piątkowej prasie m.in. kilka doniesień transferowych, na czele z zainteresowaniem Łukaszem Zwolińskim ze strony Legii, rozmowa z Wojciechem Stawowym, sylwetka Albina Granlunda ze Stali Mielec i echa odrzuconego wniosku władz Chorzowa o dofinansowanie budowy nowego stadionu. PRZEGLĄD SPORTOWY Bartosz Salamon już strzela dla Lecha Poznań, co dało zwycięstwo nad tureckim drugoligowcem Bandirmasporem. Przede wszystkim […]
15.01.2021
Weszło
15.01.2021

„W innych ligach skrzydłowy jedzie na obrońcę. U nas szuka się dośrodkowania”

– W Lubinie pokazano mi cały ośrodek, który robił wrażenie, był zrobiony jeszcze na świeżo. We Wronkach mieliśmy dwa boiska, dojeżdżaliśmy do Popowa na treningi, a na sztuczną murawę dojeżdżaliśmy po godzinie do Tarnowa, więc czasem trzeba było nocą wracać. A w Lubinie bursa stoi obok boiska, dlatego to wywarło na mnie wrażenie. W Lechu […]
15.01.2021
Hiszpania
14.01.2021

El Clasico w finale Superpucharu Hiszpanii? Otóż nie, z Barceloną zagra Athletic

Wczoraj z rywalizacji o Superpuchar Hiszpanii odpadł Real Sociedad. Dzisiaj z mini-turniejem pożegnał się natomiast Real Madryt. „Królewscy” nie zmierzą się zatem w finale z FC Barceloną, choć de facto byli jedynym zespołem w stawce, który coś w 2020 roku wygrał. Dzisiaj lepszy od madryckiej ekipy okazał się jednak Athletic Bilbao. Baskowie z trudem dowieźli […]
14.01.2021
Blogi i felietony
14.01.2021

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

To zabawne, jak wybiórcza jest pamięć. Pod mnóstwem względów. Dla mnie na przykład pod względem Rakowa Częstochowa. Bo choć Raków Częstochowa przez sto lat swojego istnienia w Ekstraklasie był ledwie chwilę, tak przez to, że gdy akurat wpadałem w sidła piłki w niej się znajdował, zawsze uważałem, że naturalnym ligowym porządkiem jest Raków w Ekstraklasie. […]
14.01.2021