Reklama

Piłka, Camele i rock’n’roll – Mono Burgos, wyjątkowa legenda Atletico

redakcja

Autor:redakcja

26 kwietnia 2018, 16:20 • 11 min czytania 3 komentarze

Chyba wszyscy lubimy oryginalne, jaskrawe postacie. Historia wiele razy pokazała, że można nie być najlepszym na świecie sportowcem, muzykiem, aktorem czy jeszcze kimś innym, ale swoim charakterem oraz sposobem bycia i tak zaskarbić sobie sympatię wielu osób. Ludzie cenią zwłaszcza wariatów, nawet gdy ich szaleństwa nie zawsze są pozytywne. W końcu polotu i finezji nigdy za wiele na tym smutnym jak sami wiecie co świecie.

Piłka, Camele i rock’n’roll – Mono Burgos, wyjątkowa legenda Atletico

German Burgos to doskonały przykład kogoś, kto nie jest stworzony do normalnego życia. Highlightsy zarówno jego piłkarskiej, jak i trenerskiej kariery zapewniają dobrą rozrywkę na długi czas. Nie inaczej z udzielanymi przez niego wywiadami, w których sypie anegdotami jak z rękawa. Przyjaciel Diego Simeone i wierny wyznawca Cholismo. Wielbiciel „Listy Schindlera”, książek Charlesa Bukowskiego i talentu aktorskiego Ala Pacino oraz Gary’ego Oldmana. Fanatyk Rolling Stonesów. Smakosz grillowanych steków rib-eye. Entuzjasta Marsjan. Człowiek, którego wyrzucono z Watykanu za żart z Jana Pawła II. Po prostu El Mono.

Fillol nad Gattim
Choć trudno w to uwierzyć, Argentyńczyk był kiedyś mały. Był jedynakiem, więc jego najbliższa rodzina nie miała większych problemów z pieniędzmi. Sam często wspomina jednak swoją babcię, która lubiła powtarzać, że gdyby on i jego ojciec tyle nie jedli, to cała familia spałaby na pieniądzach – obaj potrafili bowiem wsunąć po trzy lub nawet cztery porcje jednego posiłku. Dla małego Germána miało to jednak zaletę. W podwórkowych meczach brano go do drużyny starszych dzieciaków, choć tylko wtedy, gdy nie miał na sobie koszulki River Plate. Więksi chłopcy kibicowali bowiem Boca Juniors i stawiali sprawę jasno: musisz być jak Gatti.

Burgos wolał jednak Fillola, a jego miłość do Los Millonarios rosła z każdym rokiem. El Mono nie widział świata poza futbolem. Uważa go zresztą za najlepszy sport na świecie, który jest dostępny dla każdego i niczego nie wymaga. To nie tenis lub koszykówka – w piłkę zagrasz wszędzie i wszystkim. Choć od początku wiedział, że chce bezgranicznie poświęcić się futbolowi, na początku wahał się odnośnie swojej pozycji. Raz grał jako bramkarz, raz jako stoper i tak na zmianę. – W końcu jednak na jakimś turnieju zmarnowałem rzut karny i rzuciłem grę w polu w diabły. Moje miejsce było między słupkami – opowiadał. W weekendy grał zarówno w sobotę, jak i w niedzielę – jednego dnia w swojej kategorii wiekowej, drugiego w starszej. Imponował trenerom, którzy zapraszali go na testy i po kwadransie wiedzieli, że chcą go u siebie na stałe. Wyjazd z domu rodzinnego nie był jednak łatwy, a przynajmniej nie dla Burgosa.

– Matka nie chciała, abym odjeżdżał i został piłkarzem. Martwiła się, że może mi się coś stać. Myślała, że mnie pokopią, podepczą. Tak to jest być jedynakiem. Kluby zaczęły o mnie pytać, ale musiałem najpierw skończyć szkołę. Ferro miało wtedy 56 tysięcy socios. Coś niesamowitego. Zgłosiło się po mnie, gdy miałem 15 lat. Matka ciągle płakała i płakała, i płakała, bo nie chciała, bym wyjeżdżał. Oba miasta dzieli 400 kilometrów. Ojciec mówił, żebym jechał. Pozostawało pytanie, co zrobić z matką. Miałem w ręku bilet, ale go podarłem. Powiedziałem: „Masz rok na wypłakanie się. Potem wyjeżdżam”.

Reklama

Gruba małpa
Decyzja była słuszna. W wieku 25 lat trafił w końcu do ukochanego River Plate, w którym spędził pięć sezonów. Przez większość tego czasu rywalizował o miejsce w składzie z Roberto Bonano, którego później mieli okazję poznać m.in. kibice Barcelony. El Mono z reguły wychodził z tego pojedynku zwycięsko, przyczyniając się do wywalczenia przez Los Millonarios siedmiu trofeów. Zaczął w międzyczasie dostawać powołania do reprezentacji, choć jego styl i sposób bycia często przysparzał mu kłopotów.

Jednym z jego problemów przez całą karierę było to, że aż za bardzo lubił angażować się w grę. El Mono uwielbiał dalekie wycieczki poza własne pole karne, nawet gdy nie było to konieczne, a czasem wręcz niewskazane. Jak łatwo się domyślić, puścił przez to kilka śmiesznych goli, spośród nich najbardziej znany jest ten, którego wsadził mu w 1996 roku José Luis Chilavert.

Nie po drodze było mu także z kibicami, od których słyszał z trybun wszystko, co możliwe. Stał się dla nich grubą małpą, śmierdzącym idiotą, głupim pajacem – a to tylko te najłagodniejsze określenia. Myli się jednak ten, kto myśli, że Germána to obchodziło. Wręcz przeciwnie – napędzało go, a dyskusje z trybunami były dla niego chlebem powszednim. Nawet jeśli to zbyt wariackie zachowanie, dla Burgosa zawsze najważniejsza jest szczerość i nieunikanie konfrontacji, zwłaszcza walcząc o swoje imię i rzeczy, w jakie się wierzy. Kiedy się go słucha, na myśl od razu przychodzi skojarzenie z Pawłem Zarzecznym i jest to jak najbardziej komplement.

– Moi przyjaciele nazwali mnie Baniakiem, wiesz? Dlatego, że w bani mam komputer lepszy niż wszystkie komputery NASA! Teraz każdy mi słodzi i docenia. Proszę, wyzwijcie mnie choć raz! Mam dość gratulacji, uścisków, buziaków… Nie chcę robić sobie z nikim zdjęć – chcę wyzwisk, a nie samego cukrowania. Skończcie z tym gównem, życie takie nie jest. Usłyszałem w życiu już chyba wszystko, odwracałem się do trybun i im odpowiadałem. Aż pewnego razu odwróciłem się w Argentynie. Rzucili mi butelkę z uryną. Zorientowałem się dopiero po kilku łykach. Kurwa, próbowałem złotego deszczu!

Showman w czerwonej czapce
W 1999 roku Burgos przeniósł się do Europy i związał z Mallorcą. Wielu uznałoby to za idealny moment, by nieco spokornieć i spoważnieć. Wielu, ale na pewno nie El Mono. Dla niego była to szansa, aby swoje przedstawienie wystawiać przed szersza publiką. Dalej grał więc w taki sposób, jak w Argentynie, nie robiąc sobie nic z docinków i śmiechów związanych z konsekwencjami tego. Trzeba jednak zaznaczyć, że Argentyńczyk nie był słabym bramkarzem – potrafił bronić na naprawdę wysokim poziomie. Problemem stanowiło jedynie to, że futbol cały czas traktował w taki sam sposób, jak gdy miał siedem lat – chciał się nim bawić i czerpać jak najwięcej radości, co czasem przekładał nad profesjonalizm. Za to jednak się go uwielbiało.

Reklama

Z Balearami przywitał się jednak brutalnie. Kilka tygodni po starcie sezonu mocno pobił jednego z rywali, za co został zawieszony aż na jedenaście meczów. Ostatecznie kariery tam nie zrobił, ale jego postura i charakterystyczne długie włosy sprawiały, że kojarzył go każdy. Strzałem w dziesiątkę okazało się przejście do Atlético. Los Rojiblancos grali wtedy w Segunda División i chcieli jak najszybciej wrócić do ekstraklasy. Burgos im w tym pomógł, występując w niemal wszystkich spotkaniach. Do swojego wizerunku dorzucił kolejne elementy: blond pasemka, długie dresowe spodnie, podciągniętą do łokci bluzę bramkarską i czerwoną czapkę z daszkiem, która szybko stała się jego symbolem.

Obrazków związanych z grą na Vicente Calderón było wiele. Podczas jednego z meczów derbowych obronił rzut karny wykonywany przez Luisa Figo. Dokonał tego… twarzą, przez co rozkwasił sobie nos i musiał zostać opatrzony, gdyż pojawiło się sporo krwi. Innym razem przeholował z pewnością siebie, gdy strzał Júlio Baptisty z rzutu wolnego chciał sparować klatką piersiową, doprowadzając do utraty jednego z bardziej absurdalnych goli w swojej karierze. Argentyńczyk często pokazywał się jednak także z dobrej strony – był skuteczny przy „jedenastkach” i w sytuacjach sam na sam, w trakcie których zwykł przyjmować swoją charakterystyczną pozę, czyli przyklękał na jedno kolano i szeroko rozpościerał ramiona. Choć bywał szalony i nieobliczalny, kibice Los Rojiblancos go uwielbiali. Jak bowiem nie oklaskiwać takiego wariata, który nie boi się nikogo i niczego, a momentami daje show lepsze niż niejeden kabaret?

Camele i 35 szwów
Burgos zakończył karierę w wieku 35 lat, ale nie do końca był to jego wybór. Na początku 2003 roku wykryto u niego raka nerki. Przyjął to w typowy dla siebie sposób: – Zadzwonił lekarz i powiedział co jest grane. To był czwartek. Powiedziałem mu, że trochę słabo, ale może zrobimy operacje w poniedziałek, bo w niedzielę jest mecz. Przekonał mnie jednak, że trzeba zrobić to jak najszybciej. Na szczęście wszystko udało się wyleczyć i El Mono wrócił do gry już po trzech miesiącach. W międzyczasie klub przedłużył z nim kontrakt na kolejną kampanię, zapewniając pełne wsparcie. Jak sam przyznał, choroba to efekt palenia papierosów, w które wciągnął się jeszcze jako nastolatek. Wydawać by się mogło, że 35 szwów i duża blizna na zawsze odstraszą go od tego nałogu.

Rozbrat z fajkami potrwał jednak tylko cztery miesiące. Germán wielokrotnie powtarzał, iż pogodził się ze swoim uzależnieniem i choć powinien z nim skończyć, to nie ma tego w planach. – Odkąd pokonałem raka, jestem najsilniejszy. Nie boję się niczego – mówi otwarcie. Zresztą, papierosy to jeden z powodów, dla których nie przepada za tenisem. W końcu na trybunach nie można ani palić, ani rozmawiać, ani krzyczeć. Nie to co w starym, dobrym futbolu. Dlatego też Burgos stara się hamować w sytuacjach, które tego wymagają, ale gdy tylko może – najczęściej w zaciszu domowego ogródka – nie rozstaje się z paczką ukochanych fajek. Najlepiej Cameli.

Źródło: El Mundo

Być jak Mick Jagger
Powiedzmy sobie to wprost. Szalony charakter, wariackie zachowania, ekscentryczny styl życia, oryginalny ubiór, setki anegdot, wdawanie się w kłótnie i bójki oraz miłość do używek, której nie pokonała nawet ciężka choroba – przy takiej charakterystyce w życiu Burgosa po prostu nie mogło zabraknąć rock’n’rolla. Choć Argentyńczyk twierdzi, że gdyby nie został piłkarzem, kariera muzyczna to byłby jego alternatywny wybór, plan b. Nawet pozostająć czynnym zawodnikiem El Mono miał bowiem nie tylko swój zespół, ale jeszcze nagrywał z nim płyty.

Pasją do tej muzyki zaraził go ojciec. Młodemu Germánowi najbardziej spodobali się Rolling Stonesi. Gdy w latach 90. zakładał swój zespół, jego ówczesna nazwa Simpatía nawiązywała do jednej z ich piosenek – „Sympathy for The Devil”. Szybko jednak uznał, że kojarzy się ona bardziej z jakąś salsą albo innym romantycznym pierdzeniem, dlatego ostatecznie wybrano „The Garb”, będącą akronimem pełnego imienia i nazwiska Argentyńczyka. Jak dotąd, udało im się wydać cztery albumy i trzeba przyznać, że słucha się tego całkiem przyjemnie.

– Gdy zacząłem grać w poważny futbol, udawało mi się to ze sobą łączyć. Czuję się muzykiem tak samo jak bramkarzem. Wielu musi wybierać, a ja mam to szczęście, iż spełniam się w obu pasjach. Nigdy nie ukrywałem mojego muzykowania. Kolegów z River Plate sam zaprosiłem na koncert. Na początku wybuchnęli śmiechem, ale potem zobaczyli, że to nie jest tylko jakaś fanaberia. Nie robię z siebie błazna – jeśli się za coś biorę, robię to na poważnie.

Wyznawca Cholismo
Na początku swojej trenerskiej kariery Burgos był m.in. trenerem bramkarzy w Alcorcón i pierwszym szkoleniowcem w Carabanchel. W 2011 roku dołączył jednak do sztabu swojego przyjaciela, Diego Simeone. Pierwszym wspólnym przystankiem była Catania, potem pracowali w argentyńskim Racingu. Wszystko, co najlepsze, przyszło jednak wraz z przybyciem do Madrytu. Perfekcyjnie zgrany duet zmienił Atlético nie do poznania. Choć najwięcej zasług przypisuje się El Cholo, nie można zapominać o wkładzie, jaki ma El Mono.

Nie jest on bowiem jedynie asystentem. Jest kimś znacznie więcej. Rozpracowuje stałe fragmenty gry, motywuje piłkarzy i każdego dnia pokazuje, że zależy mu na tym klubie jak mało komu. Na ławce nie jest co prawda tak ekspresyjny jak Simeone, ale jego szalony charakter dał znać o sobie już wiele razy. W trakcie derbów w grudniu 2012 roku trzeba było go hamować, gdy dał się sprowokować José Mourinho. – Nie jestem Tito Vilanovą, urwę ci łeb! – wykrzykiwał w kierunku Portugalczyka. Niecałe dwa lata później ponownie wybuchł w meczu z Realem. Tym razem rzucił się na sędziego, a przytrzymywać musiało go siedmiu członków sztabu, bo krewki Burgos nie jest łatwy do okiełznania. Wówczas skończyło się tylko na trzech spotkaniach zawieszenia, bowiem dzień później El Mono zadzwonił do arbitra i wyjaśniając swoje zachowanie, przeprosił go.

Jako prawa ręka Diego, Germán nie ma problemu z zastępowaniem go w obowiązkach, gdy ten ląduje na trybunach. Całkiem nieźle radzi sobie także wtedy, kiedy El Cholo jest zawieszony i już od pierwszego gwizdka trzeba kierować zespołem. Bilans Burgosa to sześć zwycięstw, dwa remisy oraz dwie porażki, spośród których największym osiągnięciem było ligowe zwycięstwo na Santiago Bernabéu. Nie oznacza to jednak, że Argentyńczyk całą swoją karierę chce być tylko asystentem. Jego największe trenerskie marzenie wciąż nie zostało spełnione. – Jeszcze nie przyszedł na to czas, ale chcę pewnego dnia poprowadzić River Plate. Wydaje mi się to naturalne tak jak to, że pewnego dnia razem z Diego chwycimy za stery reprezentacji. Musi przyjść odpowiedni moment, ale będę na to gotowy – wyznaje i nie rzuca słów na wiatr. El Mono cały czas szlifuje swój warsztat, pozostając otwarty na nowe technologie, takie jak okulary Google, które w mistrzowskim sezonie testował w meczu z Getafe.

Burgos jest jedną z tych osób, które albo się lubi, albo się ich nie trawi. Nie da się jednak przejść obojętnie obok jego szerokiego wachlarza zachowań, bo niewiele osób jest tak barwnych, a jednocześnie tak prawdziwych w tym, co robi. Czytając i słuchając jego wypowiedzi ma się wrażenie, że można przyswajać te opowieści godzinami. Już teraz trzeba chyba zazdrościć jego wnukom, przy których poczciwy Germán usiądzie, włączy płytę Rolling Stonesów, odpali Camela i zacznie wracać do wspomnień oraz anegdot takich, jak ta:

– Czy wierzę w Boga? Coś tam jest. Podoba mi się koncept Marsjan, ale nikt nie poświęca im tyle uwagi. Do kościoła chodziłem, bo musiałem. Przestałem, gdy zobaczyłem, że woda święcona wlewana jest prosto z kranu. Raz wyrzucono mnie z Watykanu. Dlaczego? Powiedziałem, że śmieszy mnie, że Jan Paweł II zawsze ma w ręce dwa jokery, nawiązując do wyglądu jego strażników. Wszyscy chłopacy z zespołu zaczęli się śmiać. Wyrzucili mnie, ale w sumie wyszło nawet lepiej, bo mogłem w spokoju zapalić. Muszę jednak przyznać, że obawiam się rzeczy, które stoją za papieżem. Nie mam na myśli intryg iluminatów – mówię o figurach, które są za nim na ścianach, gdy ten siedzi, przyjmując ludzi. Niektóre z nich są dziwne, nie podobają mi się. Przyprawiają o gęsią skórkę. Skórkę… A, właśnie, gdzie te grillowane żeberka?

Marek Dubielecki

Tekst ukazał się wcześniej na łamach „Ole Magazynu”.

Fot. NewsPix.pl

Najnowsze

Hiszpania

Komentarze

3 komentarze

Loading...