Reklama

Pamiętacie Martina Kobylańskiego? Może jeszcze coś z niego będzie

Przemysław Michalak

Autor:Przemysław Michalak

18 kwietnia 2018, 18:35 • 3 min czytania 9 komentarzy

Martin Kobylański dotychczas głównie nas irytował. Dziś to zaledwie niemiecki trzecioligowiec, ale chyba dostanie jeszcze jedną szansę, by udowodnić, że nadaje się do poważniejszego grania i może być kimś więcej niż przeciętniakiem w już i tak szarym towarzystwie. 

Pamiętacie Martina Kobylańskiego? Może jeszcze coś z niego będzie

Co do tego irytowania. Zaczęło się dość dawno temu, gdy nie mógł się określić, czy chce grać dla Polski, czy dla Niemiec. Występował w obu młodzieżówkach, na początku zapewne sądząc, że w przyszłości będzie wybierał między reprezentacją Franciszka Smudy a reprezentacją Joachima Loewa. Kilka lat później miał nadzieję, że Marcin Dorna powoła go chociaż na młodzieżowe EURO w Polsce. Jak wiadomo, żaden z tych planów nie wypalił.

Kolejne niepowodzenia nie przeszkadzały mu nadal bujać w obłokach i mieć o sobie wyższe mniemanie niż powinien. Pamiętacie może, co wygadywał dwa lata temu  w dzienniku „SPORT”? Jeśli nie, to przypominamy:

– Gdyby porównać naszą Ekstraklasę z niemiecką III ligą, to okazałoby się, że więcej osób pojawia się na stadionach tej pierwszej! Gramy przeważnie przed 15-20 tysiącami ludzi, co w polskiej Ekstraklasie nie zdarza się co dzień. To jest mocna liga.

Szybko sprawdziliśmy wtedy te frekwencyjne rewelacje i okazało się, że w całym sezonie Kobylański raz grał przy frekwencji mieszczącej się w podanych przez niego ramach. Zresztą – w tym sezonie jest podobnie. Ponad 15 tys. ludzi przyszło tylko wówczas, gdy Preussen Muenster gościł na stadionie FC Magdeburg.

Reklama

Przez moment mogło się wydawać, że syn Andrzeja Kobylańskiego faktycznie zaistnieje na wyższym poziomie. W sezonie 2013/14 zadebiutował w niemieckiej ekstraklasie w barwach Werderu Brema. W premierowym meczu rozegrał 67 minut przeciwko HSV i… okazał się najsłabszy w swoim zespole. Później jeszcze siedem razy wszedł z ławki, niczego nie pokazał i to był koniec imprezy. Nie przekonywał także na wypożyczeniu w drugoligowym Unionie Berlin (19 meczów, trzy gole, jedna asysta), a gdy odmówił przedłużenia umowy z Werderem (chciano go ponownie wypożyczyć), na dobre utkwił w rezerwach. W końcu zimą 2016 roku po kilku dniach testów związał się na dwa i pół roku z Lechią Gdańsk.

Skończyło się jak zwykle. Kobylański w pierwszej rundzie uzbierał trzy mecze w istniejących wówczas rezerwach (dwie bramki) i trzy epizodyczne wejścia w lidze. Na boisku więcej czasu spędził przy kręceniu Turbokazaka niż grając w Ekstraklasie. Następne pół roku to już trybuny, aż w końcu w połowie ubiegłego sezonu odszedł na wypożyczenie do Preussen Muenster. Niezła runda w trzeciej lidze niemieckiej nie pomogła mu w kontekście Lechii, ale po rozwiązaniu kontraktu trafił na stałe do tamtego klubu. I teraz jest nawet więcej niż nieźle.

Kobylański w trwającym sezonie jest liderem swojego zespołu (nr 10 na plecach zobowiązuje), co potwierdzają liczby. W 34 meczach strzelił 10 goli (trzy z rzutów karnych) i zaliczył 7 asyst. Łatwo policzyć, że średnio w co drugim spotkaniu daje ofensywny konkret.

A czasami naprawdę pokazuje klasę. Zobaczcie sobie jego gola strzelonego SV Meppen (od 3:00). Jesteśmy skłonni uwierzyć, że właśnie tak chciał.

24-latek potwierdza także, że umie uderzać zza pola karnego. Przykład? Bramka z lutowego spotkania z Hansą Rostock (od 0:45).

Reklama

Pamiętając, o jakim poziomie rozgrywkowym cały czas mowa, trudno się zachwycać. Czternastu zawodników w tej lidze goli ma więcej (z drugiej strony – tylko trzech nie będących środkowymi napastnikami). Jest to jednak jakieś minimum przyzwoitości pozwalające spoglądać wyżej. I wygląda na to, że latem Kobylański będzie miał szansę wykonać krok do przodu. Według ostatnich doniesień poważnie interesują się nim drugoligowe VfL Bochum i Greuther Fuerth oraz lider trzeciej ligi SC Paderborn, w którym pracuje Robin Dutt. To właśnie pod jego wodzą potomek wicemistrza olimpijskiego z Barcelony rozegrał jedyne mecze w 1. Bundeslidze.

To byłaby ostateczna weryfikacja. Albo Kobylański pokazałby, że jest w stanie sprawdzić się co najmniej na drugim froncie w Niemczech, albo przepadłby na dobre i już na zawsze byłby tylko wspomnieniem chłopaka, u którego kiedyś słowo „talent” odmieniano przez wszystkie przypadki.

Fot. Wojciech Figurski/400mm.pl

Najnowsze

Komentarze

9 komentarzy

Loading...