Reklama

Polacy z wozu, młodzieżowemu mundialowi lżej

redakcja

Autor:redakcja

02 czerwca 2019, 19:50 • 4 min czytania 0 komentarzy

Nie było sensacji w Gdyni: Włosi przybyli, zobaczyli, strzelili, zamurowali, wyjechali, odprawiając Polaków na wcześniejsze wakacje. Mówi się często, że turniej traci na dość wczesnym odpadnięciu gospodarza, ale raczej nie w tym przypadku: piłkarsko mieliśmy do zaproponowania bardzo mało, niech kopią ci, którzy faktycznie kopać umieją.

Polacy z wozu, młodzieżowemu mundialowi lżej

Pierwsza połowa zaczęła się bez mała sensacyjnie – nie przegrywaliśmy 0:3 po kwadransie, nie wyglądaliśmy jak zespół stworzony z osób wziętych siłą do składu piętnaście minut wcześniej na dworcu w Gdyni. Byliśmy zaskoczeni, bo jakiekolwiek argumenty piłkarskie pokazaliśmy do tej pory wyłącznie z Tahiti, a tutaj nie tylko nie było czekania na oklep, ale również – niesamowite! – akcje zaczepne.

I to zupełnie niezłe. Całkiem ładnie wyglądała akcja na początku meczu, którą Zylla zakończył soczystym uderzeniem (choć niecelnym), wkrótce kopytem popisał się Stanilewicz – odległość znaczna, a strzał całkiem groźny. Te sytuacje, może nie stuprocentowe, ale chociaż godne odnotowania nie tylko przez statystyków, były dodatkowo popierane udanymi próbami gry kombinacyjnej, jakąś pomysłowością, momentami nawet tym, o co Polaków byśmy nie posądzali: płynnością. Polska z Włochami chciała mieć inicjatywę i nawet jej to wychodziło.

Nie piszmy jednak fałszywej historii, w ramach której młoda Squadra Azzura była oszołomiona i nie wiedziała co się dzieje, bo kręciliśmy ich jak Denilson podczas Pucharu Konfederacji 1997. Włosi wyglądali, jakby sprawdzali na co nas stać, a sami stawiali na ostrożność. Ich akcje cechował podobny poziom chaosu, choć i tak mieli swoje niezłe szanse, by wspomnieć główkę Tripaldellego czy strzał Pinamontiego z dystansu.

Ale im dalej w las, tym wyraźniejsza robiła się różnica w jakości obu zespołów. Nie, Italia nie zagrywała do siebie rabonami, ale kombinacyjnie stali o półkę wyżej. Wychodzenie na pozycje, przesuwanie się, technika użytkowa, liczba opcji, którą zawodnicy potrafią zaproponować w ofensywie – nasi nie dorastali. Bramkę Włosi strzelili akurat po akcji przypadkowej – wrzutka, ręka, trochę przypadkowa jak wczoraj w finale Ligi Mistrzów – ale całkowicie zasłużenie. W zasadzie pod koniec pierwszej połowy powinni zabić ten mecz, a akcja bardzo wymowna: dośrodkowanie z fałsza, Scamacca kładzie na ziemi naszego najlepszego zawodnika, Walukiewicza, ma na dwunastym metrze otwartą drogę do siatki. Powinien strzelić na 2:0, ale zlitował się i przestrzelił.

Reklama

My z dwoma strzałami, tymi z początku, Italia z dziewięcioma, prowadzeniem i większym posiadaniem piłki. Taki był obraz pierwszych czterdziestu pięciu minut.

Oddajmy reprezentacji Magiery, że druga połowa była najlepszą w ich wykonaniu na tym turnieju (darujcie, trudno w pełni poważnie traktować rywalizację z Tahiti). Od pierwszych minut ruszyli. Próbowali. Nie wyglądali, jakby potrzebowali pampersa, tylko faktycznie wyszli na Włochów bez bojaźni. Nie, nie było płynności w grze, to była ofensywa w stylu siła razy ramię, względnie czerpiąca garściami z taktyki na chaos Piotra Świerczewskiego, ale na bazie tej czystej determinacji coś udawało się wyszarpać.

Nasza najlepsza okazja? Jedna, naprawdę stuprocentowa, która powinna się skończyć golem. Dużo przypadku, po którym piłka dociera do Zylli. Pole karne, przed nim tylko bramkarz, który nie ma już innej opcji jak tylko wykonać obronę w stylu piłki ręcznej – pajacyk na czuja. A jednak Zylla trafia w golkipera. Widzicie, mógł przyjąć, mógł poczekać, mógł pomyśleć. Poszedł na instynkt i przegrał. Oczywiście mógł też przekombinować, tak jak Pinamonti, który w sytuacji sam na sam z Majeckim próbował… panenki z gry. Nie przesadzaj, chłopcze.

W naszej drużynie na pewno można pochwalić Michała Skórasia, którego strzały z dystansu stanowiły ozdobę. Niemniej znowu to pokazuje nasz problem: najlepsze szanse to dość przypadkowa – jeśli chodzi o jej powstawanie – akcja i strzały z dystansu. Rzadko coś, przy czym trzeba było wymienić szereg podań. Najczęściej dośrodkowanie na pałę, a pierwsze celne bodajże w 88. minucie, kiedy Zylla chybił z bliska. I tak to wyglądało – jakaś zaplątana futbolówka, kotłowanina, czy ktoś kopnie czy nie? Akcje raczej bliższe podwórku niż prawdziwemu futbolowi.

Odpadamy z bilansem bardzo słabym. Bramki zdołaliśmy strzelić wyłącznie Tahiti. Poza tym dwie porażki i 0:0 z Senegalem, gdzie Senegal wystawił półrezerwowy skład i też urządzał go bezbramkowy remis. Nasza obrona jeszcze jak cię mogę, choć też potrafiła popełniać szkolne błędy, ale atak… Tego się w zasadzie nie dało oglądać. Narzekamy na Zielińskiego często i gęsto, a dopiero po takim turnieju widać jaką rzadkością jest polski pomocnik umiejący wymyślić coś poza lagą.

Polska U20 – Włochy U20 0:1

Reklama

Pinamonti 38 (karny)

Fot. FotoPyK

Najnowsze

Ekstraklasa

Do końca sezonu na tyle stać Lecha – na męczenie buły i ciułanie punktów

Paweł Paczul
24
Do końca sezonu na tyle stać Lecha – na męczenie buły i ciułanie punktów

Komentarze

0 komentarzy

Loading...