post Szymon Podstufka

Opublikowane 11.04.2020 14:00 przez

Szymon Podstufka

Jak pewnie zdążyliście się zorientować, lubimy sobie powspominać. Pogrzebać w przebogatej historii piłki nożnej, myszkować po archiwach, dokopywać się do historii mniej lub bardziej znanych. Ale zawsze godnych opowiedzenia.

Stąd właśnie wziął się ranking 100 najlepszych piłkarzy w historii. Zdobywcy Złotych Piłek, mistrzowie świata, najlepsi na swoich kontynentach. Piłkarze, którzy odmieniali oblicze dyscypliny, wyznaczali nowe standardy gry na swoich pozycjach. Długowieczni kozacy i ci, którzy byli rozkoszą dla oczu krótko, ale piekielnie intensywnie.

Chcielibyśmy powiedzieć, że oceniliśmy ich tak obiektywnie, jak tylko się da. Tylko że w piłce tego się nie da zrobić. Można mierzyć wartość zawodnika dla dyscypliny triumfami w mistrzostwach świata. Ale czy to sprawiedliwe wobec tych, którzy rodzili się w krajach, gdzie byli jedynymi wybitnymi? Można próbować wycenić zasługi dla piłki nożnej poprzez wszelakie plebiscyty, ale choćby Złota Piłka długo ograniczała się przecież wyłącznie do Starego Kontynentu. Wgryzaliśmy się więc w historie, stosowaliśmy „test oka” i jego efektem jest poniższy ranking.

Nie uważamy, że ta kolejność jest jedyną słuszną. Przy jego powstawaniu przejrzeliśmy kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt podobnych. Z podziałem na pozycje, na kontynenty. I jeden z najważniejszych wniosków to ten, że nawet te same redakcje na przestrzeni kilku lat układały kompletnie różne od siebie zestawienia. I że gdyby nawet stworzyć ranking TOP 250, TOP 500 czy TOP 1000 będziemy mieć poczucie, że jakiegoś kozaka w nim brak. Nie mamy więc nic przeciwko, by pięknie się o ten ranking pokłócić.

Mamy jednak przede wszystkim nadzieję, że lektura całości będzie dla was dużą frajdą. Wiele wspomnianych rankingów łączyły bardzo zdawkowe opisy ich bohaterów. Dla nas to właśnie historie były najważniejsze, a nie to, czy Andrea Pirlo powinien być nad, czy jednak pod Josefem Masopustem. Choć i to zmieniło się, tak na oko, jakieś sto trzydzieści pięć razy.

100. CLARENCE SEEDORF

„Klej spajający Andreę Pirlo z Kaką” – pisał o nim „The Independent”. Clarence Seedorf był zdecydowanie jednym z najwybitniejszych pomocników w historii futbolu. A już zdecydowanie znajdował się w czołówce tych najbardziej wszechstronnych.

Ktoś powie: talizman. No bo gdziekolwiek zagrzał miejsce na dłużej niż dwa sezony, tam wygrywał Ligę Mistrzów. Pierwsze schodki do wielkiej kariery pokonał z niesamowitym Ajaksem Louisa van Gaala, przez Sampdorię trafił do madryckiego Realu, wreszcie na półtora dekady zahaczył w Mediolanie, którego stał się legendą. Ale bynajmniej nie w Interze, który był jego pierwszym klubem w tym mieście.

Jego idolem był Frank Rijkaard. Pomocnik postawił sobie więc bardzo ambitny cel. W wywiadzie dla „The Guardian” stwierdził, że poprzeczka wisiała na wysokości trzech triumfów w Lidze Mistrzów. – On wygrał te rozgrywki dwa razy, ja chciałem zdobyć Puchar Mistrzów choć o ten jeden raz więcej.

Cel udało się zrealizować w dwustu procentach, cztery razy Holender urodzony w Surinamie mógł z uśmiechem od ucha do ucha wykonywać rundę honorową z prestiżowym trofeum. A zaliczyć mu trzeba też przecież triumf numer pięć, choć Real w sezonie 1999/2000 opuścił zimą i nie uczestniczył już w drugiej części szarży po puchar.

Co go wyróżniało? To jeden z tych graczy, o których można powiedzieć bez naciągania rzeczywistości: wszystko. Szybkość? Miał ją, dzięki czemu nie było problemu, by wystąpił na przykład w roli skrzydłowego. Siła? Oj tak, wielu rywali się o tym przekonywało. Trzeba też wspomnieć o potężnym kopnięciu z dystansu, cudownych goli w karierze Seedorfa nie brak. Jak choćby ten z Atletico, kiedy z ponad czterdziestu metrów zaszokował Vicente Calderon w derbach z 1997.

Do tego dochodziła elegancja tak pasująca do drugiej linii Milanu Carlo Ancelottiego. On, Pirlo czy Kaka byli nie mniej eleganccy niż modele Armaniego. W końcu swoje domowe mecze rozgrywali w stolicy mody.

Seedorfa wyróżniało również to, jak głodny pozostawał mimo upływających lat. – Kiedy jesteś ambitny, nigdy nie starcza ci zwycięstw. Przez chwilę cieszyłem się trzeci trofeum, ale niedługo później miałem potrzebę sięgnięcia po czwarte. A potem po piąte. Miesiąc-dwa cieszyłem się triumfem, ale potem zaczynał się kolejny sezon, a ja chciałem znów zwyciężać – mówił w rozmowie z Anną Kessel z „The Guardian”.

W późniejszych latach kariery zatrudniał prywatnego fizjoterapeutę, by ten przygotowywał jego organizm najlepiej, jak się tylko dało, do trudów kolejnych spotkań. Holender miał prawo być zmęczony, na najwyższym poziomie grał przez dwie pełne dekady, rozgrywając rokrocznie po kilkadziesiąt meczów. Był niezastąpiony dla swoich drużyn klubowych, z upodobaniem korzystali z jego usług najlepsi menedżerowie swoich czasów. Ancelotti, Hiddink, Capello, Lippi, Eriksson, van Gaal.

99. DRAGAN DŽAJIĆ

Podczas mistrzostw Europy w 1968 roku Dragan Dżajić naprawdę robił co mógł, by poprowadzić Jugosławię do końcowego sukcesu. Olśniewał przede wszystkim dryblingami, dynamiką i przeglądem pola, ale jak trzeba było, to i bramkę potrafił zdobyć. Najpierw jego trafienie pozwoliło wyrzucić za burtę turnieju Anglików, ówczesnych mistrzów świata. Potem gol reprezentanta Jugosławii zapewnił bałkańskiej ekipie prowadzenie w finałowym meczu z Włochami. Gospodarze turnieju zdołali jednak wyrównać w końcówce starcia. Wtedy rzutów karnych jeszcze nie rozgrywano (Włosi do finału awansowali po rzucie monetą), więc obie drużyny wybiegły na murawę Stadionu Olimpijskiego w Rzymie raz jeszcze, po dwóch dniach. Wówczas Dżajić został już przez gospodarzy powstrzymany.

Squadra Azzurra zwyciężyła 2:0, a tytuł mistrzów Europy przeszedł Jugosłowianom koło nosa. Sęk jednak w tym, że do drugiego meczu – przynajmniej zdaniem jugosłowiańskich zawodników – w ogóle nie powinno dojść. Dżajić i spółka w pierwszym finałowym starciu byli bowiem od faworyzowanych przeciwników o klasę lepsi.

Ponoć zostali po prostu skręceni.

– Sędzia Gottfried Dienst był dwunastym zawodnikiem Włochów – żalił się po latach Dżajić. – W eliminacjach poradziliśmy sobie z reprezentacją Niemiec Zachodnich, potem rozbiliśmy Francuzów 5:1, a już na turnieju pokonaliśmy Anglię. Doskonałe drużyny nie dawały sobie z nami rady. Jednak w rywalizacji z gospodarzami byliśmy bez szans. Tylko dlatego nasza generacja nie zdobyła złota.

Błyskotliwy skrzydłowy jest dzisiaj piłkarzem nieco zapomnianym, choć niedawno UEFA nominowała go do jedenastki wszech czasów mistrzostw Europy, co trochę odkurzyło zasłużone dla bałkańskiego futbolu nazwisko. Dżajić znakomitą część swojej piłkarskiej kariery spędził w ojczyźnie, przez piętnaście lat broniąc barw Crvenej zvezdy Belgrad. Urodził się zresztą 60 kilometrów od Belgradu, więc ze słynnym serbskim klubem związał się już jako młokos. Z „Czerwoną Gwiazdą” Dżajić rozstał się tylko na dwa lata, gdy – już jako weteran – pograł we francuskiej Bastii.

Występując w Belgradzie, skrzydłowy kompletował krajowe trofea. Blisko było też sukcesu na europejskiej arenie. W 1971 roku Crvena zvezda dotarła do półfinału Pucharu Europy i w pierwszym spotkaniu pokonała Panathinaikos Ateny aż 4:1. W rewanżu Grecy zdołali jednak w spektakularnym stylu odwrócić losy rywalizacji. Jugosłowiańska ekipa poległa 0:3 i z podkulonym ogonem wróciła do kraju.

Powód okrutnej klęski? Mówiąc delikatnie, brak Dżajicia w składzie nie był bez znaczenia.

Można się oczywiście zastanawiać, dlaczego tak powszechnie ceniony gigant jak Dragan nie odszedł w 1975 roku do klubu słynniejszego niż Bastia, która na pierwszy rzut oka nie imponuje, jeśli zestawi się ją z pogłoskami o tym, jakoby Dżajić znajdował się na szczycie listy życzeń Realu Madryt i Bayernu Monachium. Kwestia przeprowadzki Serba do Madrytu obrosła zresztą legendami. Ponoć temat pojawiał się na tapecie wiele razy, ale nigdy nie udało się dopiąć transferu.

– Jakiś czas po tym, jak karierę kończył słynny lewoskrzydłowy Realu, Francisco Gento, na Estadio Santiago Bernabeu zorganizowano dla niego specjalny mecz pożegnalny. Na trybunach komplet, sto tysięcy widzów – snuje opowieść Dżajić na łamach portalu Sport DC. – Wystąpiłem w tamtym spotkaniu jako członek drużyny „reszty świata”, którą wyselekcjonował osobiście Gento. Po końcowym gwizdku urządzono mu oczywiście wielką owację na stojąco. A wtedy on zdjął swoją koszulkę i na oczach tłumu wręczył ją mnie, mówiąc: „Będziesz kontynuować to, co ja właśnie skończyłem”. Gazety potraktowały to wydarzenie jako oficjalne potwierdzenie mojego transferu. Pisano codziennie o tym, że lada moment dołączę do składu „Królewskich”. Wszyscy wiedzieli, że Real przyciąga wielkich europejskich piłkarzy. Grał tam Günter Netzer, dołączył do niego Paul Breitner. Spodziewano się, że ja będę kolejną zagraniczną gwiazdą klubu.

Jak gdyby tego było mało, ekipę Los Blancos objął Miljan Miljanić, szkoleniowiec Crvenej zvezdy Belgrad.

Wszystko układało się w spójną całość.

– Wielkim zwolennikiem mojego transferu do Realu Madryt był również Bora Stanković, ówczesny prezydent FIBA. Niestety, 1974 rok był bardzo burzliwym okresem dla Jugosławii – dodaje Dżajić. – Uchwalono nową konstytucję, poszczególne republiki zyskały na znaczeniu. Działały prawie jak samodzielne państwa. W związku z tym w Serbii rozpętała się burza wokół mojego odejścia. „Zdrajca!”. „Sprzedał się hiszpańskim faszystom!”. Wyjechałem więc na Korsykę, gdzie zarobił więcej niż mogły mi zaoferować najpotężniejsze europejskie kluby. Ale żal pozostał. Nie mogłem pokazać pełni swojego talentu kibicom w takim klubie jak Real.

Z drugiej strony – może i dobrze się stało? W 1975 roku los skojarzył bowiem Real Madryt i Crveną zvezdę Belgrad w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Jugosłowiański klub awansował dalej, między innymi dzięki bramce Dżajicia. Trener „Królewskich”, wspomniany Miljan Miljanić, w ogóle nie pofatygował się do Belgradu. Mecz obejrzał w telewizji.

– Nie mógłbym obserwować tego meczu na żywo, na Marakanie. Nie potrafiłem oszukać swojego serca – przyznał. Dżajić podobnych rozterek przeżywać na swoje szczęście nie musiał.

98. DANIEL ALVES

Najbardziej utytułowany piłkarz w historii to nie jest wcale Pele, Maradona, Messi, Cruyff ani Ronaldo – nieważne który jest dla was tym prawdziwym. Zawodnik, który zdobył najwięcej drużynowych trofeów w dziejach piłki nożnej, to Dani Alves.

Ile to razy wydawało się, że Brazylijczyk jest już po drugiej stronie rzeki, a on znów zachwycał, znów – choć przecież trudno robi się to z pozycji prawego obrońcy – ciągnął swój zespół. Pożegnanie z Barceloną miało być początkiem zjazdu, tymczasem on w sezonie 16/17 zagrał przeciwko Monaco w półfinale Ligi Mistrzów taki koncert, jakiego nie powstydziliby się laureaci Konkursu Chopinowskiego. Trzy asysty – w tym jedna piętą – i przepiękny gol. To w ogromnej mierze za jego sprawą francuska rewelacja rozgrywek musiała się z nimi pożegnać, podczas gdy Stara Dama jechała na finał z Realem.

W efekcie zamiast odcinać kupony, jako 34-latek podpisał kolejny kontrakt w wielkim klubie. Tym razem w PSG. A następnie, nim wrócił do ojczyzny pograć nieco w Sao Paulo, raz jeszcze pokazał, jakim jest kozakiem – nie było na Copa America 2019 lepszego zawodnika, to właśnie on zgarnął nagrodę MVP.

Sam mówił w świetnym wywiadzie przeprowadzonym przez „Bola da Vez”, że potrzebuje bodźców, rywalizacji, by pozostać zmotywowanym. Przenosiny w kolejne wymagające środowiska to właśnie Alvesowi dawały.

Jeśli chcecie zakontraktować kogoś, kogo uważacie za lepszego ode mnie, to proszę bardzo. Będziemy rywalizować. Żyję z tego. Żyję z rywalizacji. Jeżeli macie zakontraktować kogoś słabszego, to dla mnie nie ma to sensu. Chcę lepszego, bo to mnie motywuje”. Lubię trudne sytuacje. Nigdy nie miałem łatwo. Po 15 latach w piłce mam liczyć na coś łatwego? Tu wszystko jest trudne. A im trudniejsze, tym bardziej jestem zmotywowany.

Na placu gry zachwycał, żadnym nadużyciem nie będzie stwierdzenie, że to jeden z najlepszych prawych obrońców w dziejach futbolu. Szalał na tej pozycji w niesamowitej Barcelonie Guardioli, trzy razy wygrywał z Blaugraną Ligę Mistrzów. Jednocześnie miał też oblicze bardziej irytujące. To pozaboiskowe.

Koronnym przykładem jest żenujący filmik nagrany w odpowiedzi na krytykę po odpadnięciu z Ligi Mistrzów z Atletico, w którym Alves przebrał się za swoją narzeczoną i piskliwym głosikiem mówił: – Cześć, jestem Joana Sanz. Chcę wesprzeć mojego chłopaka, który jest bardzo smutny. Ale kochanie, to tylko mecze piłkarskie. Nic się nie dzieje. Życie toczy się dalej. Jesteś wart dużo więcej niż to wszystko, okej? Kocham cię. Kocham cię skarbie.

Sukcesy, jakie odniósł, pokazują jednak najlepiej, że – uwaga, wjeżdża tekst a’la złote myśli – gdy tolerowało się Alvesa kiedy był najgorszy, miało się go po swojej stronie, kiedy był najlepszy.

97. KEVIN KEEGAN

Karierę Kevina Keegana można rozpatrywać dwojako.

Z jednej strony – dwie Złote Piłki w dorobku ustawiają go w gronie zaledwie dziesięciu piłkarzy, którzy zostali wyróżnieni najbardziej prestiżową nagrodą więcej niż raz. Umówmy się – aż takim kozakiem Anglik nie był, żeby stawiać go w jednym szeregu Beckenbauerami i van Bastenami tego świata. Co wcale nie oznacza, że nagradzano go zupełnie na wyrost. W piłkę grał bowiem genialnie. Fani NBA z pewnością znajdą tutaj analogię do Steve’a Nasha, doskonałego rozgrywającego z Kanady, który dwukrotnie został nagrodzony tytułem najbardziej wartościowego zawodnika ligi. Ma zatem na koncie więcej tytułów MVP niż Kobe Bryant, Shaquille O’Neal czy Kevin Durant.

Krótko mówiąc – dorobek indywidualnych nagród nieco przerośnięty, ale kariera tak czy owak piękna i godna podziwu. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych Keegan był zawodnikiem naprawdę czarującym na boisku, tak jak Nash na parkietach NBA.

Wielkie granie w przypadku Keegana zaczęło się po szokującym transferze do Liverpoolu. Dwudziestoletni Anglik trafił na Anfield z czwartoligowego Scunthorpe United, ale prędko udowodnił, że jego miejsce jest w elicie, a nie na piłkarskich peryferiach. Choć wielu miało co do tego uzasadnione wątpliwości.

Zadebiutowałem w starciu z Nottingham Forest w sierpniu 1971 roku, ale możecie mi w to nie uwierzyć, jeśli widzieliście program meczowy tego spotkania. Po latach ktoś mi przysłał egzemplarz – wspomina Keegan w swojej autobiografii. – Okazuje się, że nie tylko nie wymieniono mnie wśród zawodników znajdujących się w kadrze meczowej, ale w zapowiedzi nie odnotowano nawet mojego transferu. Chyba twórca doszedł do wniosku, że to zbyt marginalne wzmocnienie, by w ogóle o nim wspominać. Zawodnicy Nottingham też patrzyli na mnie dziwnie. Po prostu mnie nie kojarzyli. Domyślam się, że większość kibiców również zachodziła w głowę, co to za knypek z bujną czupryną wybiega na murawę Anfield w koszulce The Reds.

Keegan trafił do siatki w dwunastej minucie meczu. Stali bywalcy Anfield szybko wryli sobie jego nazwisko w pamięć.

Wkrótce wyrósł na największą gwiazdę Liverpoolu. Już jego drugi sezon w barwach The Reds zakończył się zdobyciem mistrzostwa Anglii. Potem przyszły kolejne tytuły mistrzowskie, triumf w Pucharze Anglii, dwa Puchary UEFA i – co najważniejsze – Puchar Europy w 1977 roku. W finale Anglik bramki nie zdobył, ale wcześniej regularnie pakował piłkę do sieci. Pełnił kluczową rolę w układance trenerów – najpierw Billa Shankly’ego, potem Boba Paisleya.

Po zdobyciu Pucharu Europy przeniósł zaś swoje talenty do Hamburgera SV. Kosztował pół miliona funtów, ustanowił zatem nowy rekord transferowy i w Anglii, i w Niemczech.

Był już wówczas piłkarzem-celebrytą. Jego charakterystyczna fryzura stała się najpopularniejszym uczesaniem wśród brytyjskich nastolatków. Kopiowano jego styl ubioru, młodzi zawodnicy naśladowali jego gesty, sposób biegu, a nawet akcent i ton głosu. Cała ta otoczka wokół Anglika nie podobała się jednak jego nowym kolegom z HSV. Początkowo Keeganowi nie podawano nawet piłki na treningach, w szatni był odludkiem. Na jego nieszczęście niemieccy zawodnicy poznali poziom jego zarobków. Wzbudziło to w nich frustrację i olbrzymią niechęć do gwiazdora, który kosił kilka razy wyższą pensję od nich. Resentymentów było zresztą więcej. W szatni panowało przekonanie, że zmiana na stanowisku trenera – towarzysząca transferowi Keegana – też została wykonana niejako pod Anglika.

Przełamywanie lodów potrwało dość długo. Swoją cegiełkę do ułatwienia Keeganowi aklimatyzacji dołożyli jednak kibice z Hamburga. Pewnego razu Kevin pożalił się w mediach, że nie może dostać w Niemczech swoich ulubionych płatków kukurydzianych. Parę dni później zdumiony kurier dostarczył mu kilkadziesiąt przesyłek, a w nich sympatyczne listy i opakowania płatków.

Ostatecznie cofnięty napastnik zdołał się w Hamburgu rozkręcić. W 1979 roku poprowadził klub do pierwszego mistrzostwa Niemiec w erze Bundesligi. Rok później HSV dotarło do finału Pucharu Europy, po drodze gromiąc 5:1 Real Madryt.

Zwyciężyć w rozgrywkach się jednak Keeganowi nie udało. Anglik nie dołożył też do swojego dorobku żadnego istotnego sukcesu z drużyną narodową, ale nie wydaje się być tym faktem zasmucony. – Byłem kundlem, który dostał się na wystawę psów rasowych. Uważam, że to duże osiągnięcie – stwierdził kiedyś.

Może Keegan pozostałby jednak kundlem, gdyby nie ten cudowny debiut na Anfield?

Niewiele brakowało, a Kevin… nie dotarłby wówczas na mecz.

– Moim życiowym problemem zawsze była bezmyślność – przyznał bez ogródek. – Po przenosinach do Liverpoolu zamieszkałem całkiem niedaleko stadionu. Podczas okresu przygotowawczego do sezonu nauczyłem się, że dotarcie na Anfield zajmuje mi mniej więcej pięć minut. Niestety, nie wziąłem pod uwagę, że pierwszy mecz sezonu może wzbudzić pewne zainteresowanie wśród ludzi i wokół Anfield pojawi się jakieś 50 tysięcy kibiców. Miałem się pojawić w szatni o 14:00, a o 13:45 tkwiłem jeszcze w Fordzie mojego ojca, który utknął w korku. Zator był olbrzymi z powodu blokady policyjnej. Kompletnie już spanikowany uchyliłem szybę i krzyknąłem do policjanta, że jestem piłkarzem Liverpoolu i spieszę się na mecz. Oczywiście mnie wyśmiał. „Jasna sprawa, synu! Ja też za dwadzieścia minut kończę zmianę, zakładam koszulkę, spodenki i pędzę na boisko”. Nie mogę go za to winić. Cieszę się tylko, że stewardzi wpuścili mnie na boisko, gdy spóźniony wybiegłem na rozgrzewkę.

– A potem? Zagrałem, strzeliłem, wygraliśmy. Moje życie już nigdy nie było takie samo jak przedtem – spuentował Keegan. – Zacząłem żyć jak w bajce. Najlepiej oddaje to chyba uczucie z tamtych lat, które mocno wryło mi się w pamięć: chciałem, by każdy kolejny mecz nadszedł jeszcze szybciej niż poprzedni.

96. FABIO CANNAVARO

Włoska piłka dekadami pracowała na miano tej, gdzie szczelny blok obronny jest punktem pierwszym na liście rzeczy do ogarnięcia każdego trenera. Dziś nawet ludzie śledzący Serie A od wielkiego dzwonu wiedzą, że są w tej lidze zespoły wyznające raczej filozofię Realu czasów Galacticos niż Milanu Fabio Capello.

Ale fakt, że wielu jeszcze nie tak dawno wciąż patrzyło na włoską piłkę przez pryzmat defensywy, to zasługa legionu doskonałych obrońców, jakich taśmowo produkowało calcio w XX i XXI wieku. Tylko jeden z nich jako kapitan wzniósł jednak ponad głowę trofeum za piłkarskie mistrzostwo świata. Oczywiście Fabio Cannavaro.

Mistrz świata 2006. Zdobywca Złotej Piłki 2006. Ostatni defensor, któremu udała się ta sztuka po dziś dzień.

Może i rok 2006 w piłce nie był wybitnym czasem zawodników najbłyskotliwszych, może i Cannavaro skorzystał między innymi na słabiutkim występie w Niemczech reprezentacji Brazylii na czele z Ronaldinho i Kaką. Ale tego, że wtedy wzniósł się na wyżyny gry obronnej, po prostu odmówić mu nie można.

Przez lata tworzył znakomitą parę w reprezentacji z Alessandro Nestą, z którym, swoją drogą, nigdy nie zagrał choćby jednego spotkania w piłce klubowej. Nie inaczej było właśnie w 2006, choć dla Nesty mundial zakończył się już na fazie grupowej. W spotkaniu z Czechami doznał kontuzji, w jego miejsce wskoczył Marco Materazzi. U boku pewnego jak skała kapitana obaj prezentowali się doskonale. Rywale nie byli w stanie strzelić Italii ani jednej bramki z gry. Gianluigi Buffon pokonany został dwukrotnie – raz przez Zinedine’a Zidane’a z rzutu karnego, a raz przez swojego kolegę z drużyny, Cristiana Zaccardo.

Cannavaro to jeden z tych stoperów, który zrobił wielką karierę pomimo swoich warunków fizycznych. Co innego być wielkim, postawnym chłopem i przestawiać napastników dzięki sile fizycznej, rzeczą dużo bardziej wymagającą jest wystrychanie na dudka drapieżców będąc raczej lichego wzrostu. Cannavaro mierzy 175 centymetrów, o pięć więcej niż na przykład Leo Messi. Ale nie bał się niczego ani nikogo. Gdy jako szczyl dopiero stawiający pierwsze kroki w piłce dostał zaproszenie na trening seniorów w Napoli, bezpardonowo władował się w mającego już w Neapolu boski status Diego Maradonę.

Wtedy jeszcze Cannavaro marzył o karierze pomocnika, przesunięto go jednak w Neapoli na środek obrony, co było strzałem w dziesiątkę. Nieoczywistym, ale w samiutki środek tarczy. Gdy w Napoli zrobiło się dla niego za ciasno – lata świetności przeminęły – stworzył znakomity duet z Lilianem Thuramem w Parmie. Kiedy Parmę przycisnęły problemy finansowe, natychmiast z nadarzającej się okazji skorzystał Inter. Po Euro 2004, z którego Włochów wyrzucili Duńczycy do spółki ze Szwedami – znów został sparowany z Thuramem (i Buffonem, także byłym partnerem z Parmy), tworząc na dwa lata defensywę przepotężną, nie do zdarcia w piekielnie wtedy mocnej Serie A. Pewnie pozostałoby tak i na dłużej, ale afera calciopoli kosztowała Juve karny sezon w Serie B. Cannavaro nie chciał banicji poza najwyższą klasą rozgrywkową, po najlepszego obrońcę mundialu, a za moment także zdobywcę Złotej Piłki sięgnął Real Madryt, gdzie Fabio dwa razy z rzędu został mistrzem Hiszpanii. Gdy później wracał na rok do Juve skończyć poważny etap swojej kariery, kibice traktowali go jak zdrajcę, niewiernego. Ci z Turynu. Dla włoskich na zawsze pozostanie symbolem największego sukcesu calcio XXI wieku.

Jaki był przepis na sukces Fabio? – Zawsze o siebie dbałem. Nie piłem dużo, nie paliłem. Najważniejsze to porządnie się odżywiać, dużo spać i uprawiać seks.

95. LUIS FIGO

Luis Figo już na zawsze pozostanie postacią monumentalną dla historii futbolu. Z dwóch powodów. Po pierwsze – był po prostu fenomenalnym zawodnikiem, najwybitniejszym przedstawicielem złotej, choć koniec końców niespełnionej generacji portugalskiego futbolu. Po drugie – został bohaterem najgłośniejszej i być może również najbardziej przełomowej transferowej sagi w najnowszych dziejach piłki. Kiedy w 2000 roku Figo z wielkim medialnym hukiem zamienił FC Barcelonę na Real Madryt, odsłaniając tym samym galaktyczne oblicze „Królewskich”, rynek transferowy zmienił się na dobre. A rywalizacja między i tak zwaśnionymi od dziesięcioleci klubami przeskoczyła na jeszcze wyższy poziom zajadłości, graniczącej z nienawiścią.

Świński łeb na murawie. Obrazek, którego nie trzeba na pewno nikomu przypominać, prawda?

Figo do Barcelony trafił w 1995 roku, a zatem w schyłkowym okresie katalońskiego Dream Teamu. Na Camp Nou dobiegało wówczas końca wieloletnie panowanie Johana Cruyffa, który uczynił z „Dumy Katalonii” najpotężniejszą i najpiękniej grającą drużynę w Europie. Co wcale nie oznacza, że przygoda Figo z Barceloną nie obfitowała w sukcesy. Wręcz przeciwnie. Choć trzeba uczciwie powiedzieć, że Portugalczyk postawił na Katalonię trochę z braku laku. W pierwszej kolejności marzyła mu się gra w Serie A. Marzyła do tego stopnia, że na wszelki wypadek Figo podpisał kontrakt i z Juventusem, i z Parmą. Skończyło się to oczywiście wielki skandalem i banem transferowym w Italii. Wtedy wybór skrzydłowego padł na Barcę.

Pięć sezonów, dwa tytuły mistrzowskie, na dokładkę Puchar Zdobywców Pucharów i kilka mniej znaczących trofeów. Apetyty na pewno były większe, Barcelona co roku gra przecież o pełną pulę, ale Figo mógł się czuć w klubie spełniony.

Zakładał nawet opaskę kapitańską. Dlaczego zatem w 2000 roku postanowił wywołać transferową eksplozję?

Pisaliśmy na Weszło: „Czy Figo źle się czuł w Barcelonie? Niekoniecznie. Czy parł na transfer do innego klubu? Też nie. Figo w 2000 roku chciał po prostu więcej forsy. Oczekiwał takiej podwyżki zarobków, która była dla niego – tak mu się przynajmniej wydawało – poza zasięgiem w stolicy Katalonii, a którą Florentino Perez był w stanie zapłacić bez mrugnięcia okiem. Nowy prezes „Królewskich” traktował bowiem ściągnięcie portugalskiej super-gwiazdy do Madrytu jako punkt honoru, a pobicie przy okazji światowego rekordu transferowego miało stanowić dodatkowy symbol mocarstwowej pozycji Realu. – Uważałem, że w Barcelonie nie traktowano mnie uczciwie – powiedział Portugalczyk w rozmowie z FourFourTwo. – Nie byłem opłacany tak wysoko, jak na to zasługiwałem. To prawda, że kiedy już się porozumiałem z Realem, działacze Barcy jednak chcieli zapłacić mi tyle, ile żądałem. Była szansa, by odwołać transfer, ale stało się to za późno. Nie chciałem, żeby mój agent miał kłopoty i odszedłem do Madrytu. (…) Najpierw był moment gniewu. A potem… Potem wszystko stało się nagle rzeczywistością.

Cała saga z przenosinami Portugalczyka do Madrytu trwała miesiącami. Perez, kandydując jeszcze na urząd prezydenta klubu, przeprowadził sondę, pytając socios o zawodnika, którego najbardziej chcieliby zobaczyć w białym trykocie Realu. Głosowanie z dużą przewagą wygrał właśnie Luis Figo. – Pamiętam go jeszcze zanim trafił do Barcelony – wspominał Manolo Sanchis, legenda Królewskich, w rozmowie z Bleacher Report. – Grał wtedy w Sportingu i był nastolatkiem. Nikt go nie znał. Przyjechał na Bernabeu i zrobił z nas miazgę. Zapytałem: „Kto to, u diabła, jest?”. Doprowadzał nas do szaleństwa. Niesamowity zawodnik, crack.

Obietnica Pereza była zatem jasna. „Jeżeli zawiodę i nie kupię Figo, zapłacę za was wszystkich składkę członkowską” – powiedział w obliczu osiemdziesięciu tysięcy słuchaczy.

– To zapewnienie było jak trucizna – opowiadał Diego Torres z El Pais. – Obietnica Pereza idealnie trafiła w fantazję Madridistas. Sen o super-potędze. Zniszczenie Barcelony jednym przelewem? Nagle Lorenzo Sanz i jego Puchary Europy przestały się liczyć. Wszyscy mieli je w dupie. Kibice Realu nie chcieli Figo, bo tak bardzo go cenili czy uwielbiali. Chcieli go, żeby pokazać, że mogą go mieć, skoro tego pragną.

Misterny plan się powiódł.

Florentino został prezydentem klubu, zrzucając ze stanowiska Sanza, choć ten dwa razy zatriumfował w Lidze Mistrzów i był absolutnie przekonany, że te sukcesy pozwolą mu na gładkie zwycięstwo w wyborach. Figo i jego agent nie zdołali się już wykaraskać z zawartych pochopnie umów, prezydent Barcelony miał w tej sytuacji związane ręce. Dokonało się”.

Dziś – jeżeli chodzi o klubową karierę Portugalczyka – to właśnie ze śnieżnobiałą koszulką Realu kojarzy się go w pierwszej kolejności. Tam Figo zdobył dwa kolejne tytuły mistrza Hiszpanii, wywalczył też z „Królewskimi” upragniony Puchar Mistrzów. Karierę spuentował natomiast w Interze Mediolan, a na jego półkę trafił szereg nagród za zwycięstwo w Serie A, Pucharze i Superpucharze Włoch. Krótko mówiąc – kariera kompletna, przynajmniej jeśli spojrzeć na jej klubową część. Bez wątpienia Figo może uchodzić za jednego z najwybitniejszych skrzydłowych w dziejach futbolu, choć trzeba pamiętać, że on często grał w zasadzie jak ustawiony w bocznym sektorze boiska playmaker. Taktyczne nie można go na pewno szufladkować.

Jeżeli jednak wspomnimy galaktyczną paczkę Realu, to Figo zawsze sprawiał wrażenie zawodnika najmniej uwielbianego. O miłości nie wspominając. Choć na boisku robił przecież znakomitą robotę.

Ciekawie opisywał to zjawisko Leszek Orłowski w książce „Real Madryt. Królewska era Galacticos”: – Figo żalił się, że w wieku 32 lat został uznany za martwego piłkarsko oraz że na Bernabeu nie zorganizowano mu żadnego pożegnania. Dlaczego Perez w taki sposób potraktował swoje pierwsze dziecko, jeśli założyć, że wszyscy Los Galacticos to w pewnym sensie jego potomstwo? Otóż uważam, że jak dzieci traktował Zidane’a, Ronaldo i Beckhama, natomiast nigdy Figo. Nie przebierając w słowach, Portugalczyk był dla prezydenta dziwką. Perez wziął go, wykorzystał, sowicie opłacił, po czym pozbył się bez sentymentów, gdy uznał, że nadszedł na to czas. Sądzę, że w głębi duszy ten przepojony ideami caballerismo (choć nie zawsze postępujący w zgodzie z nimi) człowiek pogardzał piłkarzem, gdyż ten dla pieniędzy wyrzekł się klubu, w którym go kochano. Brzydził się Figo. Nigdy już przecież nie powtórzył manewru z wykradzeniem gwiazdy Barcelonie, chyba nawet na poważnie nie próbował. Zrobił to raz, bo musiał.

94. FRANK RIJKAARD

Jeżeli chodzi o słynne holendersko-mediolańskie trio, Frank Rijkaard zawsze pozostanie „tym trzecim”. Po prostu nie był aż tak wielkim kozakiem Marco van Basten i Ruud Gullit, z którymi przyszło mu przez wiele lat dzielić szatnię i w reprezentacji Holandii, i w klubach, przede wszystkim w AC Milanie. Ale być zawodnikiem nieco mniejszego kalibru niż wspomniana dwójka to przecież żadna ujma na honorze. Natomiast sam fakt, że Rijkaard jest wymieniany jednym tchem z tymi gigantami to nie lada nobilitacja.

Nobilitacja zasłużona, ponieważ Rijkaard również był wspaniałym zawodnikiem.

Jego kariera to właściwie niekończące się pasmo sukcesów. Zaczęło się już w Ajaksie, gdzie Rijkaard zdobył kilka tytułów mistrzowskich, dokładając też Puchar Zdobywców Pucharów. Potem przyszedł czas na niezapomniany Milan pod dowództwem Arrigo Sacchiergo. Rossoneri zdominowali wówczas europejskiego rozgrywki, dwa razy z rzędu sięgając, zresztą w wielkim stylu, po Puchar Europy. Po drodze kadra Holandii zwyciężyła również podczas mistrzostw Europy – to do dziś jedyne złoto w dorobku Oranje.

Ostatni rozdział swojej bogatej kariery Rijkaard postanowił napisać w Amsterdamie. I trzeba przyznać, że przygotował efektowną puentę.

Wygrał Ligę Mistrzów.

Indywidualnie trudno mu w zasadzie cokolwiek zarzucić, w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła był co najmniej solidny, a w niektórych osiągnął poziom arcymistrzowski. Może mógł tylko lepiej panować nad swoim wybuchowym temperamentem, ponieważ incydent z opluciem Rudiego Völlera ciągnie się za nim do dziś.

Rijkaard potrafił z powodzeniem grać zarówno w środku pola, jak i w centrum defensywy. Jego technika i atrybuty fizyczne stały zresztą na wystarczająco wysokim poziomie, by pozwolić Holendrowi na efektywne podłączanie się do ataków swojego zespołu. W szesnastce przeciwnika Rijkaard także bywał śmiertelnie niebezpieczny, zwłaszcza podczas pierwszego etapu swojej kariery. Ruud Gullit swojego wieloletniego kumpla scharakteryzował tak: – Był jednym z najlepszych piłkarzy na świecie. Kontrolował drugą linię dzięki swojej sile, technice i czuciu pola gry. Z jednej strony – inicjował ataki. Z drugiej – kontrolował, byśmy nie nadziali się na kontrę. Do każdej drużyny wznosił balans między defensywą a ofensywą.

Cóż – nic dodać, nic ująć.

Rijkaard pod wieloma względami stanowił ucieleśnienie idei futbolu totalnego, choć może nie aż do tego stopnia jak sam Gullit. Niemniej, Frank też radził sobie praktycznie we wszystkich sektorach boiska. Choć chyba najbardziej zawsze imponowała jego niespotykana twardość.

Twardość, którą początkowo kwestionowano. Przede wszystkim dlatego, że klimat wokół futbolu nie był w kraju tulipanów najlepszy, gdy Rijkaard wkraczał na wielką piłkarską scenę. Holandii zabrakło przecież na mistrzostwach świata w 1982 roku. „Pomarańczowi” sensacyjnie polegli wówczas w eliminacjach do turnieju. W tym samym roku Ajax odpadł natomiast w przedbiegach z Pucharu Europy po bardzo zajadłym dwumeczu z Celtikiem Glasgow. Aad de Mos, czyli głęboko rozgoryczony szkoleniowiec Ajaksu, stwierdził wtedy gorzko: – Niczego nie osiągniemy z chłopczykami pokroju Rijkaarda.

Mocny cios w psychikę 20-letniego zawodnika.

Ajax próbował wtedy pozbyć się Rijkaarda, młodego piłkarza zaoferowano paru przeciętnym ekipom z Eredivisie.

Tak naprawdę pomysł na Holendra znalazł dopiero Arrigo Sacchi w Milanie. To on oszlifował ten diament i stworzył z Rijkaarda prawdziwy, piłkarski brylancik. – Sacchi uczynił z Rijkaarda defensywnego pomocnika najwyższej klasy. Wielu zawodników potrafiło świetnie się prezentować na tej pozycji. Keane, Vieira, Desailly, Dunga. Byli wspaniali. Ale Rijkaard grał jeszcze lepiej od nich – stwierdził z przekonaniem Ronald Koeman.

93. ZLATAN IBRAHIMOVIĆ

Przedstawianie Szweda i jego dokonań to właściwie formalność, bo każdy szanujący się kibic futbolu wie na jego temat wszystko. Niech zatem formalności stanie się zadość. Zlatan Ibrahimović to mistrz Holandii. Dwukrotny. Mistrz Włoch. Czterokrotny, a jeśli doliczyć tytuły odebrane Juventusowi z uwagi na aferę calciopoli, to sześciokrotny. Co dalej? Oczywiście mistrz Hiszpanii. No i mistrz Francji, gdzie zatriumfował cztery razy z rzędu.

Facet ze zwyciężania na krajowym podwórku uczynił swój znak rozpoznawczy. Od sezonu 2001/02 do sezonu 2015/16 jego klub tylko dwukrotnie nie zakończył ligowych zmagań na pierwszej pozycji. Ajax zakończył kampanię 2002/03 na drugim miejscu, a Milan w sezonie 2011/12 musiał uznać wyższość Juventusu.

Nie trzeba rzecz jasna dodawać, że Szwed był głównym bohaterem niemal każdego z tych mistrzowskich sezonów, prawda?

Olbrzymi potencjał tkwiący w Zlatanie było widać już na początku XXI wieku, gdy Szwed – jeszcze młodziutki i nieopierzony – wylądował w Amsterdamie. Już wówczas stanowił niespotykane połączenie doskonałych warunków fizycznych z nieziemską koordynacją ruchową, kunsztem technicznym i błyskotliwością. Grał jak mały, przebiegły skrzydłowy, który został zaklęty w ciele niemożliwego do przepchnięcia dryblasa. Talentu nie roztrwonił. Zachwycał przez prawie dwadzieścia lat. Jeszcze w 2019 roku zakończył sezon zasadniczy Major League Soccer ze średnią bramek minimalnie przekraczającą jednego gola na mecz.

Jasne, to tylko MLS. Ale mówimy o cholernym 37-latku.

Inna sprawa, że Ibrahimović nie zostanie zapamiętany wyłącznie z niesamowitych liczb, jakie przez całą karierę zanotował. Według RSSSF (Rec.Sport.Soccer Statistics Foundation) Szwed plasuje się obecnie na piętnastej pozycji wśród najskuteczniejszych zawodników w dziejach futbolu, c jest oczywiście imponujące, ale tu chodzi o urodę, a nie o liczbę trafień. Zlatan to wyjątkowy specjalista od goli spektakularnych, efektownych, niezapomnianych. Ekwilibrystyczne uderzenia, potężne bomby, strzały piętką – w arsenale tego gościa nigdy nie brakowało boiskowych fajerwerków.

Brakuje mu natomiast sukcesów w najbardziej prestiżowych rozgrywkach. Liga Mistrzów? Nigdy nie dotarł nawet do finału. Mistrzostwa świata, Europy? Miewał przebłyski, ale to tyle. W momentach próby często zawodził. Mylił się, znikał.

Dlatego trudno było ulokować go wyżej.

92. JUAN ALBERTO SCHIAFFINO

Jest 65. minuta niepisanego finału mistrzostw świata. Na Estádio do Maracanã trwa wielkie święto. Brazylijczycy na oczach dwustu tysięcy rozanielonych kibiców prowadzą z Urugwajem i pewnym krokiem zmierzają w stronę pierwszego triumfu na najważniejszej piłkarskiej imprezie świata. Dla nikogo nie jest to zresztą zaskoczeniem. Gospodarze 7:1 wygrali ze Szwecją, 6:1 pokonali Hiszpanów. Kolejnych oponentów przerastali o głowę. Wydawało się, starcie z Urugwajem będzie dla Canarinhos formalnością.

Przed meczem brazylijskie gazety publikowały zdjęcia drużyny narodowej z wymownymi podpisami: „Jutro wygramy z Urugwajem”, albo „Oto mistrzowie świata”. Na płycie boiska przeprowadzono próbę generalną koncertu ku czci przyszłych triumfatorów, ze specjalnie przygotowaną na tę okoliczność pieśnią: „Brasil Os Vencedores” („Brazylia, zwycięzcy”).

W gratulacjach prześcigali się również politycy.

Angelo Mendes de Moraes, gubernator Rio de Janeiro, adresował do zawodników tego rodzaju głodne kawałki: „Wy, którzy już za kilka godzin zostaniecie okrzyknięci mistrzami świata przez miliony rodaków… (…) Wy, którym już teraz oddaję hołd jako zwycięzcom…”.

Powtórzmy – to wszystko działo się PRZED meczem. Kiedy więc gospodarze wyszli na prowadzenie na początku drugiej połowy, publice puściły resztki hamulców. Przecież Brazylii do mistrzostwa świata wystarczał remis, a Urugwajczycy sprawiali wrażenie onieśmielonych dopingiem i w ogóle całą otoczką spotkania. Podobno prezydent tego kraju, Julio Perez… posikał się podczas odgrywania hymnów.

W anonsowanej już, 65. minucie spotkania stało się jednak coś kompletnie nieprzewidzianego.

Urugwajowi udała się wreszcie jakaś akcja prawą stroną boiska, a w polu karnym instynktem strzeleckim popisał się Juan Alberto Schiaffino. Goście wyrównali, by za niespełna kwadrans wyjść na prowadzenie. Ryk radości zamarł w dwustu tysiącach gardeł. Maracanã spowiła się budzącym grozę milczeniem, przerywanym wyłącznie szlochami kibiców, gdy Urugwajczycy zaczęli świętować triumf na mundialu. Drugi w historii tego niewielkiego kraju.

Bolesne wspomnienie klęski żyje w Brazylijczykach do dziś.

Dla Schiaffino tamten gol i tamten triumf to z kolei największe osiągnięcie w karierze.

Co oczywiście nie oznacza, że dorobek legendy południowoamerykańskiego futbolu można sprowadzić wyłącznie do tego jednego trafienia. Urodzony w 1925 roku zawodnik – występujący przede wszystkim jako cofnięty napastnik – już w latach czterdziestych wypłynął na szerokie wody i wyrósł na gwiazdę Peñarolu Montevideo, z którym zdobywał liczne mistrzostwa kraju. Sprawdził się również w Europie. W 1954 roku przeniósł się do AC Milanu za rekordowe 56 milionów lirów (72 tysiące funtów) i momentalnie wyrósł na jedną z największych piłkarskich gwiazd Serie A i w ogóle Starego Kontynentu. W 1958 roku zdobył nawet gola w finale Pucharu Europy, ale Rossoneri musieli koniec końców uznać wyższość dominatorów z Realu Madryt.

Schiaffino za młodu pragnął występować jako centralnie ustawiony napastnik, skoncentrowany przede wszystkim na zdobywaniu bramek. Trenerzy szybko wybili mu to z głowy, zwracając uwagę łakomemu na gole piłkarzowi, że jego skromne warunki fizyczne nie pozwolą na skuteczną walkę z obrońcami. Urugwajczyk niedostatki w przygotowaniu atletycznym postanowił nadrabiać techniką. Wyrósł na jednego z najbardziej błyskotliwych zawodników swojej generacji.

– „Pepe” miał radar zamiast mózgu – przyznał Cesare Maldini.

– Opierałem swoją grę na instynkcie – opowiadał w 1994 roku na łamach brazylijskiej prasy. – Podam przykład. Na mistrzostwach świata w 1950 roku nie wiedzieliśmy niczego o naszych rywalach. Ani o Brazylijczykach, ani tym bardziej o Hiszpanach czy Szwedach. Po prostu wychodziliśmy na boisko, by dać tam z siebie maksa. W finale nasze szanse oceniano na 1%. Brazylijczycy byli w euforii. Wymagało od nas wiele odwagi, by wyjść na boisku i wygrać w takich okolicznościach. Ale zwyciężyliśmy i pozostawiliśmy naszych rywali w rozpaczy. Trener Brazylii wymknął się ze stadionu przebrany za kobietę. Kilku kibiców dostało na trybunach zawału, zmarli na miejscu. Piłkarze ukrywali się tygodniami. Było mi ich trochę żal, ale przede wszystkim czułem dziką radość. Uwolniliśmy się wreszcie od cierpienia, które towarzyszyło nam przez cały mecz. Nasze łzy szczęścia oznaczały łzy goryczy naszych przeciwników.

91. CAFU

Jeśli chodzi o produkcję piłkarzy ofensywnych – błyskotliwych, nieprzewidywalnych i nienagannych technicznie – Brazylia jest ojczyzną zdecydowanie największej ich liczby. Wśród najznakomitszych pomocników właściwie każdej dekady w dziejach futbolu znajdziemy przedstawicieli tego narodu. Ale jest jeszcze jedna pozycja, na której historyczna dominacja piłkarzy z kraju kawy jest nie do zakwestionowania. To prawa strona defensywy.

Gdy w 2009 roku „Bleacher Report” wybierał dziesięciu najlepszych piłkarzy w dziejach na każdej pozycji, wśród czterech czołowych prawych obrońców trzech było Brazylijczykami. Djalma Santos, Carlos Alberto Torres i Cafu. A przecież w kolejnych latach coraz więcej argumentów, by włączyć go do czuba analogicznego rankingu, dawał Dani Alves.

Rzeczony Cafu – sklasyfikowany przez dziennikarzy „BR” najwyżej – stworzył wraz z Roberto Carlosem najbardziej charakterystyczną, legendarną już wręcz, parę bocznych obrońców przełomu wieków.

U Cafu na pierwszy rzut oka było widać, że swoje piłkarskie szlify odbierał jako skrzydłowy. Nigdy nie wyzbył się ofensywnego zacięcia, choć na prawą obronę został przestawiony jeszcze w Brazylii, w dość młodym dla piłkarza wieku. Słynny trener Tele Santana popchnięty został ku tej decyzji koniecznością, gdy kontuzję odniósł podstawowy prawy defensor Sao Paulo, Ze Teodoro. Jak miało się okazać, był to jeden z najszczęśliwszych dla brazylijskiego futbolu urazów.

Cafu bowiem na skrzydło już nie wrócił. I choć z początku narzekał na swoją dolę, bowiem musiał wielu zachowań uczyć się od nowa, gdy w 1990 roku otrzymał swoje pierwsze powołanie do reprezentacji Brazylii, już wiedział, że było warto.

Sir Alex Ferguson powiedział kiedyś, że Cafu ma chyba dwa serca, tak niestrudzenie zasuwa od linii do linii. Nawet po trzydziestce nie zatracił tego atutu, jego wydolność praktycznie do ostatnich dni przygody z piłką mogła niesamowicie imponować.

Z Milanem Cafu wygrał Ligę Mistrzów, Serie A, superpuchary, Klubowe Mistrzostwa Świata, ale szczytem jego dokonań były te z kadrą. Dwa ostatnie wielkie triumfy Brazylii – na mundialu w 1994 i 2002 – to wygrane w których Cafu miał ogromny udział. W pierwszym ze swoich finałów musiał zastąpić po 21 minutach kontuzjowanego Jorginho i grać przeciwko Roberto Donadoniemu – spisał się znakomicie. W drugim grał już od deski do deski, znów bezbłędnie.

Granie przeciwko piłkarzowi takiemu jak Cafu to koszmar. Obiegający boczny obrońca tworzący sytuację dwa na jeden przeciwko tobie to ostatnia rzecz, jakiej chcesz w meczu. A Cafu napierał przez pełne 90 minut. Nie dawał ci chwili spokoju. A poza tym, że był wielkim zagrożeniem z przodu, był również niezwykle uzdolnionym obrońcą – charakteryzował Brazylijczyka Denis Irwin, legenda Manchesteru United.

On i Roberto Carlos zmienili sposób gry bocznych obrońców. Ludzie myśleli, że boczny defensor powinien tylko bronić, ale w nowoczesnym futbolu równie ważne jest, by swobodnie czuł się z piłką przy nodze. Cafu wskazał swoim kolegom po fachu drogę – to z kolei Michael Owen.

90. PHILIPP LAHM

Philipp był szczególną osobą w moim życiu. Jest jednym z najlepszych piłkarzy, jakich kiedykolwiek widziałem i jednym z najbardziej inteligentnych, jakich kiedykolwiek trenowałem. Może grać na dziesięciu pozycjach, bo tak doskonale rozumie piłkę nożną. Najlepszym prezentem, jaki może dostać menedżer, jest jego obecność w zespole – to słowa Pepa Guardioli.

Guardiola zrewolucjonizował postrzeganie Lahma, wyrwał go z ram pozycji bocznego obrońcy i z zawodnika naprawdę znakomitego w tej roli zrobił gracza unikatowego. Granica pomiędzy defensorem a graczem drugiej linii kompletnie się w jego przypadku zatarła, był elementem spajającym cały zespół Bayernu. Swego czasu Twittera obiegła grafika, na której widać doskonale, jak centralną postacią był w tym zespole jego wychowanek.

Pierwszy raz na taki manewr, na przesunięcie Lahma do linii pomocy, Guardiola zdecydował się za radą swojego asystenta Domeneca Torrenta w meczu o Superpuchar Europy z Chelsea. Bayern wygrał to spotkanie po serii jedenastek, menedżer zwycięskiego zespołu zaś twierdził, że oto Philipp Lahm wszedł na kompletnie nowy poziom. – Aby wygrywać mecze, musisz wystawiać najlepszych swoich zawodników, takich jak Lahm, w centrum wydarzeń – mówił.

Poza dwuletnim okresem na wypożyczeniu w Stuttgarcie, gdzie wraz z Andreasem Hinkelem stworzył świetną parę bocznych obrońców (parę na miarę dwóch finiszów na podium Bundesligi), nigdy nie zdecydował się opuścić klubu, który go wychował. Wygrał z nim więc wszystko, co było do wygrania – osiem tytułów mistrza Niemiec, sześć krajowych pucharów, wreszcie Ligę Mistrzów. Z kadrą zaś został mistrzem świata, jego pożegnaniem był wygrany mecz o złoto z Argentyną w lipcu 2014.

89. ELIAS FIGUEROA

14 grudnia 1975 roku niebiosa wskazały palcem na Eliasa Figueroę.

„Gol iluminado”. „Gol rozświetlony”. Takie miano nosi trafienie Figueroi, które dało Internacionalowi Porto Alegre pierwszy w historii tytuł mistrza Brazylii. Przy stanie 0:0 do rzutu wolnego z prawej strony boiska podszedł Valdomiro Vaz Franco. Dośrodkował piłkę na pole karne, prosto na głowę Don Elíasa, który zdobył jedyną bramkę tamtego meczu.

Trafienie arcyważne, dla Interu – historyczne. Ale nie to uczyniło je wyjątkowym, nie chodziło też o jego urodę – ot, uderzenie głową, precyzyjne, ale takie, jakich wiele. Na wideo i na zdjęciach z tego spotkania widać jednak, jak w pochmurny grudniowy dzień pojedynczy promień słońca przedarł się i oświetlił sylwetkę Figueroi, kiedy Chilijczyk wzniósł się w powietrze.

Szaleństwo na punkcie tego symbolicznego momentu było tak ogromne, że kobiety z Porto Alegre przychodziły regularnie pod drzwi domu Figueroi, by dotknął ich chorych dzieci i je uzdrowił. Dorobił się przydomku „Bóg Beira-Río”.

Brazylijski nowelista i dramaturg Nelson Rodriguez napisał o nim kiedyś: „elegancki jak przyodziany w garnitur hrabia, niebezpieczny jak tygrys bengalski”. Do dziś nierozstrzygnięty pozostaje spór, czy to on, czy jednak Ivan Zamorano jest najwybitniejszym piłkarzem w historii chilijskiego futbolu.

Na korzyść Figueroi przemawia fakt, że gdy występował w Brazylii, mówiono o nim jako o zawodniku niezwykle przypominającym stylem gry pewnego europejskiego giganta. Franza Beckenbauera. Tak jak legendarny Niemiec, tak i Figueroa doskonale czytał grę, przewidywał posunięcia przeciwników na zielonej szachownicy, ale i wiedział, w którym momencie powinien opuścić swój posterunek i włączyć tryb ofensywny.

Zresztą sam Beckenbauer twierdził, że Figueroa był jednym z najlepszych na swojej pozycji w historii futbolu. Podobne zdania wygłosili też swego czasu Pele czy Daniel Passarella.

Z reprezentacją Chile Figueroa wystąpił na trzech mundialach, po jednym w latach 60. (Anglia 66), 70. (Niemcy 74) i 80. (Hiszpania 82). Trzykrotnie z rzędu był wybierany najlepszym piłkarzem grającym w Ameryce Południowej, co w tamtych czasach, kiedy najzdolniejsi zawodnicy nie trafiali do Europy w wieku nastoletnim, było nie lada osiągnięciem.

88. SAMUEL ETO’O

W barwach Mallorki był groźny i obiecujący. W barwach Interu był niezwykle pożyteczny. Z kolei w barwach Barcelony był po prostu fenomenalny. Samuel Eto’o na początku bieżącego stulecia wyrósł na gwiazdę ligi hiszpańskiej i kroczek po kroczku budował swoją pozycję w świecie futbolu, aż wreszcie stał się jedną z najwybitniejszych dziewiątek ostatnich lat.

Właściwie trudno cokolwiek Kameruńczykowi zarzucić. W barwach FC Barcelony wygrał wszystko, wielokrotnie triumfował zarówno na krajowej, jak i europejskiej arenie. Zdobywał kluczowe gole w starciach o największym ciężarze gatunkowym, a to jest zawsze dla napastnika zadanie najtrudniejsze. Natłuc bramek ogórasom w lidze? Ha, wielu to potrafi. Ale wpakować piłkę do siatki w dwóch finałach Champions League? To już specjalność nielicznych, tymczasem Eto’o takim osiągnięciem może się pochwalić. Najważniejsze europejskie rozgrywki zawojował zresztą trzykrotnie, triumfując w nich także jako zawodnik Interu Mediolan. Wtedy zresztą dowiódł, jak inteligentnym i elastycznym jest piłkarzem. Jako żołnierz Jose Mourinho, musiał się bowiem liczyć z walką na wielu frontach, często desantowano go na kompletnie niezbadanym terytorium.

Radził sobie nawet wówczas, gdy portugalski szkoleniowiec przesunął go awaryjnie na prawą stronę defensywy. – Samuel u Jose grał głównie na prawej stronie ataku. Kiedy do klubu przyszedł Rafa Benitez, to też chciał go ustawić na tej pozycji. Eto’o zaprotestował: „Nie chcę tam grać. Robiłem to wyłącznie dla Mourinho” – wspomniał Wesley Sneijder w swojej autobiografii.

Sukcesy Eto’o nie kończą się jednak wyłącznie na futbolu klubowym. Kameruńczyk dwukrotnie powiódł swoją reprezentację do triumfu w Pucharze Narodów Afryki.

Nie był to wymarzony napastnik do prowadzenia – swoje utarczki miał z nim nie tylko Benitez, ale i Frank Rijkaard, czy nawet wspomniany Mourinho. Nie wspominając już o tym, jak dużą niechęcią darzą się nawzajem Eto’o i Pep Guardiola. Niemniej, większość szkoleniowców przyjmowała nieco krnąbrną postawę kameruńskiego super-snajpera za dopust boży. Z prostej przyczyny – jego obecność w klubie gwarantowała gole i najcenniejsze trofea.

Czepiać można się Eto’o w zasadzie wyłącznie o brzydki finisz pięknej kariery. Jednak w swoim najlepszym czasie Kameruńczyk był zwyczajnie nie do zdarcia. – Kiedy Ronaldinho przyszedł do Barcelony, klub nie wygrał niczego. Kiedy ja tu trafiłem, wygraliśmy wszystko – stwierdził swego czasu Eto’o. Z właściwą sobie skromnością.

87. PAOLO ROSSI

Dla doświadczonego polskiego kibica, pamiętającego jeszcze mundialowe medale biało-czerwonych, Paolo Rossi jest jednym z największych nocnych koszmarów. To właśnie jego dublet w półfinale mistrzostw świata sprawił, że w 1982 roku nie zagraliśmy o złoto najważniejszej piłkarskiej imprezy na świecie.

Bolesne to tym bardziej, że trudno powiedzieć, by Paolo Rossi był wtedy napastnikiem uważanym za jednego z najlepszych na świecie. Ba, on na ten mundial miał w ogóle nie pojechać.

W 1980 roku włoską piłką wstrząsnęła afera korupcyjna „Totto nero”. „Czarnego totka”. Nakręcona przez Massimo Crucianiego i Alvaro Trincę, którzy uznali, że zarobią fortunę na obstawianiu wyników meczów włoskich klubów, wynagradzając za odpowiednie rozstrzygnięcia konkretnych zawodników. Sprawa się rypła, w niedzielę 23 marca policyjne samochody wjechały na sześć ligowych boisk, by funkcjonariusze mogli zakuć w kajdany zawodników odbywających przerwę w szatni.

Na liście skorumpowanych znalazło się nazwisko Paolo Rossiego. Złotego chłopca włoskiej piłki, który mimo bardzo słabych początków w Juventusie i na wypożyczeniu w Como (zaledwie 6 meczów w rok w Serie B) rozbłysnął pod wodzą trenera Giovana Fabbriego w Vicenzie. Przekonał do siebie do tego stopnia, że gdy przyszło składać oferty po zakończeniu okresu współwłaścicielstwa piłkarza, Vicenza pobiła transferowy rekord świata. Stamtąd zaś po spadku trafił do Perugii, gdzie skumał się z niewłaściwymi ludźmi.

Wspomniany Cruciani zeznał bowiem, że Rossi dostał od niego 2 miliony lirów za 2:2 i strzelonego gola w meczu z Avellino. Paolo skompletował dublet, umowę wypełnił, ale za wejście w układy z oszustami dostał trzy lata zawieszenia.

1980 + 3, no jak byk oznaczało to, że na mundial w 1982 Rossi nie pojedzie. Dla włoskiego kibica to był cios prosto w serce, bo przecież w 1978 Rossi dostał Srebrną Piłkę dla drugiego najlepszego piłkarza mistrzostw, po świetnym sezonie z Vicenzą (król strzelców Serie A) strzelał Francji, Węgrom i Austrii. Italia zatrzymała się dopiero w półfinale na Holendrach. Nadzieje były przed starciem o finał tym większe, że w meczu o złoto czekała Argentyna, którą wcześniej już Włosi pokonali.

Federacja zdecydowała się jednak skrócić zawieszenie Rossiego tak, by mógł na mistrzostwa pojechać. Ba, mógł zagrać już w sezonie 1981/92, przed którym z powrotem ściągnął go do siebie Juventus. Ten sam Juventus, który najpierw skreślił jego starszego brata, a później – także i jego. Nie było jednak tak, że nagle odpalił, że na mundial ruszył w niesamowitej formie. Po pierwszych trzech meczach grupowych krytykowano go, że snuje się po boisku jak duch. Włosi zdobyli zaledwie dwie bramki w trzech pierwszych meczach, ledwo wyszli z grupy z trzema punktami za trzy remisy, jedynie lepszym stosunkiem bramek niż ten Kamerunu (2:2 vs. 1:1).

Od drugiej fazy grupowej, a konkretnie od ostatniego jej spotkania, zaczął się jednak Paolo Rossi show.

My najbardziej pamiętamy spotkanie przeciwko Polsce, ale świat Rossi zachwycił najbardziej kilka dni wcześniej, gdy naprzeciw, w bezpośrednim starciu o wyjście z grupy, stanęła wielka Brazylia. Brazylia z Zico, z Falcao, z Socratesem.

Scena miała tego dnia tylko jednego bohatera. Rossi nie strzelał w tamtym spotkaniu goli pięknych. Miały one raczej urodę bramek Filippo Inzaghiego. Ale wyczuwał okazje jak pies myśliwski wyczuwa zwierzynę. A to stanął na drodze uderzenia i zmienił jego kierunek, a to zaś przeciął niechlujne podanie rywala, by stanąć oko w oko z bramkarzem. Trzy razy w tym meczu był remis – 0:0, 1:1 i 2:2, trzykrotnie Rossi dawał Italii prowadzenie.

To, dublet z Polską, wreszcie pierwsze z trzech włoskich trafień w finale z RFN – wszystko dało mu miano dopiero trzeciego w historii piłkarza, który na jednym mundialu zgarnął wszystkie trzy najważniejsze nagrody. Złoty medal, Złotą Piłkę dla najlepszego zawodnika, a także Złotego Buta dla króla strzelców. Przed nim dokonali tego tylko Garrincha (w 1962) i Mario Kempes w 1978.

W piłce klubowej osiągnął mniej niż w reprezentacyjnej, dość powiedzieć, że przez cztery lata w Juventusie naszpikowanym gwiazdami – z Bońkiem czy Platinim za plecami – zdobył zaledwie 24 ligowe gole. Im większa była jednak okazja, tym bardziej drapieżne oblicze Rossiego oglądaliśmy. Mistrzostwa mistrzostwami, w ostatnim sezonie w Starej Damie Rossi został przecież też zdobywcą Pucharu Europy, samemu będąc 3. najlepszym strzelcem rozgrywek (jedynie za Platinim i Torbjörnem Nilssonem). Stąd pamiętając też, o ile bardziej prestiżową imprezą był w latach 70. i 80. mundial, zwyczajnym nieporozumieniem byłoby pominięcie niekwestionowanego bohatera dwóch z nich.

86. ROB RENSENBRINK

Gdyby to był ranking piłkarzy z najlepszym poczuciem humoru, Rensenbrink nie załapałby się nawet do TOP1000. Wśród Holendrów. O imieniu Rob. W ramach primaaprilisowego żartu on i Willem van Hanegem wmówili dziennikarzom, że ich kolega z kadry – Johnny Rep nie żyje, bo zginął w katastrofie helikoptera. No ubaw po pachy.

Ale Rensenbrink na szczęście dla futbolu był zdecydowanie bardziej pomysłowym grajkiem, gdy zakładał buty i zamiast mówić ustami, przemawiał swoją grą.

Czy to najwybitniejszy piłkarz holenderski, który nie zagrał ani w Ajaksie, ani w Feyenoordzie, ani w PSV? Wielce prawdopodobne. Choć w młodym wieku zachwycał w amsterdamskim DWS, kiedy decydował się na kolejny krok, PSV nie należało do zespołów, w kierunku których spoglądało się będąc piekielnie utalentowanym lewonożnym dryblerem mijającym obrońców z taką łatwością, z jaką rano smaruje się tosta masłem. Z kolei Feyenoord i Ajax miały na pozycji Rensenbrinka prawdziwych kozaków. W Rotterdamie lewa strona należała do pięknie się starzejącego Coena Moulijna, w razie potrzeby zmienianego przez Wima van Hanegema. W Amsterdamie przyszłoby mu się mierzyć z jeszcze większymi grajcarami. Johan Cruyff i Piet Keizer. Powodzenia.

Gdy więc odchodził z DWS, wybrał ścieżkę nieoczywistą. Prowadzącą do Brugii. Wtedy nie mógł jeszcze wiedzieć, że nie rozegra już choćby jednego spotkania w lidze holenderskiej, a całą karierę spędzi poza ojczyzną.

Czy żałował? Na pewno nie. W Club Brugge nie zaznał co prawda smaku mistrzostwa kraju, ale to tam zapracował sobie na przenosiny do Anderlechtu, stając się kluczową postacią jednej z najlepszych ekip w historii futbolu w krajach Beneluksu.

Grając przeciwko Anderlechtowi, szalejącego Rensenbrinka nie potrafił zatrzymać nawet wielki Franz Beckenbauer. Fiołki w pierwszym etapie gry Rensenbrinka dwukrotnie wygrały ligę, by późnij oddać krajową dominację, ale wygrać dwa Puchary Zdobywców Pucharów i dwa Superpuchary Europy.

Popisy Rensenbrinka nie uchodziły selekcjonerom Oranje, tak uzdolnionego technicznie gracza nie wypadało nie powoływać. I tak Rensenbrink został dwa razy wicemistrzem świata, w 1978 roku znajdując się o kilkanaście centymetrów od piłkarskiej nieśmiertelności.

Doliczony czas gry finału z Argentyną. Kilka minut wcześniej Dirk Nanninga wyrównał stan meczu, zanosiło się na dogrywkę. Holendrzy zagrali jednak piłkę ze środka boiska bezpośrednio w pole karne, gdzie Argentyńczycy kompletnie zgłupieli. Futbolówka leciała, leciała, odbiła się od murawy i spadła na lepszą, lewą nogę Rensenbrinka. Ubaldo Fillol źle wyszedł do rywala, odsłonił mu krótki słupek. I wtedy Rensenbrinka jego niezawodna zwykle kończyna zawiodła.

Trafił w słupek.

Holendrzy nie zostali szóstą reprezentacją szczycącą się tytułem mistrza świata, nie udało im się to po dziś dzień. Wtedy byli najbliżej.

Tym lepiej, że to on, a nie jakiś no name, któremu wyszedł jeden strzał w życiu, został zdobywcą równo tysięcznej bramki w historii mistrzostw świata. To zawsze jakaś, choć tylko minimalna, osłoda.

85. JOSE LEANDRO ANDRADE

Nazywano go Maravilla Negra, czyli „Czarny Cud”. Po przeczytaniu takiej ksywki od razu można sobie wyobrazić jakiegoś wybitnego dryblera albo bramkostrzelnego napastnika, ale to nie ten przypadek. Jose Leandro Andrade był – wedle dzisiejszej nomenklatury – defensywnym pomocnikiem. A raczej skrzyżowaniem defensywnego pomocnika z bocznym obrońcą. Nie pytajcie o szczegóły. Dość powiedzieć, że była to typowa pozycja dla przedwojennych systemów taktycznych.

Urodzony w 1901 roku Urugwajczyk swoją boiskową rolę dopracował natomiast do absolutnej perfekcji.

Andrade w ojczyźnie stał się postacią niemalże mityczną, owianą zupełnie zdumiewającymi legendami. Jego matka była najprawdopodobniej Argentynką. Za ojca podał się natomiast w szpitalu mężczyzna, który w 1901 roku zbliżał się do… setnych urodzin. Był niewolnikiem-uciekinierem, do Brazylii przedostał się bliżej nieznanym sposobem z Afryki Zachodniej. Wśród okolicznych mieszkańców zasłynął jako wzięty szaman. Zarabiał na życie odprawiając przedziwne, rzekomo lecznicze rytuały, a przede wszystkim rzucając miłosne zaklęcia i sprzedając afrodyzjaki.

Stanowi to jakąś podpowiedź w kwestii tego, jak takiemu staremu dziadydze udało się zbałamucić tajemniczą Argentynkę i spłodzić z nią syna.

Kiedy Andrade-junior przeniósł się z rodzinnej miejscowości Salto do stolicy kraju, Montevideo, by zostać tam profesjonalnym piłkarzem? Temat badał Hans Ulrich Gumbrecht w książce „In Praise of Athletic Beauty”, ale nie udało mu się dogrzebać żadnych szczegółów. Znów musimy opierać się na informacjach z pogranicza prawdy i legendy. Jedna z wersji głosi, że większą część swojego nastoletniego życia upłynęła Andrade na działalności kupiecko-artystycznej. Miał on pracować jako sprzedawca gazet i pucybut, a wieczorami dorabiać sobie grą na tamburynie, bębnach i skrzypcach. Wedle innej teorii, chłopak poszedł raczej w ślady ojca i zainteresował się branżą matrymonialną. Podobno jako nastolatek został żigolakiem w portowej dzielnicy Salto.

Jest to w sumie dość prawdopodobne. W 1925 roku u 24-letniego wówczas piłkarza zdiagnozowano syfilis. – Na pierwszy rzut oka Andrade nie wygląda na chorego. Chyba stracił kilka kilogramów, ale to wszystko. Wrażenie ulega jednak zmianie, gdy zacznie się z nim rozmawiać. Na jego twarzy wypisana jest depresja – pisał po latach jeden z niewielu urugwajskich dziennikarzy, którym udało się porozmawiać z zawodnikiem o jego chorobie.

Kłopoty ze zdrowiem nie przeszkodziły jednak defensywnemu pomocnikowi w osiąganiu gigantycznych sukcesów. Andrade to trzykrotny mistrz Urugwaju, w swoim czasie największa gwiazda tamtejszej ligi, zawodnik uwielbiany i przyciągający na stadiony dzikie tłumy kibiców. Przede wszystkim jednak, błyszczał on na arenie międzynarodowej. Najpierw dwa razy poprowadził swój zespół do triumfu na Igrzyskach Olimpijskich, zachwycając publikę, a w 1930 roku zwyciężył z urugwajską kadrą na pierwszym w dziejach mundialu. Do tego trzeba jeszcze doliczyć trzy mistrzostwa Ameryki Południowej.

Dzień po zwycięstwie w mistrzostwach świata został w Urugwaju ogłoszony świętem narodowym, tak mocno rozradowany naród celebrował ten sukces.

Jeżeli chodzi o kwestie czysto piłkarskie, Andrade był zdecydowanie wyróżniającą się postacią drużyny narodowej, jej niekwestionowanym liderem, choć jego popularność wykraczała daleko, daleko poza bramy stadionów.

Trudno dzisiaj stwierdzić, jak dobry był Andrade. Relacje z jego występów są zbyt entuzjastyczne, by dawać im wiarę – dowodzi cytowany już Gumbrecht. – Wszyscy naoczni świadkowie jego gry podkreślają natomiast niesamowitą elegancję w ruchach. Zasłynął też z tego, że nigdy nie okazywał radości ze zdobytych bramek. Nie pojawiał się również na treningach, a czasami zdarzało mu się nawet nie dotrzeć na mecz. To tłumaczy, dlaczego ominęło go tak wiele spotkań kadry.

Mimo wszystko, poświęcenia dla kadry nie można mu odmówić. Podczas półfinałowego meczu Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie (1928) pomocnik urugwajskiej drużyny stracił wzrok w jednym oku. Prawdopodobnie wskutek zderzenia ze słupkiem, które było efektem rozpaczliwej interwencji, ratującej zespół przed utratą gola.

Dziennikarze z tamtych lat nie mają wątpliwości. W latach dwudziestych nie było na globie lepszej drużyny piłkarskiej od reprezentacji Urugwaju. Andrade grał w niej jedną z głównych ról.

Podczas Igrzysk Olimpijskich w Paryżu (1924), gdy choroba nie dawała mu się jeszcze we znaki, Andrade stał się tak popularny wśród kobiet, że wzbudzał wręcz zazdrość kolegów z drużyny. Jego karnacja, elegancja w ruchach i atletyczna sylwetka zrobiły takie wrażenie na Francuzkach, że zawodnikowi proponowano nawet występy taneczne w Moulin Rouge. Urugwajczyk pozwolił się uwieść jednej z największych skandalistek przedwojennego Paryża, pisarce Sidonie-Gabrielle Colette, która mówiła potem o nim, że jest „subtelny i barbarzyński zarazem”. Miłe chwile z piłkarzem przeżyła również Josephine Baker, francuska tancerka i aktorka, a przy okazji… jedna z kochanek biseksualnej Colette. Ot, miłosny trójkącik. – Josephine Baker była pierwszą czarnoskórą gwiazdą kina, a Jose Leandro Andrade był pierwszym czarnoskórym gwiazdorem futbolu – pisze Brian Oliver z brytyjskiego Guardiana.

Finał mistrzostw świata z 1930 roku był niestety ostatnim występem Andrade w narodowych barwach. Umieszczono go na trzecim miejscu wśród najlepszych zawodników turnieju, ale widać było, że piłkarz jest już, mówiąc z angielska, past-prime. U szczytu formy pewne odebrałby jeszcze poważniejsze wyróżnienia.

Wkrótce jego kariera dobiegła nieubłaganego końca. Historia jego życia kończy się zaś bez planszy z cyklu: „I żyli długo i szczęśliwie”. W 1956 roku niemiecki dziennikarz, Fritz Hack, wyprawił się do Urugwaju w poszukiwaniu jednej z największych gwiazd przedwojennego futbolu. Okazało się, że odnalezienie Andrade nie jest zadaniem prostym, ponieważ piłkarz przepadł jak kamień w wodę i przestał utrzymywać kontakt z krewnymi, o byłych kolegach z kadry nie wspominając. Dociekliwy Hack nie dał jednak za wygraną i w końcu odnalazł dawnego kochanka paryskich artystek. Andrade gnieździł się na poddaszu opuszczonej chałupy. Choroba kompletnie zdewastowała jego organizm, a alkohol tylko przyspieszył całkowitą degrengoladę.

Piłkarz nie potrafił nawet składnie odpowiedzieć, jak się nazywa. Zmarł w przytułku, w wieku 55 lat.

84. KAKÁ

Dwa palce wskazujące skierowane ku górze. Spojrzenie również. Kibice Milanu naoglądali się tego gestu co nie miara. Bardzo, ale to bardzo często był on poprzedzony błyskiem geniuszu jednego z najwybitniejszych zawodników, którzy przywdziewali czerwono-czarne barwy klubu z Mediolanu.

Jego błyskotliwość w tamtym okresie, w okresie gry dla Rossonerich, wznosiła się na absolutne wyżyny. W 2007 roku, po wygraniu z Milanem Ligi Mistrzów, został wybrany najlepszym piłkarzem świata. Ale jego najbardziej pamiętny moment w meczu o Puchar Mistrzów, to ta niezwykła asysta dwa lata wcześniej, gdy Liverpool dokonał cudu w Stambule.

Gdyby trzeba było Kakę w jego prime time scharakteryzować kilkusekundowym klipem, byłyby to właśnie te dwa magiczne dotknięcia piłki. Pierwsze – przyjęcie podania z obrotem, który kompletnie zmylił pilnującego Brazylijczyka Stevena Gerrarda. Drugie – zagranie z własnej połowy za linię obrony Liverpoolu. Piłka zdaje się być w zasięgu Jamiego Carraghera, ale jednak mija jego wyciągniętą nogę o włos i dobiega celu – Hernana Crespo. Drugi raz tego wieczora, w odstępie zaledwie kilku minut, Kaka obsługuje Argentyńczyka doskonałym zagraniem za linię defensywy. Wcześniej w dużym tłoku zrobił to samo przed szesnastką The Reds.

Dla niego kupowało się bilety na Milan, można było bowiem być pewnym, że zachwyci swoją techniką, nieprawdopodobną elegancją w poruszaniu się po boisku i prowadzeniu futbolówki. Tak jak on wielokrotnie podkreślał, że swój los zawierza Jezusowi, tak piłka zdawała się na 90 minut zawierzać swój los brazylijskiemu maestro.

W 2009 roku Kaka na niecały miesiąc został najdroższym piłkarzem świata, lecz zamiast napędzić kolejny etap pięknej kariery, przenosiny do Realu Madryt Brazylijczyka zastopowały. Nie stał się choćby po części tak wpływowym dla losów Królewskich graczem jak ten, który wskoczył w klasyfikacji transferowej ponad niego – Cristiano Ronaldo.

Do Milanu w 2013 wracał już w zupełnie innym punkcie kariery. Skreślony przez Jose Mourinho, w czym udział miała również odniesiona w Madrycie ciężka kontuzja kolana. Dzięki powrotowi na stare śmieci dobił co prawda do setki goli w barwach włoskiego klubu, ale ani Milan nie rozdawał już kart w Europie, ani Kaka nie był tym samym graczem, o którym marzył każdy klub na świecie. Liczbowo zaliczył najsłabszy ze swoich sezonów w Mediolanie.

83. LUIGI RIVA

Idziemy o zakład, że gdybyście bez sprawdzania mieli powiedzieć, kto jest najlepszym strzelcem reprezentacji Włoch w historii, maleńki procent wskazałby właśnie Luigiego Rivę. Del Piero, Baggio, Rossi – nasuwają się raczej takie nazwiska. Tymczasem to właśnie były zawodnik Cagliari dzierży od prawie pół wieku ten dość prestiżowy rekord.

Godna podziwu jest też wierność Rivy barwom zespołu z Sardynii. To właśnie przenosiny skrzydłowego (przemianowany na napastnika został później) z Legnano położyły podwaliny pod jedno z najbardziej szokujących rozstrzygnięć w historii Serie A. Pod jedyne scudetto Sardynii.

Riva w Sardynii się zakochał, choć przecież nie była to miłość łatwa. – Spójrzcie na mapę, a dowiecie się, co myślą o nas Włosi – mówił swoim piłkarzom trener Manlio Scopigno. Jeśli nie wiecie – Sardynia wygląda jakby wielki but wygląda ją z dala od lądowej części Włoch.

Zresztą sam Riva po powrocie z Sardynii powiedział siostrze, że to sprawiła na nim wrażenie włoskiej Afryki. Takiego miejsca, gdzie zsyła się za karę.

Ale do Sardynii się przekonał i został jednym z najznakomitszych obywateli tej wyspy. – Riva jest dla Sardynii kimś wiecznym, legendą, niemalże obiektem kultu – mówił Vito Biolchini, dziennikarz z Cagliari.

Jak czytamy w książce Johna Foota „Calcio. Historia włoskiego futbolu”, Riva stał się ikoną. Nie tylko był świetnym piłkarzem, był też znakomicie zbudowany, przez co „bary oraz sypialnie, nie tylko na Sardynii, pełne były plakatów z jego podobizną”.

Piłkarzem był odważnym, brawurowym, uosobieniem słów o wsadzaniu głowy tam, gdzie inni boją się wstawić nogę. Miał przy tym lekkość zdobywania bramek spektakularnych. Ta zdobyta szczupakiem w eliminacjach mistrzostw świata przeciwko NRD, to tylko jeden z wielu przykładów.

Trzy razy został dzięki temu królem strzelców Serie A, trzykrotnie nie miał też w tym względzie sobie równych w Coppa Italia. Najpiękniejszy okres w karierze przypadł na lata 1968-70. To wtedy zdobył to pamiętne scudetto z Cagliari, został mistrzem Europy z reprezentacją Italii (zdobył gola w finale z Serbią), a także dwa razy z rzędu mógł się tytułować capocannoniere.

82. LUIS SUAREZ

Sezon 2015/16. Luis Suarez zdobywa 40 bramek w lidze hiszpańskiej i zgarnia Trofeo Pichichi, na dokładkę otrzymując też Złoty But – nagrodę dla najlepszego strzelca w Europie. To już drugi bucior ze złota, który trafia nad kominek urugwajskiego super-snajpera. Wiadomo, nie mówimy o najbardziej prestiżowej nagrodzie jaką zna futbol. Ale dwa Złote Buty zdobyte w epoce Cristiano Ronaldo i Lionela Messiego to osiągnięcie niebagatelne. Wybitne. Świadczące o niezwykłej klasie. Suarez momentami grał w tej samej lidze co ci dwaj giganci. Był skuteczny, spektakularny. Siląc się na wielkie słowa można nawet powiedzieć, że nieokiełznany.

Oczywiście nie zawsze w pozytywnym znaczeniu. Ekscesy z jego udziałem nie ograniczają się przecież wyłącznie do kąsania przeciwników. Suarez to również notoryczny symulant, na dodatek zawodnik, który nie stroni od fauli bez piłki. Cóż – taki jego urok.

Swoje wyskoki Urugwajczyk rekompensuje z nawiązką pięknymi golami. Strzelał ich mnóstwo w lidze holenderskiej, angielskiej, a w ostatnich latach skutecznością błyszczy na hiszpańskich boiskach. Pewnie wielu kibiców jako jego najbardziej spektakularny sezon wciąż kojarzy rozgrywki 2013/14, gdy urugwajski snajper kompletnie zdominował Premier League i zanotował aż 31 trafień, które ostatecznie nie przełożyły się jednak na mistrzowski tytuł dla The Reds. Najcenniejsze trofea Suarez zaczął kompletować dopiero po przeprowadzce do Katalonii. Z Barceloną wygrał wszystko, z Ligą Mistrzów włącznie. W finale z Juventusem walnął zresztą kluczowego gola.

Do tego nie sposób nie wspomnieć o reprezentacyjnej przygodzie Suareza. Triumf na Copa America w 2011 roku i czwarte miejsce na mundialu w Republice Południowej Afryki to sukcesy, których niewątpliwie nie byłoby bez Luisa. Jego heroicznej robinsonady pewnie nie trzeba nikomu przypominać, ale i tak to zrobimy. Dla kibiców z Urugwaju jest to scena wręcz kultowa.

– Gdybym miał wybrać jednego napastnika do mojego zespołu i nie mógłby to być Messi, wskazałbym na Suareza. Barcelona była drużyną, gdzie wykorzystano wszystko jego atuty. To ktoś więcej niż doskonały strzelec – jest kreatywny, ciężko pracuje, wywiera wpływ na przebieg meczu w różnych płaszczyznach. To zawodnik szanowany nie tylko przez kibiców, ale również przez partnerów z zespołu. Szanują go przede wszystkim za ciężką pracę – stwierdził swego czasu Brendan Rodgers i trudno nie przyznać mu racji.

Suarez w konkursach popularności brylować nigdy nie będzie. Za dużo ma za uszami. Jego piłkarska klasa jest jednak niepodważalna.

81. JOHN CHARLES

Jesteście w stanie wyobrazić sobie brytyjskiego stopera, który przez całą karierę nie został ukarany choćby jedną żółtą czy czerwoną kartką? Który trafia do ligi włoskiej i zyskuje sobie przydomek „Il Gigante Buono”? „Łagodny olbrzym”?

Jeśli już samo to brzmi irracjonalnie, to dodajmy jeszcze jeden z pozoru niepasujący element. Otóż ten środkowy obrońca jest też równocześnie znakomitym napastnikiem.

Oto kariera Johna Charlesa, po dziś dzień uważanego za najwybitniejszego zagranicznego piłkarza w dziejach Juventusu. Tercet, jaki stworzył z Omarem Sivorim i Giampiero Bonipertim, to jeden z najlepszych, jakie kiedykolwiek oglądali włoscy kibice. Nim Charles pojawił się w Turynie, Juventus przeżywał niesamowite ciężary. Balansował tuż nad strefą spadkową, o romansie z czołówką mógł pomarzyć.

Stąd zdecydowano się ściągnąć posiłki nieprzetartym jeszcze szlakiem, z Wielkiej Brytanii. Nigdy wcześniej nikt nie zapłacił za piłkarza z angielskiego klubu tyle, ile Juventus bez szemrania wydał na Charlesa. Piłkarz dostał co prawda niższy kontrakt niż w Leeds, ale odbił to sobie w bonusach. Ten za podpis – 10 tysięcy funtów – był równowartością 625 jego tygodniówek (16 funtów), a w pakiecie powitalnym znalazły się też klucze do mieszkania i samochód marki FIAT. Do tego był suto wynagradzany za bramki, asysty i występy w pasiastej koszulce. Potrafił za spotkanie zgarnąć równowartość dwunastu-trzynastu pensji.

Nic dziwnego, skoro gole strzelał jak na zawołanie. Obrońcy we Włoszech nie potrafili znaleźć na niego sposobu, był zawodnikiem o tak potężnej budowie, że obrońcy się od niego odbijali. Wygrać z nim pojedynek główkowy, to jak wejść na Mount Everest bez tlenu. A jednocześnie był szybki, zwinny i bezlitosny pod bramką. To, co przychodziło mu z łatwością w Anglii (w najlepszym sezonie w Leeds strzelił 42 gole w 39 meczach), udanie powtarzał na boiskach Italii. Pierwsze dwa sezony to dwa tytuły capocannoniere. Kibice Juventusu zgromadzeni tłumnie na lotnisku w dniu jego transferu mieli rację śpiewając: „oto nasz zbawiciel”.

Kiedy po pięciu latach żegnał się z Turynem, by wrócić do Leeds, w bagażu miał trzy złote medale Serie A oraz dwa za zwycięstwa w pucharze Włoch. John Foot w książce „Calcio” pisał po latach: „Charles i Sivori dokonali transformacji Juventusu”. Walijczyk wrócił później na krótko do Włoch, ale w barwach Romy rozegrał garstkę meczów nim zdecydował, że tęskno mu za ojczyzną i wrócił do Cardiff.

MICHAŁ KOŁKOWSKI
SZYMON PODSTUFKA

fot. NewsPix.pl/FotoPyK/Wikipedia

Opublikowane 11.04.2020 14:00 przez

Szymon Podstufka

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 83
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Placzul
Placzul

Fundambu wygra

alltor
alltor

Takich rankingów jest od groma. Proponuję coś bardziej oryginalnego np. ranking najlepszych duetów napastników albo nawet tercetów ofensywnych (najlepiej z pominięciem czasów prehistorycznych).

alltor
alltor

Tyle minusów za rzucenie luźnej propozycji? 😀 Komentujący na Weszło to poziom komentujących na Youtubach, gazetach, interiach i dawnych onetach. xD

SylwekWawa
SylwekWawa

Miejsca w Top 100 nie powinien mieć Suarez. To psychol, który w trakcie meczu ugryzł Chielliniego. Oprócz niego w mojej setce nie byłoby Alvesa i Lahma. Czekam na kolejne odcinki. To oczywiście zabawa, bo jak porównać kto był lepszym graczem na przestrzeni ponad 100 lat?

chory czlowiek
chory czlowiek

Raczej 98

FC Bazuka Bolencin
FC Bazuka Bolencin

Ranking bardzo subiektywny, jak większość tego typu. Zresztą jak porównać piłkarzy z lat 50. czy 60.-tych których się nawet na oczy nie widziało do obecnych? Nawet dwa trzecie miejsca na MŚ naszej kadry (74 i 82) chociaż różniło je raptem 8 lat to są inaczej odbierane. Już nie mówiąc np. o golu Citki na Wembley, który z perspektywy lat jawi się jako jakaś efemeryda (bramka w przegranym meczu w przegranych w bardzo przeciętnym stylu eliminacjach), a wtedy to był szał jakbyśmy co najmniej na mundial awansowali a jemu zapewniła nawet wygraną w plebiscytach kosztem złotych medalistów olimpijskich z Atlanty 😀 Poza tym każdy będzie patrzył przychylniejszym okiem na te czasy kiedy był najbardziej zajawiony na punkcie piłki. Wiadomo – gwiazdy sprzed lat typu Beckenbauer, Pele, Eusebio czy Cruyff zawsze będą wysoko bo stały się kultowe, ale już pozostali polegną z tymi przereklamowanymi z czasów nowożytnych typu Neymar czy Pogba.

ogqozo
ogqozo

Gwoli sprawiedliwości, to, jak wiemy z rankingów „najlepsi na świecie 2019” – Weszło w przypadku oceniania współczesnych piłkarzy też kieruje się tylko podsumowaniami na Wikipedii, więc to że niewiele widzieli z kariery piłkarzy Urugwaju z lat 50. aż takiej różnicy nie robi.

5 jezdziec apoka(L)ipsy.
5 jezdziec apoka(L)ipsy.

paolo rossi – zawodnik jednego turnieju – jego dorobek bramkowy to jakis zart. Absolutnie nie powinien byc na tej liscie.

Johb
Johb

1. Messi
2. C. Ronaldo
3. Pele
4. Madonna
5. Curyff
6. Di Stefano
7. Sir Bobby Charlton
8. Ronaldo
9. Eusebio
10. Zidane

Grzegorz
Grzegorz

Madonna 🙂

zebmccain
zebmccain

Messi i C. Ronaldo dobre, hehe. A ten Curyff to, gdzie grał, że u Ciebie na 5tym miejscu?

Seb
Seb

Stolicą mody są Kielce a nie jakiś Mediolan.

agbonlahor
agbonlahor

Lampard, Terry – mam nadzieję ich tu zobaczyć

Stanislav Levy
Stanislav Levy

John Charles „Jesteście w stanie wyobrazić sobie brytyjskiego stopera, który przez całą karierę nie został ukarany choćby jedną żółtą czy czerwoną kartką?”
W przypadku Charlesa jestem sobie to w stanie wyobrazić, gdyż jego kariera przypada na lata 1949-1974, z czego ostatnie sześć to gra w Southern League, a ostatnie dwa to przebywanie jako w walijskim klubie Merthyr Tydfil, w którym to nawet nie ma wzmianek czy zagrał, a co dopiero żeby dostał kartkę.
Kartki wprowadzono w 1970 roku na mundialu w Meksyku…

Jasko
Jasko

Suarez nad Kaką… matko już się boje co dalej..

Pecewu
Pecewu

Nie ma co się łudzić, na 1. miejscu na Weszło musi być Leo Messi.

Nieważne jednak, co inni mówią, dla mnie najlepszym w historii był Zinedine Zidane.
Praktycznie w pojedynkę pokonał Brazylię w 1998 i 2006 roku, miał najlepsze przyjęcie w historii piłki nożnej, spopularyzował wiele zwodów, które weszły do kanonu (słynna ruleta). Wygrał wszystko, co było do wygrania. W każdym finale zdobył przynajmniej jednego kluczowego gola. I ten wolej z finału LM 2002… Coś pięknego.

Messi mimo wszystko dla mnie zawsze będzie po prostu Maradoną 2.0.
No i przede wszystkim najlepszy piłkarz w historii MUSI mieć na koncie mistrzostwo świata, czyli najważniejsze trofeum w futbolu (i w sporcie w ogóle). Jebać tę Ligę Mistrzów – ona jest co rok. Na wygranie mundialu masz maksymalnie 4 szanse w karierze.

Argentyna miała w poprzednim dziesięcioleciu taką pakę, że Messi nie ma wymówki. No nie możesz mieć wymówek, jeżeli twoja ofensywa to Higuain, Dybala i/lub Di Maria. Zidane wygrał pomimo beznadziejnego ataku Guivarch-Dugarry.

Karol
Karol

Z Zidane we Francji grali tacy pilkarze jak Barthez, Lizarazou, Blanc, Petit, Thuram, Deschamp, Desailly, Henry, Vieria, Pires, Djorkaeff, Wiltord, Sagnol, Trezeguet, Ribery, Abidal. Sam światowy top, gracze z najlepszych klubów świata.
Sporzjmy na dwa ostatnie mundiale Messiego. Tam poza atakiem i rodzynkami jak Mascherano i na siłę Otamendiego i Zabalety nie było powaznego gracza. W bramce jakis Armanii z Meksyku? Rojo i Garay których topem jest rezerwa w kolejno United i Realu Madryt? Banega ktory prime przypadał na sezon w Valencii, Pastore gwiazda Football managera. Co tu w ogóle porównywać, gdzie Krym a gdzie Rzym.

Różnica miedzy Francja 98-2000 a Argentyna Messiego jest taka, ze we Francji slabych piłkarzy byla garstka. W Argentynie większość, najlepsi zawodnicy byli ofensywni, a bez defensywy trofeów nie zdobędziesz.

Pecewu
Pecewu

Karol, zaintrygowałeś mnie, więc odpowiem.
Przeanalizowałem składy Francji z 1998 i Argentyny z 2018 roku:

Francja (skład z meczu otwarcia):
Barthez (AS Monaco, 27 lat) – Thuram (AC Parma, 26), Desailly (Chelsea, 29), Blanc (Olympique Marsylia, 32), Lizarazu (Olympique Marsylia, 28) – Djorkaeff (Inter, 30), Deschamps (Juventus, 29), Petit (Arsenal, 29), Henry (AS Monaco, 22) – Zidane (Juventus, 26) -Guivarch (Newcastle United, 27)
Ławka: Dugarry (Olympique Marsylia, 26), Trezeguet (AS Monaco, 20), Pires (Olympique Marsylia, 24), Leboeuf (Chelsea, 30), Boghossian (AC Parma, 27), Vieira (Arsenal, 22), Karembeu (Real Madryt, 27)

Po latach na papierze wygląda to lepiej niż było naprawdę. Henry, Trezeguet, Pires i Vieira byli jeszcze na początku swojej kariery.
W tamtym okresie głównymi gwiazdami byli: Petit, Zidane, Deschamps, Barthez, Desailly, Blanc, Dugarry, Karembeu, Djorkaeff
Atak to de facto: Dugarry i młodziutki Henry, Guivarch nie strzelił żadnej bramki.

A oto skład Argentyny z 2018 roku:
Caballero (Chelsea) – Salvio (Benfica), Otamendi (Manchester City), Rojo (Manchester United), Tagliafico (Ajax, rok później półfinał LM) – Meza (Independente), Mascherano (Hebei), Messi (wiadomo), Di Maria (PSG) – Aguero (Manchester City)
Ławka: Higuain (Juventus), Dybala (Juventus), Lo Celso (PSG)

Atak: Higuain! Dybala! Di Maria! Aguero! Messi! – jak można z taką paką odpaść w 1/8?

W 2014 roku Messi miał na obronie Demichelisa, Garaya i Zabaletę, w bramce Romero, w ataku Higuaina, Lavezziego i Aguer
W 2010 roku Messi strzelił 0 goli, miał: Samuela, Heinzego, Burdisso, Demichelisa, Di Marię w Realu, Mascherano w Liverpoolu, Pastore, Maxi Rodrigueza i Verona!
W 2006 roku miał: Abbondanzieriego, Ayalę (legenda Valencii), Burdisso (Inter), Colocciniego (Deportivo La Coruna), Heinze z Man Utd, Sorina z Villarealu, Aimara, Cambiasso, Riquelme, Mascherano, a w ataku Crespo, Cruza i Teveza.

A mimo to spierdolił wszystkie szanse, nie wygrał nawet głupiego Copa America. Argentyna czeka na tytuł od 1993 roku. Nie dziwne więc, że bardziej tam szanują Maradonę od Messiego. A po to się gra w klubach, żeby dostać się do repry i osiągnąć z nią sukces.

Oczywiście, rekordy Messiego robią wrażenie, ale czy zdobyłby 92 gole w erze Maldiniego, Nesty i innych wirtuozów defensywy? W czasach gdy ostra gra była puszczana bez faulu i mało było symulantów? Szczerze wątpię. Messi miał furę szczęścia, że pozwolono mu aplikować hormon wzrostu, że Barcelona go zauważyła w wieku 14 lat (bo wcale nie jest wychowankiem La Massi, jak się to przedstawia w mediach).

Piłka nożna ma ponad 160 lat historii. Jeżeli ktoś bez żadnej refleksji stawia na piedestał Messiego, to tak naprawdę okazuje brak szacunku do Pelego, który wygrał mundial 3 razy, z czego 2 razy prawie w pojedynkę, do Maradony, który przetarł szalki takim piłkarzom jak Messi właśnie, czy do Zidane’a i grubego Ronaldo, którzy nie pękali w finale mimo obserwujących ich 2 mld par oczu. Nie możesz być najlepszy, jeżeli nie wygrałeś mundialu. Tyle.

Bartosz S
Bartosz S

Mundial to trofeum zespołowe …tym tokiem rozumowania , gdyby np w Gabonie urodził się chłopak z „ piłka przy nodze „ , który umiejętnościami zjadłaby wszystkich oraz w klubowej piłce wygrałby wszystko gdzie ma możliwość wyboru i może grać tak gdzie jego możliwości pozwalają i wygrać wszystko , to i tak nie ma szans zdobyć INDYWIDUALNEJ nagrody , najlepszego piłkarza świata , ponieważ nie zdobył i nie miał szans zdobyć „ZESPOŁOWEGO/DRUŻYNOWEGO „ trofeum jakim jest Mistrzostwo Świata Reprezentacji . Przecież to się „kupy” nie trzyma , ten Wasz argument , ze nie zdobył mistrza świata to nie był i nie może byc najlepszy indywidualnie . GLUPKI

qdlaty81
qdlaty81

Jak jakikolwiek pilkarz bedzie odpowiedzialby za 92 goli swoich druzyn w jednym sezonie (2014/2015, 4g +2a w kadrze; 58g, 28a w Barcelonie) to mozesz go uznac za lepszego od Messiego (dla napastnikow).
Do tego czasu z calym szacunkiem ale nawet CR7 nie ma podjazdu.

Pecewu
Pecewu

Ekhm… 3 ligi mistrzów z rzędu… Ekhm… Messi może tylko pomarzyć o dwóch finałach z rzędu. I o sukcesie w reprezentacji, która przez kilka lat była liderem rankingu FIFA.

Bartosz S
Bartosz S

Czy Ty piłkę oglądasz na livescore? Przecież od lat wiadomo , ze piłka to sport drużynowy , a tej drużyny od kilku lat mimo znakomitych indywidualności w Argentynie nie było, nie tworzyli zgranej ekipy . Tak wiec te porównywanie nazwisk grających w poszczególnych turniejach to zrób sobie w FM, tam takie zestawienie ma większy sens

Pecewu
Pecewu

W piłkę gra się po to, aby zdobywać puchary, a nie jakieś armatki za króla strzelców.

Karol
Karol

Pecewu
Ok, przeanalizowałeś skład Francji i jak sam zauważyłeś gwiazdami było DZIEWIĘCIU graczy z tamtej ekipy. Przyjmę Twoje rozumowanie, bo ja bym dodał Thurama, niedocenianego pewnie przez pryzmat ekipy w jakiej grał. Niewiele osób pamięta, że tamta Parma była naprawdę mocna z wieloma genialnymi piłkarzami, gdzie w tamtym okresie biegali Crespo, Buffon, Chiesa czy Cannavaro. Dla mnie już wtedy Francuz był gwiazdorem.
Ale ok, to jest DZIĘWIECIU gwiazdorów! I to tylko na jednej imprezie, do tego młodzi gniewni w postaci Henry czy Vieiry. W 2010 na papierze kadra Argentyny była najsilniejsza, jednak przypominam kto prowadził wtedy Argentynę – Maradona. Człowiek który wychodził ustawieniem 4-2-4! W 2010!! Tam grali świetni piłkarze, jak Tevez, Mascherano, Cambiasso, Samuel, z Di Maria(grał wtedy jeszcze w Benfice) czy Heinze (który notabene już przegrał rywalizacje z Marcelo i musiał odejść do OM) się nie zgodzę. Messi bramki nie strzelił, ale sprytnie ominąłeś jego 4 asysty w turnieju.
2006 rok pominę, bo Messi był tam głównie rezerwowym, moim zdaniem niesłusznie, ale nie zamierzam podważać warsztatu świetnego trenera jakim jest Pekerman.
W 2014 doszli do finału, gdzie przegrali 1-0 z ekipą która rozjechała gospodarzy 7-1. Poniekąd potwierdziłeś moje słowa – poza atakiem na palcach jednej ręki można policzyć topowych graczy. Romero? To solidny bramkarz, nic wiecej. Demichelis? Nigdy nie wymieniany w gronie nawet TOP10 na świecie, pewnie nawet nie TOP30. Zabaletę wspomniałem, o Garayu i Rojo się wypowiedziałem. Poza atakiem jedynie Mascherano to był podstawowy piłkarz topowego klubu, tak jak mówiłem. Porównaj to do ekipy z która przegrali – Neuer, Lahm, Hummels, Kroos, Ozil, Klose, Schweinsteiger. Najlepszy bramkarz świata i czołowi gracze na świecie na każdej pozycji. A na tym turnieju nagroda dla najlepszego piłkarza trafiła w ręce Messiego.
2018 to już w ogóle najsłabsza Argentyna jaką pamiętam od dawna. Na bramce rezerwowy Chelsea, przeciętniacy Salvio i Tagliafico, rezerwowy United, jakiś wyjęty z tyłka Meza który kopie teraz w Meksyku, Mascherano z ligi chińskiej. Przecież to jest obraz nędzy i rozpaczy.
Mówisz że jak z taka paką w ataku można odpaść w 1/8 – a no można. Przegrali z drużyną, z którą przegrał każdy na tym turnieju, przyszłym Mistrzem Świata.
Mówisz że bez Zidane Francuzi nie byli w stanie strzelić bramki Paragwajowi, co ma świadczyć niby o tym jak Zinedine prowadził kadrę do triumfu. Ja uważam że do finału grał średnio, ale ok. Tylko powiedz mi jedną rzecz – przed chwilą zachwycałeś się atakiem kadry Argentyny z 2018 – „Atak: Higuain! Dybala! Di Maria! Aguero!” – jakim cudem ta paka, w momencie kiedy Messi nie grał w kadrze na 8 meczów wygrała JEDEN, a TRZY przegrała? I to w eliminacjach, a nie ma Mundialu, przecież to jest kpina.
Argentyna od 2010 to kolos na glinianych nogach. Albo z „geniuszem” trenerskim pokroju Maradony, albo z przeciętną pomocą, obroną i bramkarzem. Tak się nie da wygrać tego trofeum, a mimo wszystko byli blisko. Ani jednej z tych drużyn wystawionych przez Argentynę nie można nawet zestawiać z Francją 1998, Brazylią 2002, Włochami 2006, Hiszpania 2010, Niemcami 2014 czy Francja 2018. To znacznie słabsza, mniej zbalansowana drużyna od wszystkich tych ekip.
Mówisz że Messi nie mierzył się w okresie najlepszej gry defensywnej – no nie do końca, bo jednak mierzyl się i kręcił takimi świetnymi obrońcami jak Ramos, Cannavaro, Vidic, Ferdinand, Kompany, Van Dijk, Thiago Silva, Pepe itd. I mimo wszystko wykręcał liczby do jakich zbliżyła się garstka.

Pecewu
Pecewu

Karol, dzięki za odpowiedź. Niektóre argumenty rzeczywiście sensowne, ale…

Nie nazywajmy Argentynę słabiakami. Wg rankingu FIFA Argentyna między 2014 a 2018 roku ani razu nie wypadła z pierwszej piątki, a nawet przez długi czas była liderem.
Jestem świadom, że mieli swoje problemy, nie mieli atmosfery, ale to jest też wina kapitana – czyli Messiego. A co? Niby Francja miała lepszą atmosferę po skandalu z Benzemą i Valbueną?
Skoro jest taki genialny, to czemu koledzy się jego nie słuchają? Najlepszy piłkarz w historii musi posiadać takie cechy. To Messi był kapitanem, więc on jest współodpowiedzialny za te wszystkie porażki Argentyny od 2009 roku.

Jeżeli chodzi o obrońców, to zgadzam się, że Ramos i van Dijk to wybitny obrońcy, ale w dzisiejszych czasach defensorzy de facto przestali być stoperami. Ramos strzela wolne i puszcza przerzuty na 50 metrów na skrzydełka. Van Dijk momentami zamienia się w rozgrywającego, a jeśli trzeba, pędzi pod pole karne w czasie akcji lub strzeli z dystansu. W latach 90. Maldini był jednym z niewielu, którzy tak często zapuszczali się w pole karne (dzisiaj to standard, boczny obrońca jest de facto skrzydłowym). Wtedy Europa powoli przechodziła z taktyki z libero do gry czwórką obrońców, zadaniem stopera było powstrzymanie rywala i oddanie do najbliższego. Dlatego uważam, że kiedyś obrońcy bronili ostrzej i skuteczniej, czyli po prostu lepiej. Bo nie mieli innych zadań. Moim zdaniem, Messi w latach 90. albo zakończyłby karierę z powodu kontuzji albo byłby fizycznie zdominowany przez takiego Jaapa Stama czy Nestę. Dodatkowo musiałby walczyć z takimi kozakami jak Roy Keane, Patrick Vieira, Edgar Davids, którzy potrafili zarówno wyciąć rywala z trawą, jak i po prostu grać w piłkę.

I to nie jest tak, że „kurła, kiedyś to było”. Ja po prostu pamiętam czasy przed Messim i Ronaldo. To wcale nie było tak, że przed tą dwójką nie było żadnej rywalizacji. Mnóstwo ekip miało swoje gwiazdy. Nie mówię, że było lepiej, ale na pewno ciekawiej niż teraz – Real, Bayern i Barca w półfinale do porzygu. Kiedyś Deportivo La Coruna mogło awansować do La Ligi, spokojnie się rozwijać, zdobyć mistrza i stać się czołową siłą w Lidze Mistrzów. Dzisiaj by ich rozkradli po pierwszym sezonie, chyba że sponsorowałby ich Red Bull albo inna wielomiliardowa korporacja (np SAP w Hoffenheim). No i pamiętam również, że kiedyś ranking był prosty: Pele albo Maradona, bo wygrali kilka mundiali. Nikogo nie obchodziło, że Real ma 9 LM, że Raul zdobył trzy z nich. Raul ani Di Stefano do Pelego i Maradony nie mieli startu.

Wiem, że z góry jestem na straconej pozycji, bo sam Zidane uwielbia Messiego, ale obawiam się, że ten ranking Weszło będzie czymś w stylu „Dlaczego Messi najlepszym poetą był?”. Jak ma mnie Messi zachwycać, skoro mnie nie zachwyca? Widziałem piłkarza, który po prostu lepiej przyjmuje, główkuje, drybluje i strzela.

Nie podoba mi się to faworyzowanie Leo. Gdy Lewy nie strzelił żadnego gola na mundialu, to był opluwany przez cały kraj. Messi po takim wyczynie zgarnął Złotą Piłkę. Gdy Messi wygrywał LM, ale CR7 bił rekordy, to liczyły się trofea, ale rok temu, gdy van Dijk dominował z Liverpoolem, to już liczyły się okienka z wolnego Messiego (tak jakby nikt inny nie potrafił tego zrobić). Gdy CR7 popchnął sędziego, dostał kilka meczów zawieszenia. Messiemu cofnięto karę za zwyzywanie sędziego, dzięki czemu pomógł Argentynie pojechać do Rosji. Hormon wzrostu jest niedozwolony, chyba że nazywasz się Lionel Messi. I to ma być wzór dla dzieci i młodzieży? Że jak jesteś niski, to możesz wszystko? 😉

Darek
Darek

Nie ma kogoś takiego, jak najlepszy piłkarz w historii. Jest 5 – 6 kandydatów, Di Stefano Pele Cruyff Maradona Cristiano Messi.

Każdy był lepszy niż ZZ. Zidane’a skreśla to , że nigdy nie był dominatorem. Nie zagrał ani jednego sezonu, gdzie niemal mecz w mecz byłby najlepszy. Takiego , jakie w jego czasach grali R9, Dinho czy Rivaldo. Nie mówiąc o zagraniu 7-8 takich sezonow, jak Pele czy Messi.
Po prostu wielkie ekipy w jakich grał , często dochodziły wysoko a on strzelił bramkę w PF czy F i dostał nagrody
Był jednym z kilku najlepszych w swoich czasach. Tylko tyle i aż tyle.
Te pojedyncze mecze w kadrze zrobiły z niego lepszego niż był.

Iniesta też grał pięknie dla oka, wygrał wszystko więcej razy niż ZZ, strzelał decydujące bramki, był mvp finalu MŚ, euro i LM. I co ? I nikt go nie stawia jako GOATA.

Genialny Zizou miał tylko JEDNĄ asystę z gry w historii MS i Euro. Przez 10 lat gry w super Juve i Realu śmiesznie mało bramek ( patrz Platini czy Lampard ). Zawiódł kompletnie w 2 finałach LM z Juve, finale Euro. A to co zrobił w finale 2006 , było kompromitacja. Zresztą ma kilkanaście czerwonych kartek, większość za chamskie zagrania. To dopiero wzór
Bardzo lubiłem Zidane’a. Był obok Ronaldo Rivaldo Figo i Ronaldinho najlepszy w swoich czasach. Ale nie jest jednym z kilku najlepszych ever. Zmieściłby się w Top 20 i to głównie dzięki pojedynczym meczom.

Zresztą nawet skupiając się tylko na Mundialach jak wogole chcesz wymieniać Zidane’a obok Pele w jednym zdaniu ???

Pecewu
Pecewu

Bo Zidane dotarł do finału 2 razy. Pele niby 3, ale w 1962 miał kontuzję, więc też dwa. Przypominam, że Zidane został wybrany najlepszym europejskim piłkarzem 50-lecia UEFA, więc jak najbardziej można go porównywać.

Przyznam, że argumenty konkretne, ale moim zdaniem zdobywanie bramek w najważniejszych mechach, to też bardzo ważna umiejętność. Ba, chyba najważniejsza, bo gra się dla pucharów, a nie złotych piłek.
Cruyff jakoś nie dominował w finale w 1974 roku. Messi tym bardziej w 2014. A Zidane strzelił głową (jako ofensywny pomocnik!) dwie bramki w 1998, a w 2006 roku był jednym piłkarzem drużyny przeciwnej, który pokonał Buffona na tym turnieju. I zrobił to nonszalancką podcinką od poprzeczki. On po prostu nie miał układu nerwowego. W finale EURO 2000 może nie zachwycił, ale wydatnie się przyczynił do awansu w ćwierćfinale i półfinale. W finale LM przy stanie 1:1 strzelił z woleja w okno słabszą nogą ze skraju szesnastki. Byle piłkarz takich rzeczy nie robi.

Napisałem wyżej, że Zidane nie jest święty, ale skoro wielu tak chętnie Messiego stawia w szeregu z Pelem i Maradoną (każdy Argentyńczyk powie, że jest lepszy od Messiego), to równie dobrze może być Zidane.

Piłka nożna to nie tylko gole. Kto powiedział, że GOATem musi być napastnik? Iniesta też jest świetnym kandydatem.
Tak naprawdę jest właśnie około 10 kandydatów na GOATa, których poziom jest tak wyrównany, że o miejscach w TOP 10 decydują już wyłącznie nasze emocje i sympatie. Równie dobrze można tego najlepszego wylosować.

Ja wybrałem Zidane’a, bo był najlepszy w pojedynkach 1 vs 1 pomimo wysokiego wzrostu i zdobywał kluczowe gole, ale każdy inny wybór poza Messim i Ronaldo zaakceptuję. Dlaczego? Bo jeszcze nie zakończyli kariery. Spokojnie, poczekajmy. To nie jest czas na lizanie ich po fiutach.

Darek
Darek

To nie jest wybór najlepszego w pojedynczych meczach ani w historii Mundiali, tylko najlepszego w historii ogółem.
Nie był takim dominatorem jak ww. i kilkunastu innych. Nawet we Francji wybrano go tylko 2x piłkarzem roku.

Nagle jeden mecz i ze świetnego piłkarza robi się Boga. Nawet wtedy w 98 roku, nie był najlepszy ani na mundialu ani w LM ani w serie A.
Francja była tak silna że „bez” niego doszla do finału Mundialu. Gdyby nie Blanc czy Thuram , oglądałby finał w TV.

Ani jednego sezonu na poziomie R9 czy Rivaldo.
Ronaldinho w Barcie był 3x lepszy niż Zidane w Realu. 2 najlepsze sezony w Juve, w cieniu Del Piero.

Rivaldo na MŚ 98 i 2002 był lepszy niż ZZ w 98 i 2006.

Jak Zidane ma być GOATEM , skoro nie był ani najlepszy w swoich czasach ani nawet w historii Francji.
Platini jest numero uno. Jego Euro 84 spuszcza w kiblu każdy turniej ZZ. Skoro liczy się tylko kadra

Zizou był artysta, fenomenem pojedynczych meczów . Nigdy zawodnikiem ciągnącym ekipę cały sezon . To co odróżnia go od Iniesty co fakt, że jedyny piłkarz zdolny strzelać 50 bramek w jego czasach połamał się w młodym wieku. A w czasach Iniesty było dwóch takich z końskim zdrowiem. Co więcej , jeden z czasem zaczął rozgrywać co najmniej tak dobrze.
Myślisz że ZZ wygrywalby nagrody , grając w Realu obok Cristiano, strzelającego po 50 bramek ???

Ktoś może uważać , że jego grę wolał oglądać od gry Messiego . I to ok.
Piłkarzem jednak równym/lepszym nie był. Nie jest nawet blisko.
Zostawiając na boku tytuły nagrody statystyki, Messi jest jednoosobowa ofensywna armią. Kimś kto jednocześnie może być najlepszy na świecie jako strzelec , kreator i drybler. I tak ponad dekadę niemal mecz w mecz

Plebiscyty jak ten to zabawa.
Moim skromnym zdaniem powinien wygrać Pele przed Messim

Pecewu
Pecewu

Rozumiem. Ale tak samo mogę powiedzieć, co jest prawdą, że Messi nawet nie jest najlepszym Argentyńczykiem w historii. Jest nim Maradona, który przynajmniej z nią coś wygrał. Messi zdobył z nią tylko nic nieznaczące złoto igrzysk z Pekinu.

Moim zdaniem, Zidane dominował na mundialu w Niemczech w 2006. Zobacz sobie skróty z Brazylią, Hiszpanią, Włochami i Portugalią. Zwłaszcza ten z Brazylią, gdzie Zidane po prostu ośmiesza Canarinhos przy każdym kontakcie z piłką.

Darek
Darek

Zidane był wielki w obu meczach z Brazylią. Za każdym razem była to słaba Brazylia. Raz rozbita psychicznie przez chorobę Ronaldo. A w 2006 słaba przez cały turniej, nie zbilansowana, z Kaka i Ronaldinho totalnie bez formy. Ale był wielki. Z Portugalia i Włochami strzelał karne wypracowane przez innych i tyle.
Sprawdź sobie kto był mvp meczu z Portugalia po obu stronach , zdziwisz się 🙂

Jak już jesteśmy przy 2006 to napisz jak słaby był Zizou w grupie. Ribery Henry i Vieira ciągnęli wózek. Nie każdy wielki mógł sobie pozwolić na słaba grę w grupie. Bo nie miał takich „pomagierow” . Zizou błysnął w końcówce z Hiszpania już przy stanie 2-1 i zagrał super z Brazylią. Tyle. Jedynym turniejem gdzie Zidane przez większość grał super, było Euro 2000.

Pecewu
Pecewu

Darek, Dodałbym jeszcze Euro 2004, ale niestety Francja szybko odpadła. Tam też Zidane w 4 minuty przed końcem z 0:1 zrobił 2:1 (przy pomocy Bartheza, oczywiście).

Darek
Darek

Czyli pomijasz fakt słabej gry ZZ do ćwierćfinału 2006 🙂
I wyjeżdżasz z turniejem na którym Zizou i cała Francja, położyli najważniejszy mecz turnieju .Oj byłoby gadanie jakby Messi odpadł z Grecją na MŚ

Nawet mundiale pokazują cała kariere Zizou. Momenty, nigdy całość. Nigdy nie zagrał turnieju jak Pele Garrincha R9, tym bardziej sezonu jak najlepsi z najlepszych.

Pecewu
Pecewu

Nie, przecież ci lajka dałem. Zidane grał słabo w fazie grupowej. Od meczu z Hiszpanią włączył goat mode. Przecież on położył Casillasa jak juniora. Casillasa!

Jeżeli chodzi o bycie dominatorem, to ciężko wizualnie dominować, gdy grasz w Realu, w którym pawie cała jedenastka jest w FIFA 100 Pelego. A mimo to Zidane na tle Figo, Ronaldo, Raula i Beckhama grał najrówniej. Mówimy o Realu, w którym nawet Owen grał z ławki. Zresztą mówisz o równym poziomie a dajesz przykład Ronaldinho, który po Złotej Piłce z każdym następny rokiem grał coraz gorzej. Zidane od 1998 do 2006 roku z każdym rokiem był coraz lepszy. Skończył karierę na absolutnym szczycie.

qdlaty81
qdlaty81

Maradona jest tak samo lepszy od Messiego jak Lato od Lewandowskiego.
Mniej wiecej

qdlaty81
qdlaty81

Maradona w Serie A: 180 wystepow, 85goli.
Messi w samej LM: 141 meczów, 114 goli.
A w lidze w ok 480 meczach ma 440 goli.

Lepsze statystyki od Maradony ma dzis nawet Aguero w BPL (261/180).

Tyle że Maradona wygrał Scudetto dla Napoli i MŚ dla Argentyny

Pecewu
Pecewu

Tylko że Maradona grał w nienajlepszej drużynie najlepszej ligi na świecie, w której pada mało goli, bo grali tam najlepsi obrońcy i bramkarze świata. Do tego rywalizował z genialnymi drużynami: AC Milanem, Sampdorią, Romą i Juventusem. W Hiszpanii poza Realem i Atletico Barcelona nie miała żadnego rywala, resztę golili jak frajerów – takiego miał samograja. Messi miał gigantyczne problemy, by strzelić w ogóle gola Buffonowi. Udało mu się dopiero dwa lata temu.

Karol
Karol

Pacewu
Ranking rankingiem, ale bez Messiego (bo jak słyszałem to wina Messiego że atak słabo funkcjonuje), kiedy mogli rozwinąć skrzydła zdobyli całe 7 punktów w 8 spotkaniach. W grupie gdzie się gra z Peru, Wenezuelą, Boliwią, Paragwajem więc ta drużyna z pierwszej dziesiątki rankingu, a nawet lider powinna spokojnie mieć ze 2 razy więcej punktów. A może to też wina Messiego?
Messi jest kapitanem od 2011, z(poza jednym meczem z Grecją na MŚ w RPA), więc jak jest odpowiedzialny za wszystkie porażki (xDDD) od 2009?
Kolejny powielany mit o połamanym przez kolejnych stoperów z lat 90 Messim. Przeciez Barcelona co raz toczy boje z bandą rzeźników Simeone, gdzie prym w swojej brutalności wiedli swego czasu Ujfalusi, Raul Garcia, Filipe Luis czy Diego Costa. Ramos ma rekord czerwonych kartek w Gran Derbi nabitych na Messim, polowali na niego Pepe, Xabi Alonso, Marcelo, Arbeloa. Toczył boje z takimi gościami jak Vidić, Kompany, Medel, Ferdinand, Terry, Carvalho, Thiago Silva, Chiellini, Bonucci czy Vidal, połamać próbowal go del Horno. Nikomu się nie udalo i Lionel ma się dobrze. Oni też próbowali go fizycznie dominować jak Nesta (przeciwko któremu grał i trochę nim pokręcił) czy Stam.
To jest taki sam mit o tym że w Premier League by sobie nie poradził, że by go połamali, „deszczowy wieczór w Stoke” itp. Gdzie gorsi od niego Aguero i Silva przychodzili Anglii i nie dość że grali sporo, to grali fenomenalnie. Messi zresztą w samej Champions League strzelił 26 bramek drużynom z TOP 6 PL.
Kiedyś to było, teraz nie ma nic. Kiedyś było że Deportivo grało w Lidze Mistrzów, a teraz zabetonowali te rozgrywki, w ligach nie dzieje się nic. Stąd mistrzostwo dla Leicester, Lyon, Monaco czy Ajax w półfinale LM, Atalanta rewelacją rozgrywek, Sheffield czy Wolverhampton walczące o europejskie puchary. I to piszę na szybko z głowy co sie działo w przeciągu ostatnich 10 lat, nawet nie sprawdzając wyników z lig. Jedynym problemem jest nadmiar kasy i niedostatek talentu na rynku. Nigdy takich pieniędzy jeszcze nie było, dlatego potem za Jovicia ktoś płaci 60 milionów, gdzie on jest wart maksymalnie 20. Podobnie z ceną za Higuaina podczas jego transferu do Juve, tam szła absurdalnie przesadzona kwota.
Ogólnie to rozumiem, że możesz wolić Zidane. Czy przyjmuje lepiej? Nie wiem. Czy główkuje lepiej? Z racji wzrostu jest mu łatwiej, a też i Messi zdobył gola głową w jednym europejskim finale :). Ale na Boga, Zidane lepiej drybluje i strzela? Messi w jednym roku strzelił dziewięćdziesiąt jeden, powtórze DZIEWIĘĆDZIESIĄT JEDEN goli.To jest absolutny kosmos, którego w najbliższym czasie raczej nikt nie pobije, wątpię czy ktoś do 70 się zbliży. I to nie są bramki strzelane na jedno kopyto, Lionel strzela z pola karnego, zza pola karnego, z wolnych, karnych, lewą nogą, prawą nogą. Drybling też, Zidane miał bardzo dobry, ale Argentynczyk w statystykach dryblingow deklasuje swoich oponentów i strzela dużo goli po indywidualnych akcjach, jak jego popis z Getafe czy w finale CdR z Athletic Bilbao.

Pecewu
Pecewu

Z tym 2009 rokiem to się zagalopowałem rzeczywiście. Chodziło mi o to, że od tego roku zaczęła się jego rywalizacja z CR7 (bo ciężko to nazwać dominacją, skoro mają prawie tyle samo złotych piłek i wygranych LM). No skoro wygrał 4 Złote Piłki z rzędu, to chyba mam prawo wymagać, by w mundialu strzelił gola i nie dał się sklepać 4:0 Niemcom.

Możemy sobie gdybać, czy sobie poradziłby, czy nie poradził. Faktem jest, że w latach 90. napastnicy nie byli wzrostu Messiego czy Aguero. Ten trend pojawił się niedawno i jest naturalną ewolucją piłki nożnej. Teraz po prostu jest większy popyt na szybkich i zwrotnych piłkarzy. Zresztą głównym atutem Messiego jest niski wzrost, a więc niski środek ciężkości. Dlatego wyżej cenię umiejętności Zidane’a czy CR7, bo oni kiwali rywali pomimo przeszkadzającego wzrostu. Unikalną umiejętnością Messiego jest specyficzne prowadzenie piłki, tu rzeczywiście lepszego w historii nie było. Gdyby Messi był wzrostu Zidane’a, to już nie by tak dobrze nie kiwał.

Jeżeli chodzi o sytuację klubów, to właśnie chodziło mi o pieniądze, a raczej dysproporcję między największymi klubami a resztą. Mniejsze kluby proponują kwotę odstępnego, którą największe kluby spokojnie mogą przebić, a jednocześnie inne średnie nie są w stanie jej spełnić. Wspomniane przez ciebie AS Monaco to idealny przykład, zabrali im kluczowych piłkarzy i następny sezon bronili się przed spadkiem. Ajax po transferach w tym sezonie nie wyszedł z grupy. Atalanta pokonała na razie tylko Valencię, więc ja bym uważał z tą niespodzianką. Jeżeli wejdą do półfinalu, to dopiero będzie sensacja. Zresztą ileż ja razy czytałem jak wyczekiwanym powiewem świeżości był Ajax i Tottenham rok temu? O czymś to świadczy.

A jeśli chodzi o strzały, to chodziło mi o strzały z dystansu, oczywiście. No i karne, bo Messi strasznie dużo ważnych karnych spudłował. Rzuty wolne ostatnio Messi poprawił, więc niech będzie, że tutaj jest lepszy. W polu karnym również Messi, w końcu napastnik.
BTW głupio trochę porównywać liczbę goli napastnika i pomocnika. Piłka nożna to nie tylko gole. Przypominam, że rok temu Złotą Piłkę 2018 dostał Modrić, który strzelił jednego (1!!!) gola w La Liga i 1 gola w LM, więc jak widać nie jestem osamotniony z tym poglądem. Poza tym wątpię, by Messi dał radę strzelić tyle goli bez podań Iniesty i Xaviego. Nie umniejszam wyczynu, ale takie są fakty. Miał idealnie stworzoną pod siebie drużynę, która zapewniła mu warunki do pobicia rekordu.

Darek
Darek

Messi zza pola karnego zdobył 88 bramek , czyli niemal tyle co ZZ w całej karierze klubowej . To co do strzałów z dystansu.

Nie ma co porównywać pomocnika z napastnikiem, co do ilości bramek, to oczywiste. Zatem porównajmy asysty, wykreowane sytuację , podania otwierające itd. Tu również nie ma czego porównywać, Zizou odstaje strasznie.

Zresztą odstaje strasznie bramkami od Lamparda czy Platiniego a asystami od Xaviego. Taki jego urok.

Jasne że bez Xaviego i Iniesty tyle byle nie strzelił. Jak Pele bez Garrinchy czy CR bez Modrica i Kronosa. Tylko że to słaby argument w ustach fana ZZ. Bo jego Juve Real i Francja miały niesamowite kadry. Bez nich też osiągnąłby mniej, patrz mundial 98. I żadna z tych ekip nie była tak przeciętna , jako drużyna, jak Argentyna czy Portugalia ostatnich lat

Naprawdę zły adres porównań wybrałeś
Messi lepiej i więcej strzela, lepiej drybluje, podaje, kreuje itd. żaden mecz, nawet finał mundialu tego nie zmieni

Na koniec pytanie, czy gdyby Thuram 98 lub Wiltord 2000 , nie strzelili tych bramek, Zidane byłby gorszym piłkarzem ?

Pecewu
Pecewu

Darek, No to chyba oczywiste, że ofensywny pomocnik strzela bramki zza pola karnego. Oczekujesz, że ofensywny pomocnik będzie wszystkich dryblował i wchodził w pole karne?

Akurat CR7 bez Modricia i Kroosa radzi sobie świetnie, gorzej w drugą stronę. Tak samo Garrincha bez Pelego sobie poradził w 1962.

I tak. Uważam, że Zidane byłby gorszym piłkarzem, gdyby nie Thuram w 98. Te dwie bramki zdefiniowały karierę Zidane’a. Moim zdaniem, jeżeli jakiś piłkarz zagrał 38 meczów świetnie, ale w meczu sezonu o tytuł dał dupy, no to te poprzednie 38 traci sens. Odwołując się do NBA, po co mi Charles Barkley czy Steph Curry, którzy zdobywali seryjnie triple double i dominowali na parkiecie, skoro Michael Jordan dostaje ostatnią piłkę i rzuca celnie w najważniejszym momencie: sekundę przed końcem.

Jeżeli Messi strzeli 5 goli jakimś cieniasom, to znaczy, że jest najlepszy? No nie, wszyscy patrzą jak zagrał w tych najważniejszych meczach.
A Modrić grał równo cały sezon, skoro z La Liga i LM zdobył po jednym golu? No nie, dostał ZP, bo ludziom imponowało jego zaangażowanie i wyniki na mundialu. To normalne.

Darek
Darek

Tylko , że Zidane nigdy nie zagrał „38” meczów świetnie. A dał dupy w wielu meczach o tytuł.
Na tej zasadzie, to CR jest chujowy , bo położył niemal wszystkie finały LM z Realem a uratowali go Ramos i Bale aż trzykrotnie. Plus Eder. To słaby ten Cristiano, nie 🙂 ?

Tak przy okazji, miał Messi kiedykolwiek w finałach z Argentyna swojego Wiltorda czy Edera ?

Nie przywoluj Jordana. MJ nie byłby kim jest , jakby tylko rzucał w ostatnim meczu
Zresztą nikt w piłce nie ma takiej kariery jak on.

qdlaty81
qdlaty81

Z ciekawosci kto lepiej drybluje?

Pecewu
Pecewu

Zależy od rodzaju dryblingu: najlepiej utrzymywał się przy piłce Zidane, najlepiej mijał rywali Ronaldinho (od biedy też Messi).

Ten_typ
Ten_typ

Jak powiedziałeś, że Messi ponosi winę za porażkę, bo nie był kapitanem, który pociągnie do gry swoich partnerów, to zrezygnowałem.

qdlaty81
qdlaty81

Messi w finale LM gdy grali przeciwko Man Utd strzelil gola główką (168cm?) Będąc pomiędzy Rio Ferdinandem (190cm?) i Edwinem van der Saarem (196cm?). Obu ww. panów z United bylo wtedy w top 3 na swiecie na swoich pozycjach.
Faktycznie slabych mial przeciwnikow

Pecewu
Pecewu

Przecież Messi był tam kompletnie niekryty. OK, to była świetna główka, ale wynikała z błędu w obronie. Nie oznacza to, że Messi grał lepiej głową od Zidane’a.

Adam
Adam

Swoją drogą nie ma Riquelme nawet w 100 a jacyś panowie którzy w piłkę mieli problem dobrze trafić 50 lat temu są. Oglądałem ostatnio stare mecze tych legend i jak dla mnie nie da się tego oglądać. To tak jak przy 11 stulecia Pzpn ktoś powiedział. Tego nie da się porównać. Kiedyś to była inna piłka. Moim zdanie dużo słabsza.

Pecewu
Pecewu

A i jeszcze jedno:
W 1998 roku Francja bez Zidane’a nie potrafiła strzelić Paragwajowi bramki w regulaminowym czasie gry 1/8 finału. To o czymś świadczy. To nie był dream team jak Brazylii z 2002 roku.

JezdziecBezGlowy
JezdziecBezGlowy

No super argument! Rozumiem, że gdyby jakiś no-name z Paragwaju wcisnął w dogrywce farfocla, to Zidane nie mógłby kandydować do miana najlepszego piłkarza w historii, bo nie został DRUŻYNOWYM mistrzem świata, zgadza się? Porażająca logika.

Bartosz S
Bartosz S

Dokładnie o to mi chodziło w moich komentarzach ….Nie ma w tym logiki , dla mnie mógłby być facet z San Marino , ale jeżeli grałby najlepiej to byłby po prostu najlepszy INDYWIDUALNIE ( indywidualny mistrz świata) a po prostu nie byłby DRUŻYNOWYM mistrzem świta . Dlatego są nagrody indywidualne jak i drużynowe , przecież to jasne jak słońce . Np. Idąc tym tokiem rozumowania Małysz jak zdobywał indywidualne mistrzostwa świat w skokach to tak naprawdę nie był najlepszy , bo skakał w drużynie z Mateja i innymi Skupniami i mistrzostwa świata w drużynie nigdy nie wygrał …czyli dalej tak rozumując , Zyla czy inny Kubacki są lepsi od Małysza , ponieważ oni wygrywali turnieje drużynowe ???

Pecewu
Pecewu

Bartosz, No jeżeli Salah potrafił wciągnął na swoich plecach Egipt na mundial, to najlepszy piłkarz w historii powinien tym bardziej ze swoją reprezentacją chociaż awansować, co nie oznacza, że Salah jest najlepszym w historii, ale nie jest bez szans.

To jest tak: jeżeli twoja nacja nigdy nie była dobra w piłkę, nie zdobyła medalu, to nie musisz wygrać albo chociaż być w finale, no ale jeżeli jesteś Francuzem czy Argentyńczykiem to wypadałoby, bo to byłby absurd, gdyby najlepszy piłkarz świata osiągnął gorszy wynik od swoich rodaków-poprzedników.

Poza tym nie porównuj skoków indywidualnych do piłki nożnej. Niezależnie czy mówimy o nagrodzie indywidualnej, czy drużynowej: piłkarz jest rozliczany z trofeów i miejsc w tabeli, a nie goli. Nikogo nie obchodzi, jaką średnią punktową miał Michael Jordan, wszyscy wiedzą tylko, że wygrał 2 razy po 3 razy z rzędu mistrzostwo NBA z drużyną, która nigdy wcześniej ani później nie wygrała NBA.

Darek
Darek

Zidane i Messi rozegrali po około 800 meczów.
Serio, przez 2-3 mecze na MŚ, chcesz Zidane postawić na równi ? Bez jaj

Gdyby nasza dyskusja brzmiała, kto był lepszy w fazie pucharowej MŚ, to jasne, Zidane był lepszy
Ale cała reszta ich karier, to przepaść na korzyść Argentyńczyka, którego nawet fanem nie jestem. Ty zaś jawisz się jako fanatyk ZZ ..

Co jeszcze , Klose jest pewnie jednym z najlepszych napastników w historii ?

Gdzieś wyżej, Di Stefano nie miał. startu do Maradony ? Diego jakby wciągnął więcej koksu, niż kiedykolwiek, nie palnałby takiej głupoty

Z tym Jordanem to mam nadzieję , że nie próbujesz Zidane’a z nim zestawiać.
..

Pecewu
Pecewu

Nie jestem fanatykiem ZZ, po prostu go lubię. Żaden ranking nie jest obiektywny.
Po prostu uważam, że MŚ są ważniejsze od LM, bo są raz na 4 lata. W rozgrywkach reprezentacyjnych jest większa presja, bo reprezentujesz cały kraj, a mecze są rzadko.

Darek
Darek

Odpowiadasz wybiórczo, na zadawane Ci pytania ,, więc odpuszczam.

A najlepszy w historii jest Hurst, jedyny hattrick w finale MŚ

Pecewu
Pecewu

Ok, odpowiem:
Jeżeli chodzi o Klose, tak, jest jednym z najlepszych, w końcu pobił rekord Ronaldo, więc czemu miałby nie być w czołówce?
O ile zestawienie Zidane’a i Messiego jest trochę nienaturalne, bo to inne pozycje, to obaj są równie wybitnymi piłkarzami, a o miejscu w takich śmiesznych rankingach decyduje sympatia.
Jeśli chodzi o Di Stefano, prawie w każdym rankingu jest za Maradoną. To nie jest tylko moje zdanie.
A dałem przykład Jordana ot tak bez kontekstu.

Dzięki za dyskusję.

Bartosz S
Bartosz S

Pecewu mamy całkowicie inny pogląd na wręczanie i nominowanie do nagród indywidualnych w piłce nożnej. Według mnie, nagroda indywidualna dla najlepszego piłkarza świata w danej dekadzie/wieku itd nie powinna być zależna od zdobytych trofeów /miejsc w tabeli, bo za to odpowiedzialnych jest 11 facetów na boisku, kolejnych kilku na ławce oraz kilkunastu ludzi opiekujących się drużyną ( trenerzy, asystenci , lekarz itp itp), razem myślę, że ok 30-40 osób które mają w wiekszym lub mniejszym stopniu wpływ na końcowy rezultat , dlatego nazywamy to sportem drużynowym i Mistrzostwo Swiata/Liga Mistrzów i inne krajowe puchary są właśnie dla NAJLEPSZYCH ZESPOŁÓW, a nagrody INDYWIDUALNE są dla najlepszych JEDNOSTEK. I nie będziemy mogli powiedzieć za kilka lat , że Messi grał w drużynie Mistrzów Świata ale nie wyklucza to tego aby za te kilka lat powiedzieć, że Messi najlepiej na swiecie uprawiał ten sport.

I czy to ma być Messi/Ronaldo/C.Ronaldo/Ibra czy Lewandowski lub ktokolwiek inny to już każdego indywidualna ocena, co kto sobie ceni w piłkarzu . Nagrody zespołowe takie jak już wspomniałem Mistrzostwa Swiata/Ligi/Puchary zostawmy dla NAJLEPSZYCH DRUŻYN a NAGRODY INDYWIDUALNE dla najlepszych piłkarzy. I tyle..:)

Pecewu
Pecewu

Rozumiem, ale obawiam się, że to może prowadzić do absurdów. Bo przecież może gdzieś daleko jest piłkarz, który strzela w lidze po 50 goli, więc indywidualnie jest kozak, ale nie miał okazji sprawdzić się w poważnej lidze, bo nigdy nie wyjechał do Europy (patrz: Pele, który nie zdobył żadnej Złotej Piłki, bo grał w Santosie). Albo jak oceniać obrońców i bramkarzy, którzy goli prawie nie strzelają? Jak zmierzysz ich przydatność dla zespołu?

W NBA jest łatwo, tam jest Player Efficiency Rating (PER), który wylicza ten procent wpływu na grę drużyny. Oczywiście, największy ma Jordan.

Właśnie przez brak takich wymiernych współczynników uznałem, że trofea (mundial obowiązkowo), decydujące gole, zdolności przywódcze i wpływ na grę drużyny to powinny być podstawowe kryteria. Przynajmniej u mnie są.

Jeszcze raz dzięki. Zmykam.

Bartosz S
Bartosz S

Złoty but to taka nagroda, nawet dla kogoś kto „gdzieś” daleko strzela w lidze 50 goli, a że jest ze słabszej ligi to z tego co pamiętam ,( ale tutaj mogę się mylić ), chyba te gole się mnożyło przez….i chyba im lepsza liga tym większa liczba. W każdym bądz razie nagrodę za strzelone bramki ( za ich ilość) przyznają i nazywa się to właśnie Złoty But. Bo jak dla mnie, w moim prywatnym rankingu na NAJLEPSZEGO INDYWIDUALNIE PIŁKARZA SWIATA liczy się nie to ile strzelił, ale z jaką łatwością to robił, z jakim luzem poruszał się po boisku, jak bawił się grą, jak ośmieszał najlepszych obrońców świata, to jaką frajdę sprawiał mi dany piłkarz kiedy oglądam mecz, podania które nie wymyśliłbyś nawet na PS4 w Fife…I NA TEJ PODSTAWIE WYBIERAM NAJLEPSZEGO PIŁKARZA
A Ty to strasznie szyfladkujesz…tutaj specjalnie w cudzysłowie – -„Masz tyle goli to jestes najlepszy” / „Twoja drużyna wygrała Mistrzostwo Swiata jesteś najlepszy ( ale 22 innych facetów też wygrało te mistrzostwo, w ten sam dzień…czyli mamy już 22 najlepszych indywidualnie piłkarzy świata ). I mam nadzieję, że pod takim względem nigdy nie będą wręczane nagrody indywidualne. I nie wnikam w to czy wspomniany ZZ był wg Ciebie najlepszy na świecie, czy Messi powinien być w 10, bo ile osób , tyle własnych rankingów .

PS. Rasiakowi dałbyś w pomocy 5-ciu Xavich a Lewandowskiemu dałbyś pomoc Korony Kielce, to na 10 turniejów tylko dwóch takich drużyn, myślę ze 9 na 10 wygrałaby ta pierwsza drużyna ale to nie zrobi Rasiaka lepszym piłkarzem od Lewandowskiego ( i to jest tylko przykład, nazwiska można wstawić dowolne, ale sens i rezultat będzie taki sam)

Dzięki za dyskusje

lukiasoll222
lukiasoll222

Piszesz że liczą się wygrane trofea w nie strzelane gole No to przecież Leo wygrał 34! trofeów. Z reprą takze ma worek medali…

Screenshot_20200330-170402.png
Pecewu
Pecewu

Najlepszy piłkarz na świecie kolekcjonerem sreber? To trochę nieporozumienie.

zenek_ze_wsi
zenek_ze_wsi

Po pierwsze absurdem jest to, że ocena czy piłkarz jest najlepszy ma być uzależniona od trofeów zdobywanych przez drużynę (np. MŚ). Szczególnie dotyczy to trofeów reprezentacyjnych, bo narodowości i reprezentacji wybrać sobie nie możesz.
Co do piłkarza który gdzieś tam strzela 50 goli i nikt tego nie widzi, to wybacz, ale bzdurny przykład. Przy dzisiejszym skautingu, gdzie talenty znajduje się na turniejach 12-to latków i sprowadza do wielkich klubów razem z rodzicami, jest to niemożliwe. Takiego gościa wyciągną do mocniejszej ligi przed ukończeniem 18 roku życia, a jeśli dotąd nie wyciągnęli, to oznacza, że jest nic nie warty. Pele grał 50 lat temu i dawanie go jako przykładu do czasów współczesnych trudno nawet skomentować.

Karol
Karol

Pecewu
Ogólnie odnoszę wrażenie, że Twoje opinie są oparte bardziej na przeczuciach niż na faktach. Chociażby z tymi napastnikami, że mali zwrotni napastnicy nie grali w latach 90 i to wyłącznie obecny trend. No nie do końca, chyba że się nie słyszało chociażby o genialnych Włochach jak Del Piero, Baggio czy Zola, o Olivierze Neuville, Michaelu Owenie, Marcelo Salasie, Joao Pinto czy ze wczesniejszych lat np Roger Milla i Butragueno. Przyjąłem kryterium wzrostu poniżej 175 cm wzrostu

Sporo rzeczy przedstawił Bartosz, pod którymi się podpisuję. Jedynie chciałem zauważyć jedną rzecz, bo zacząłeś przywoływać Pele i stawiać go na piedestał, jakoby prowadził Brazylię w pojedynkę do MŚ, natomiast Messiego nazwałeś winnego porażek od 2009. Różnica jest taka, że Pele jak doznał kontuzji w fazie grupowej i nie zagrał do końca turnieju to Brazylia i tak zdobyła Mistrza, taka słaba była to kadra 🙂 Natomiast jak Messi nie grał, to Argentyna modliła się żeby w ogóle pojechać na turniej i dopiero powrót Lionela pozwolił im wystąpić w Rosji.

Ogólnie skoro Mundial jest takim wyznacznikiem wielkości piłkarza, to dlaczego Messi jest wymieniany wśród grona największych w historii o ile nie najlepszym, a nie mówi się o ani jednym Urugwajczyku z lat 30? Czy o Griezmannie np?

Pecewu
Pecewu

Griezmann może i nie (za duży zjazd formy), ale taki Mbappe jak najbardziej może przebić Messiego. To nie jest tak, że przez następne 100 lat nikogo takiego jak Messi, Maradona, Pele czy Zidane nie będzie.

Ci napastnicy, których wymieniłeś byli rzadkimi wyjątkami. Wg statystyk z 2016 roku średnia wzrostu piłkarzy Leicester City i Manchesteru City to kolejno 179 cm i 177 cm. Najwyżsi byli piłkarze WBA, którzy spadli z ligi. Raczej kilka dziewczyn, by takich facetów skreśliło na starcie, bo przecież „mężczyzna zaczyna się od 180 cm”. Jak by to absurdalnie nie brzmiało, kobiety zarzekają się, że widzą różnicę (nie zgadzam się z tym, ale to ich opinia).

Z tych piłkarzy, których wymieniłeś to: Zola nie zaistniał w reprezentacji, Del Piero też nie był pierwszym wyborem na mundialu 2006, ale jest legendą piłki nożnej i Juventusu, Baggio – jeden z najlepszych, Oliver Neuville – przeciętniak, Owen – świetny, ale Real go brutalnie zweryfikował, Salas i Pinto – nie ten level.

Jeśli chodzi o Pele, to faktem jest, że grał pierwsze skrzypce w 1958 i 1970. W 1958 miał gigantyczny udział – jako 17-latek zdobył 2 gole w finale (miał wtedy 2 lata mniej niż Mbappe), czego nie dokona jeszcze długo, długo nikt. W 1970 miał najlepszy zespół w historii reprezentacyjnego futbolu, ale warto zauważyć, że to właśnie Pele był jego najjaśniejszą gwiazdą.

Łatwiej ocenić wielkość Maradony, Zidane’a i CR7, bo grali w kilku różnych ligach. Maradona z niegdyś przeciętnym Napoli sięgnął po jej 2 jedyne mistrzostwa w najlepszej lidze świata tamtych czasów. Zidane może i przegrał 2 finały z Juve, ale Messi nigdy nie był w finale LM dwa razy z rzędu. CR7 natomiast wygrał 3 razy z rzędu z Realem, wcześniej raz, jeszcze wcześniej miał dwa finały z Manchesterem (1 wygrany). Natomiast Messi boi się spróbować w innej lidze i kurczowo trzyma się tej Barcelony, mimo że ona gra coraz gorzej z roku na rok.

Oczywiście, mój wybór Zidane’a to moja fanaberia, ale nikt mi tego nie zabroni. To mój ranking. Gdybym nie widział Zidane’a na żywo, pewnie bym wybrał CR7 lub Messiego albo poszedłbym w ciemno z Pele/Maradoną. Ja po prostu uważam, że napastnicy są przeceniani. Najlepsi technicznie i najbardziej wszechstronni są pomocnicy i to oni powinni zgarniać najwyższe laury. Bo ktoś musi tę piłkę napastnikowi podać.

Dalsza dyskusja nie ma sensu. Dla mnie 1 mistrzostwo świata w piłce nożnej jest warte więcej niż 4 ligi mistrzów, bo po prostu ciężej to osiągnąć (masz tylko 4 szanse w karierze). Gdyby Messi nie był Argentyńczykiem, albo inaczej: gdyby Maradona nie osiągnął wcześniej 2 finałów z rzędu z Argentyną, to pewnie bym nawet nie wspomniał o tym argumencie. To mundiale decydują o wielkich transferach, jak ten Linekera do Barcelony po 1986. To mundiale tworzą legendy takie jak Milla czy Klose. Smuci mnie, że jakaś liga miliarderów jest wyżej ceniona.

Nie przekonam nikogo, nie łudzę się. Można się przerzucać statystykami i trofeami, ale nie da się jedną miarą zmierzyć np Puyola i Messiego, więc na końcu i tak wyborem kierują emocje (patrz: wybór Modricia rok temu). Dla mnie po prostu to Zidane grał najpiękniej, bo przy wzroście 1985 poruszał się jakby miał 10 cm mniej. Nie mówię, że Messi jest słaby, bo jest serio niesamowity, ale nie zrobił niczego, czego by ktoś wcześniej nie dokonał: ponad 90 goli strzelił Gerd Muller, te same ruchy i zwody miał Maradona, w jeszcze młodszym wieku błyszczał Pele. Kreuje się jakąś niewyobrażalną przepaść między Messim a resztą, a nawet CR7 go przebił w Ligach Mistrzów i depcze mu po piętach w Złotych Piłkach. No nie róbmy z Leo Boga. To tylko człowiek.

1. Zinedine Zidane/CR7
2. Diego Maradona
3. Pele
4. Lionel Messi
5. Ronaldo gruby
6. Ronaldinho
7. Gerd Muller
8. Paolo Maldini
9. Michel Platini
10. Thierry Henry
To tak na szybko…

Dzięki wszystkim za dyskusję. Z góry sorry za chaotyczność moich wypowiedzi.

Pecewu
Pecewu

PS Wymieniam Platiniego na Cruyffa jednak.

Bartosz S
Bartosz S

Pecewu ale nikt z nas tutaj nie kwestionuje znaczenia mundialu i na pewno każdy z nas twierdzi , ze jest to najważniejszy turniej i najbardziej prestiżowy , który wyłania NAJLEPSZĄ REPREZENTACJE a świecie , I to w naszej dyskusji było najważniejsze „REPREZENTACJE” lub „DRUŻYNĘ „ !!! 😉 . Co do Messiego twierdzenie , ze w innej lidze się nie spróbował , grając w Barcelonie jest conajmniej dziwne ….nie chce mi się szukać dokładnych statystyk ale wydaje mi się , ze grając przeciwko najlepszym z Anglii , Włoch, Niemiec nastrzelal trochę bramek w Lidze Mistrzów , i tutaj Twój argument jeżeli chodzi o trud zdobycia mistrzostwa świata jest tylko taki, ze ma się mniej szans , bo co 4 lata , ale nie zastanowiłeś się nad poziomem w tych rozgrywkach , bo gdybym miał obstawiać to w LM jest wyższy ( nie mylić z renoma ) niż w piłce reprezentacyjnej . I z ostatnich 20 lat , nie wymieniłbys z racjonalnymi argumentami pięciu reprezentacji z całego świata , które dałby radę wygrać LM . Ale żebyś nie przekręcił moich słów …tak zgadzam się z Tobą , mundial jest najważniejszy i najbardziej prestiżowy ….ale oczywiście jeżeli chodzi o nagrody drużynowe / zespołowe . Pozdrawiam

Pecewu
Pecewu

To krótko odpowiem: jasne, że kluby grają lepiej niż reprezentacje, bo kluby trenują cały czas, a na reprezentacji masz kilka jednostek treningowych, ale właśnie to mniejsze znaczenie taktyki przy większym znaczeniu umiejętności indywidualnych i zaangażowania (w końcu bronisz honoru swojego kraju!) powoduje, że to mundial jest trudniejszy. Pokazał to Lewandowski, który na mundialu dał ciała (nie zrobił sztycha nawet z jebanym Senegalem), a w LM strzelił w tym roku kilkanaście bramek. Widać wyraźnie, gdzie presja jest większa. Mecz w LM to kolejny dzień w biurze, mecz na mundialu to święto, cały świat wstrzymuje oddech. I dlatego jest najlepszym wyznacznikiem umiejętności piłkarza (co nie znaczy, że Lewy jest słaby, po prostu nie jest jednym z GOATów). Pele bił rekordy w Santosie, ale to mundial dał mu sławę, bo normalnie nigdy nie grał w Europie (z własnej woli). Również pozdrawiam.

Bartosz S
Bartosz S

Oczywiście zgadzam się z Tobą , mundial daje sławę , prestiż jednostką oraz wielkie transfery do najmocniejszych, daje argumenty do stwierdzenia , ze to dana reprezentacja była najlepsza w historii i gdybyśmy wymieniali się opiniami na temat setki najlepszych zespołów / drużyn / reprezentacji to na pewno brałbym pod uwagę ten turniej . Artykuł jest jednak o setce najlepszych piłkarzy i znajdują się w niej Ci którzy wygrywali wielkie turnieje drużynowe ale ma dla mnie marginalne znaczenie ( miły dodatek do piłkarza ) , przy wyborze najlepszego indywidualnie i tutaj jesteśmy na zupełnie innych biegunach , żeby nie napisać , ze nie masz racji 😉 . Co do rankingu 10 najlepszych , tak jak pisaliśmy to już każdego indywidualna sprawa i mimo , ze kibicuje Realowi to w porównaniu do Twojego zestawienia na pierwszym zdecydowanie Ronaldinho , oglądanie jego sprawiało mi wielką przyjemność i był po prostu inny , najlepszy wg mnie . Za jego plecami Messi i nad trzecim zastanawiałbym się między trójka C. Ronaldo / Maradona / i nieco zapomniany Rivaldo. Z Twojej listy wyrzuciłbym Maldiniego i na sile wcisnął Ramosa ( to już moja słabość ) i na pewno w najlepszej „10” nie byłoby Henry lecz ktoś z trójki ZZ /Xavi/ Iniesta pod koniec tego rankingu . I chyba nie zmieściłbym Pele , z prostego powodu , wstyd się przyznać , ale nie widziałem jego żadnego meczu

Karol
Karol

Pecewu
Teraz też jest jak na lekarstwo niskich, mierzących poniżej 175 wzrostu napastników. Messi, Aguero, Insigne, Mane i Neymar (oni mają akurat 175), wczesniej David Villa i Tevez. Większość klubów stawia na wyższych napastników, Real, Barcelona, United, Chelsea, Juve, wiekszość reprezentacji. Chodzi mi o to, że nie ma wcale takiej reguły z niskimi piłkarzami w ataku, którzy nagle pojawili się w ostatnich latach. A czy zawodnicy których wymieniłem są dobrzy czy nie? Ja uważam ich za dobrych piłkarzy, z kariera o której marzy niejeden człowiek. Zola to jedna z legend Premier League, Neuville to wicemistrz Świata gdzie wybiegał w pierwszym składzie we wszystkich meczach fazy pucharowej, Del Piero legenda Juve (ze nie był pierwszym wyborem to nie znaczy że to był zły gracz, Totti też nie był a nikt nie podważa jego klasy), Salas ładował dużo bramek dla Chile i w Serie A, Owen zdobył Złotą Piłkę, Joao Pinto to etatowy reprezentant kraju.

Gerd Mueller nigdy nie zdobył w rok ponad 90 goli, tylko 85.

Messi kurczowo się trzyma Barcelony i to jest powód dla którego nie miałby być najlepszy w historii? Maldini, Puyol, Totti, jakoś nikt tym piłkarzom klasy przez to nie ujmuje, ba, takie podejście przedstawiane jest jako wzorowe i romantyczne. Tylko z jakiegoś powodu Messiego się za to atakuje 😉

Ogólnie masz rację, dalsza dyskusja nie ma sensu. Zastanawia mnie tylko po co te elaboraty o konieczności wygrania Mundialu żeby być uznanym za GOATa, skoro na koniec i tak dałeś w swoim rankingu Cristiano Ronaldo na pierwszym miejscu(zamiennie z Zidane).

Dla mnie zdecydowanie najlepszym piłkarzem jakiego miałem przyjemność oglądać jest Messi, bo nie dość że jest na topie od 15 lat, bije kolejne rekordy strzeleckie to i dokłada do tego kosmiczną ilość asyst. I to on jest najbardziej wszechstronnym piłkarzem świata. Rozegra, asystuje, strzela, One-Man Army.

Pecewu
Pecewu

Karol, dałem CR7, bo jednak wygrał 5 LM w tym 3 razy z rzędu (a 5 LM to już nie w kij dmuchał). W Realu zdobył więcej goli niż rozegrał meczów. Może mundialu nie zdobył, ale zdobył EURO i przed chwilą Ligę Narodów. Messi nadal nie potrafi wygrać Copa America, będąc Argentyńczykiem. To nie atak, to fakt. Do tego CR7 zdobył szturmem BPL i teraz wyrównał rekord w Serie A.
Dlatego nie mogę takiego gościa ignorować. Moim zdaniem jeszcze może namieszać w Katarze. Dla mnie on jest najbardziej kompletny w tej chwili.

Może Messi i CR7 mają więcej pucharów w gablocie, za to Zidane grał najpiękniej z nich i ma ten najważniejszy, który zresztą sam wywalczył. I ten walor estetyczny przeważył. Po prostu najlepiej posługiwał się piłką. Nigdy czegoś takiego wcześniej ani później nie widziałem.

Poczekajmy z osądami aż Messi i Ronaldo zakończą kariery. Na razie to Zidane zakończył ją u szczytu formy w finale MŚ na swoich warunkach. Ciężko o lepsze.
Może kiedyś się do Messiego przekonam. Np po Katarze. Jak wygra, to nie będzie wątpliwości i zamknie mi jape.

Dzięki za dyskusję.

lukiasoll222
lukiasoll222

A Messi zdobył 6 trofeów w jednym roku czego Ronaldo nie dokonał…
Leo przypominam jest 2 lata młodszy od CRa i ma 1 LM mniej… Do tego Cristiano strzelecko jest lepszy tylko jeśli liczymy od 1/4 LM, wszedzie indziej lepsze statystyki ma Leo bo jest on lepszy w „strzelaniu goli”. O innych aspektach gry nie mówiąc.
Nie no cały watęk o tym że żeby być GOATEM trzeba mieć mundial ażeby na końcu dać cr na pierwszym /drugim miejscu w historii… gdzie nie jest on nawet najlepszy w swoich czasach, a pele maradona czy Leo biją jego grę indywidualnie. 3 LM zdobywal cały RM gdzie tylko może przez rok byli najlepszą drużyna świata, w lidze już tak świetnie im nie szło.

Pecewu
Pecewu

Tzn moje 1. Zidane/CR7 należy rozumieć tak, że Zidane jest na szycie, CR7 jest na miejscu 1.5. Poza tym Portugalia nigdy nie wygrała mundialu, więc CR7 nie musi niczego udowadniać (pisałem to wyżej). Nie chciałem dać Messiego na 5., bo to rzeczywiście już byłaby przesada.
Dobra powiedzmy:
1. Zidane
2. CR7
3. Pele/Maradona
4. Messi
Ale co to ma za znaczenie? Wszyscy są równie zajebiści. Dlatego rankingi nie mają sensu.

Jak ktoś ma statystyki Puskasa (czyli >1.0 gola na mecz) i był liderem w 3 legendarnych klubach, to ciężko się o cokolwiek przyczepić. CR7 ma 5 Złotych Piłek, równie dobrze za rok/dwa może mieć kolejną. Mówienie, że Messi go zdecydowanie przewyższa jest śmieszne. Idą łeb w łeb. Nawet w tym sezonie.

No chyba lepiej, że piłkarz strzela najważniejsze gole od 1/4 niż 4 gole ogórom w fazie grupowej. Przecież za takie coś obrywa się Lewandowskiemu. Tymczasem Leo jest za to chwalony. Paranoja.

lukiasoll222
lukiasoll222

Jeżeli w poprzednim sezonie uważasz że szli łeb w łeb… No i to tylko chodzi o aspekt statystyczny. Messi dyryguje jak Modric a strzela jak Ronaldo a Ronaldo „tylko” strzela jak Messi(nawet tu gorzej).
Tak wiem ze 1/4 to niby najważniejsze mecze ale czasami jeżeli nie strzelisz wcześniej to juz odpadasz w grupie. No i słabe trochę dla CRa to wygląda ze nawet nie jako w swoim firmowym zagrania pod tytułem „strzelanie goli” jest słabszym od robiacego o wiele więcej Leo.
Jeżeli ich porównasz w ostatnich 2-3 sezonach w „teście oka” to Leo bije CRa w każdym aspekcie. Paradoksalnie gdy CR miał swój peak czyli 2009-2012 nie wygrywał tak wiele(Leo wtedy także był potworem) .A gdy już przeszedł bardziej na pozycje 9 i byl „tylko” egzekutorem trafiły mu się 3Lm i 2 ZP.

Tomek Hajto
Tomek Hajto

Dając Zidane (i CR w sumie też) przed Messim się kompromitujesz. Po prostu piłkarsko dzieli ich zbyt duża przepaść

Bartosz S
Bartosz S

Dokładnie !

jahve
jahve

To prawda, ale rzecz w tym, że Messi był prawie tak słaby, jak jego koledzy z reprezenatacji.

Karol
Karol

Jeszcze dodam tylko ostatnią rzecz, żeby rozwiać mit genialnych Mistrzostw Świata 1998 Zinedine Zidane – był tak decydujący, że nie wygrał nawet nagrody najlepszego gracza. Ba, nie było go w pierwszej trójce, a jedynym piłkarzem francuskim w top3 był wspomnianym przeze mnie Liliam Thuram.

Mama Lionela Messiego mówiła do męża "tatusiu"
Mama Lionela Messiego mówiła do męża "tatusiu"

Pan Pecewu prosi się o bana, na tej stronie obowiązkiem jest marszczenie do somatotropinowego bożka

Adrian
Adrian

Seedorf wygrał mój plebiscyt. Mediolan był mu pisany jego miejsce pierwszy klub. jak dla Piątka Berlin 😉 Polak pod okiem dobrego trenera, wyjeżdża za granicę długo trzymany nie najwcześniej jak na zawód piłkarza. Robi sukces w Berlinie i wraca tam gdzie czuje się najlepiej czyli do Cracovii. ;).

Lech Areczka Cracovia !

jakub
jakub

paolo rossi??? 🙂 ok rozumiem ze deyna, boniek i lubanski sa w top 80

qdlaty81
qdlaty81

Ibra faking cadabra

Bartek
Bartek

A gdzie Alex Del Piero ?!! W zestawieniu jest tuzin pilkarzy, którzy nie dostają mu do pięt

Weszło
24.09.2020

Bawarska maszyna się nie zatrzymuje. Bayern z Superpucharem Europy

Mają czego żałować piłkarze Sevilli po meczu o Superpuchar Europy. Bayern Monachium – zespół oczywiście lepszy, jeżeli oceniać pełen przebieg spotkania – był dzisiaj mimo wszystko do ukąszenia i miał całkiem sporo problemów w defensywie. Andaluzyjczykom zabrakło jednak skuteczności w kluczowych momentach, a Bayern takich błędów nie wybacza, o czym przekonał się już choćby Olympique […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

Kristopher Vida. Piłkarz dyskretny jak Tesla w godzinach szczytu

Kristopher Vida. Taki piłkarz, kojarzycie? Jeśli nie, to żaden skandal, nawet to rozumiemy. Bo gość jest w Polsce od pół roku i tak naprawdę nie dał nam ani jednego powodu, żeby nie myśleć o nim, jak o meteorycie. Bardzo kosztownym nie tylko ze względu na to, że Piast Gliwice sporo za niego zapłacił. Także dlatego, […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

Gra lepsza niż wynik. Piast wypunktowany w Kopenhadze

No cóż, można się było tego spodziewać: Piast Gliwice tegoroczną przygodę z pucharami kończy na meczu z FC Kopenhaga. Mimo to odczuwamy spory niedosyt. Jeśli ktoś spojrzy na suche 0:3, pomyśli sobie, że nie było tematu i Duńczycy naszego przedstawiciela zgnietli. A wcale tak to nie wyglądało.  Dotychczas obowiązywał w tym sezonie następujący podział: Piast […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

Nowa miotła nie pozamiatała, ale awans zrobiła

Po meczu z Górnikiem Zabrze i generalnie po niemrawym początku sezonu dało się wyczuć, iż kibice Legii Warszawa obawiają się meczu z kosowską Dritą Gnjilane. Wystarczyło jednak mniej więcej pół godziny tego spotkania, byśmy przekonali się, że równie dobrze można było bać się małej myszy, która błąka się gdzieś po piwnicy. Zasługa nowego szkoleniowca, którym […]
24.09.2020
Bukmacherka
24.09.2020

Obstawianie zakładów dzięki Typerplus.pl będzie teraz dużo prostsze!

Dziś możesz już obstawić każdą dyscyplinę sportową w zakładach bukmacherskich. Nie ma znaczenia, czy jest to piłka nożna, koszykówka, tenis hokej czy któraś z mniej popularnych, jak golf, pesapallo lub krykiet. Coraz większa liczba ludzi decyduje się na urozmaicenie widowiska sportowego poprzez obstawianie go online. To pozwala na przeżywanie jeszcze większych emocji w trakcie meczu. […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

Uwaga Łódź i okolice: w piątek na Widzewie zbiórka darów dla ojczyzny Fundambu

Słuchajcie, mamy do was sprawę. W zasadzie to nie my, a wszyscy obywatele Demokratycznej Republiki Konga. Przed nami ogromna (przynajmniej mamy nadzieję, że ogromna) zbiórka darów na rzecz ojczyzny Merveilla Fundambu. Cel jest szczytny, chodzi po prostu o to, żeby pomóc komuś, kto tej pomocy potrzebuje. Dlatego, choć akcję mocno nagłośnili już organizatorzy, jako osoby, […]
24.09.2020
Anglia
24.09.2020

Serbski wojownik chce podbić Premier League. Kluczowy sezon Mitrovicia

„On był źródłem całego niebezpieczeństwa. Cały czas musieliśmy być czujni, a i tak strzelił dwa gole.” Takie słowa z ust Marcelo Bielsy nie zdarzają się codziennie, a już na pewno nie w przypadku każdego piłkarza. Mówi się, że są kluby zbyt dobre na ligowe zaplecze, ale jednocześnie nie na tyle jakościowe, aby utrzymać się w […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

#AleNumer – konkurs z nagrodami – ile bramek strzelą pucharowicze w 5. kolejce?

Uwaga, Weszło razem z Totalizatorem Sportowym rozdaje piłki Ekstraklasy, koszulki klubów, iPhone’a 12, smart watcha od Apple! Rozpoczynamy kolejny sezon z konkursem #AleNumer. Tym razem pytamy o to, ile bramek w 5. kolejce Ekstraklasy strzelą kluby reprezentujące nas w pucharach. Jak grać? Rywalizujemy na naszych social mediach. Pod naszymi wpisami na Twitterze lub Facebooku odpowiadacie […]
24.09.2020
Hiszpania
24.09.2020

Legenda się żegna. Luis Suarez przechodzi do Atletico

Sześć sezonów. 198 bramek. 97 asyst. Oszałamiające 59 trafień w 53 meczach sezonu 15/16. Element – bez cienia przesady – jednego z najbardziej ekscytujących ofensywnych tridente w historii futbolu, które tworzył razem z Messim i Neymarem. Cztery mistrzostwa Hiszpanii, cztery Copa del Rey. Jedna wygrana Liga Mistrzów. Nie będzie już Luisa Suareza w barwach Barcelony. […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

Lewandowski z kolejnym pucharem? Bayern faworytem meczu o Superpuchar

Bayern, czyli giganci europejskiej piłki w 2020 roku, stoją przed szansą powiększenia gabloty. O co? O Superpuchar UEFA, a takich ciekawostek w Monachium zbyt wiele nie mają. Jeśli Bawarczycy ograją Sevillę, zatriumfują w tych rozgrywkach dopiero po raz drugi w historii. Ale lepszy rydz niż nic. Typujemy, że Robert Lewandowski odhaczy kolejne zadanie na liście. […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

Nowy trener, nowy Michał Karbownik, który zostanie w Legii?

Czy Czesław Michniewicz odmieni Legię Warszawa i w jaki sposób to zrobi? Te pytania od jakichś trzech dni zadają sobie wszyscy ludzie, którzy obserwują polską piłkę klubową. Niedługo odkrywane będą kolejne karty. Coś powie nam dzisiejszy mecz z Dritą Gnjilane, choć oczywiście nie zakładamy, że po takim czasie ręka nowego szkoleniowca będzie bić po oczach, […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

Dlaczego Piast nie jest skazany na pożarcie?

Nie ulega wątpliwości, że z trójki naszych pucharowiczów Piast w III rundzie eliminacji Ligi Europy wylosował zdecydowanie najgorzej. Jeśli przejdzie FC Kopenhaga, będzie to już coś naprawdę dużego dla polskiej piłki w jej obecnym położeniu, zwłaszcza że dopiero co w poniedziałek gliwiczanie rozgrywali mecz ligowy i zaraz musieli jechać do Danii. Gospodarze są wyraźnym faworytem, […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

Piast pomści Lechię i odpłaci się Wilczkowi?

Tak się dziwnie składa, że w obecnej edycji pucharów świetnie idzie nam odpłacanie się rywalom. Malmoe powiozło Cracovię, to Lech odprawił Hammarby. Omonia wygrała z Legią, to Lech ograł Apollon. Co wy na to, żeby skompletować hattricka i dać pstryczka w nos Duńczykom i Kamilowi Wilczkowi? Polak cieszył się z losu i bardzo chce powtórzyć […]
24.09.2020
Blogi i felietony
24.09.2020

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Dani Ramirez zaczynał polską przygodę od Stomilu Olsztyn i polecam pochylić się nad tym przypadkiem. Bowiem Dani Ramirez grał w Stomilu źle. Nikt za nim nie płakał, gdy odchodził. Miał tylko przebłyski. Nawet wiosenne wyniki: z Ramirezem w pierwszym składzie Stomil nie wygrał ani jednego meczu, a wręcz stoczył się na dno tabeli. Ramirez wylądował […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

Powieźć Drite, awansować do fazy grupowej. Prosta misja Legii

W takich meczach jak starcie Legii Warszawa z Dritą zwykle mówi się, że zaczynamy liczyć wynik od 3:0 dla faworyta.A że faworytem jest mistrz Polski, to specjalnie nas taka wróżba nie dziwi.My jednak postaramy się was przekonać, że warto zacząć liczyć wcześniej.Choćby dlatego, że w eWinner znajdziemy kilka atrakcyjnych typów na to spotkanie.Sprawdźcie nasze podpowiedzi! […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

7 powodów, dla których warto rzucić okiem na mecz o Superpuchar Europy

Lech Poznań swoim wczorajszym zwycięstwem na Cyprze narobił nam apetytu na kolejne sukcesy polskich klubów w eliminacjach do Ligi Europy. Dziś koncentrujemy zatem uwagę przede wszystkim na meczach Piasta Gliwice i Legii Warszawa. Ale na tym piłkarskie emocje dla polskich kibiców się wcale nie kończą. O 21:00 Bayern Monachium zmierzy się bowiem z Sevillą FC […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

20 szybkich ciekawostek o FC Kopenhaga

Piast Gliwice zmierzy się dziś z FC Kopenhagą. Faworytem nie jest – delikatnie mówiąc. Zapraszamy na 20 szybkich ciekawostek o rywalu gliwiczan. 1. Pewnie nie wiedzieliście – w FC Kopenhadze gra Kamil Wilczek, bohater najbardziej kontrowersyjnego transferu w duńskiej piłce tego lata. Media społecznościowe piłkarza zalała fala obraźliwych wpisów, nawet nie wszyscy kibice FCK byli […]
24.09.2020
Weszło
24.09.2020

PRASA. Lech silniejszy od Bogów, Wilczek chciał trafić na Piasta, Drita przyjechała po awans

O czym dziś piszą w gazetach? Głównie o Lechu, Legii oraz Piaście, czyli bez zaskoczenia. Mamy m.in. dwie rozmowy z Kamilem Wilczkiem, który bardzo się ucieszył na wieść, że zagra przeciwko gliwiczanom. – Bardzo! Obserwowałem losowanie i po cichu na to liczyłem. Dla mnie to podróż sentymentalna, choć sentymentów na boisku nie będzie. Fajnie jednak […]
24.09.2020