Lechia – Górnik, czyli ostry wiraż w wyścigu o tytuł

Michał Kołkowski

22 grudnia 2018, 10:01 • 4 min czytania

Reklama
Lechia – Górnik, czyli ostry wiraż w wyścigu o tytuł

Dwa bezbramkowe remisy z rzędu i nagle Lechia Gdańsk jest zmuszona oglądać plecy warszawskiej Legii przed ostatnim ligowym spotkaniem w tym roku. Oczywiście wystarczy im tylko wygrać lub nawet tylko zremisować swój mecz, żeby z powrotem rozsiąść się w fotelu lidera. I lepiej dla gdańszczan, żeby to się udało – porządne punktowanie jesienią, zwłaszcza przeciwko rywalom z dołu tabeli, bywa w realiach ekstraklasy prostą, wygodną drogą do mistrzostwa Polski.

Reklama

W zeszłym sezonie faworytem starcia biało-zielonych z Górnikiem Zabrze byliby zapewne piłkarze z Górnego Śląska, ale w bieżących rozgrywkach ich postawa pozostawia – delikatnie rzecz ujmując – sporo do życzenia. Choć podopieczni Marcina Brosza w ostatnim meczu z Arką zasygnalizowali, że pomalutku zaczynają wychodzić na prostą, a sytuację w drużynie udało się wreszcie trenerowi w miarę porządnie poukładać. Górnik zagrał solidnie i zremisował nie do końca zasłużenie. Niemniej – dziś murowanym faworytem tego zestawienia jest Lechia, każdy wynik inny niż zwycięstwo ekipy Piotra Stokowca będzie po prostu mega-sensacją.

Tym bardziej, że lechistom to zwycięstwo jest po prostu potrzebne, jeżeli nie chcą stracić korzystnej pozycji w wyścigu o mistrzostwo Polski. Świadczą o tym przykłady z najnowszej historii naszej ligi.

W sezonie 2017/18 przed przerwą zimową udało się wcisnąć do terminarza aż 21 meczów. Na takim dystansie najlepsza okazała się Legia Warszawa, czyli – późniejszy mistrz kraju. Wojskowi zebrali 38 punktów, o dwa więcej niż tercet pościgowy – Lech, Jagiellonia i Górnik. Po dwudziestu kolejkach (tyle rozegrane zostanie teraz) również prowadzili legioniści, zresztą z takim samym dorobkiem punktowym, bo przedświąteczny mecz przerżnęli z Wisłą Płock 0:2. To w sumie dość interesujące – wychodzi na to, patrząc po prostu na liczbę oczek w tabeli, że poturbowana na rozmaite sposoby Legia w bieżących rozgrywkach radzi sobie jednak ciut lepiej niż w poprzednich.

Reklama

Lechia ma natomiast szansę, by po dwudziestu seriach gier skompletować aż 42 punkty. To byłaby naprawdę dobra jesień w ich wykonaniu, ale nie ma też sensu tonąć w zachwytach. Tym bardziej, że na razie jeszcze z Górnikiem nie wygrali. W sezonie 2016/17 po dwudziestu kolejkach prowadziła Jagiellonia (39 punktów), sezon wcześniej Piast. Gliwiczanie zgromadzili dokładnie 42 oczka, a w ostatniej grudniowej kolejce jeszcze swój dorobek podrasowali, bo na zimowe urlopy rozjechali się z dorobkiem na poziomie 45 punktów. Tytułu im to wcale nie zapewniło, choć bili się o mistrzostwo do końca, co samo w sobie było olbrzymią sensacją i wynikiem, co tu ukrywać, genialnym.

Jak do tej pory biało-zieloni tylko dwukrotnie schodzili z boiska pokonani (0:1 z Wisłą Płock, która ma ewidentnie patent na jesiennych liderów i 2:5 z Wisłą Kraków). Legia zeszłej jesieni przegrała natomiast aż siedmiokrotnie. Choć ważne jest nie tylko to, jak często się przegrywa, ale i z kim.

Pięć najsłabszych ekip w pierwszej rundzie sezonu 2017/18 to Pogoń Szczecin, Piast Gliwice, Sandecja Nowy Sącz, Cracovia i Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Późniejsi mistrzowie kraju, jakkolwiek ich forma daleka była od stabilności, akurat przeciwników tego kalibru golili z bardziej niż przyzwoitą skutecznością, zdejmują z boiska aż 19 z 24 punktów możliwych do zdobycia. Chociaż przytrafiały się Legii wstydliwe porażki z Lechem, Jagiellonią i Górnikiem, to kroplówka punktowa płynąca ze starć z zespołami pogrążonymi w kryzysach pozwoliła warszawskiej drużynie utrzymać się… nie tylko przy życiu, ale i na szczycie.

Jak to wygląda w wykonaniu Lechii w tym sezonie? W tej chwili pięć ekip z najmniejszą liczbą punktów na koncie to Wisła Płock, Górnik Zabrze, Zagłębie Sosnowiec, Śląsk Wrocław i Miedź Legnica. Na razie: 14 punktów na 21 możliwych dla Paixao i spółki. Średnio. Gdyby dziś trafił się biało-zielonym, dajmy na to, kolejny frajerski remis (podobnie jak w Legnicy) – mamy tylko 15 oczek w starciach z dołującymi drużynami, o cztery mniej niż Legia zdobyła w analogicznym okresie poprzednich rozgrywek. W ekstraklasowej tabeli zwykle panuje straszna ciasnota aż do samego finiszu, zatem tego rodzaju potknięcia mogą decydować w końcowym rozrachunku o tym, dokąd powędrują złote medale.

Reklama

Spójrzmy choćby na jesień 2017 w wykonaniu Jagiellonii, wszak białostoczanie otarli się w minionym sezonie o mistrzowski tytuł. Tylko 14/24 w potyczkach z ogórasami, parę żenujących potknięć, między innymi z późniejszymi spadkowiczami. Ilu punktów zabrakło później Jadze do tytułu? Być może dziejowy sukces został zaprzepaszczony nie wiosennymi wahaniami formy, a właśnie potknięciami w rundzie jesiennej. Zresztą – fenomen wspomnianego Piasta również opierał się na tym, że gliwiczanie bardzo długo z bezlitosną skutecznością gnębili zespoły z dna tabeli. Gdy zaczęli gubić punkty z rywalami najdrobniejszego kalibru, Legia ich capnęła.

Stołeczna drużyna dalej trzyma się swojej metody na sukces. 15 na 18 możliwych punktów w meczach z Wisłą, Górnikiem, Zagłębiem, Śląskiem i Miedzą.

Zatem dla Lechii starcie z Górnikiem jest wbrew pozorom znacznie ważniejsze, niż mogłoby się wydawać, o ile oczywiście podopieczni Piotra Stokowca mają mistrzowskie ambicje. A wszystko wskazuje na to, że tak. Jeżeli gdańszczanie pozwolą sobie na kolejne potknięcie w meczu z ekipą, której w bieżących rozgrywek raczej nie grozi czołowa ósemka, to mogą gorzko zapłakać za pogubionymi punktami, gdy sezon będzie dobiegał końca.

fot. FotoPyk

Reklama

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Lechia dalej nie uznaje spadku. Wykluczyła z obrad… Wieczystą!

Jan Broda
21
Lechia dalej nie uznaje spadku. Wykluczyła z obrad… Wieczystą!