Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

“Jeśli nie potrafisz grać w piłkę, ja cię już nie nauczę”, czyli wspomnienia Radka Matusiaka

redakcja

Autor:redakcja

19 grudnia 2017, 09:13 • 5 min czytania 8 komentarzy

Pamiętacie barwnego bloga Radosława Matusiaka, którego jeszcze kilka lat temu u nas pisał? Tym razem na tapet bierzemy właśnie jeden z jego wpisów. O trenowaniu, mówiąc krótko. Jak robi to jeden i drugi trener, jaka pora na trenowanie jest preferowana w Holandii i dlaczego Radka przeraziły pierwsze zajęcia we Włoszech? Odgrzewamy kotleta, który jednak raczej na wartości nie stracił.

“Jeśli nie potrafisz grać w piłkę, ja cię już nie nauczę”, czyli wspomnienia Radka Matusiaka

Orest Lenczyk słynie z tego, że potrafi genialnie przygotować zawodników fizycznie. Umie maksymalnie wykorzystać możliwości, które dała natura. Trener często powtarzał: „Nie sprawie, że będziesz szybszy niż jesteś. Ale spróbujmy sprawić, abyś biegał najszybciej jak potrafisz”. Każdy z nas ma określony próg szybkości. Lenczyk potrafił wydobyć z zawodników to, co mieli najlepszego. Jego treningi opierały się głównie na pracy nad siłą, szybkością, zwinnością. Jeśli w drużynie miał choćby kilku niezłych piłkarzy, mogliśmy być pewni, że taki zespół prędzej niż później zapali.

Oczywiście nie były to nasze ulubione treningi. Każdy piłkarz woli grać w dziadka, strzelać, grać małe gierki. Lecz kiedy zorientowaliśmy się, że robiąc przysiady, przewroty i fikołki nasza forma zdecydowanie rośnie, nikt nie protestował. Na obozach w Spale dzieliliśmy halę i sprzęty z kulomiotami, skoczkami w dal, zapaśnikami i sztangistami. Pozytywnym aspektem tych treningów było również to, że wszyscy wyglądaliśmy dobrze bez koszulek, co, jak wiemy, nie jest w Polsce normą. No może poza Grzesiem Fonfarką. Delikatnie mówiąc nie załapałby się do castingu na drugą część „300-stu”. Chłopak miał taką budowę. Nie jego wina.

Kontynuatorem filozofii trenera Lenczyka jest Marek Wleciałowski. Bardzo poczciwy facet, oddany swojej robocie. Strasznie ambitny i pracowity. Czasem może nawet za bardzo. Pamiętam sytuację z Cracovii na obozie na Cyprze. Kiedy rano wychodziliśmy na rozruch, zza krzaków z daleka było już widać „włączoną nogę” trenera Marka. Wraz z Filipem Surmą ćwiczyli od rana nowe formy wymachów, rozciągań, ćwiczeń. Niektórzy zawodnicy mieli widok z balkonów na miejsce rozruchów. Kiedy widzieli wystające nogi zza krzaków, był to znak, że czas wstawać.

Rafał Ulatowski prowadził z kolei treningi przez zawodników kochane. Wszystko z piłką, gierki, strzały. Ł»yć, nie umierać. Lecz nie przełożyło się to na wyniki. Dlaczego? Szczerze, nie wiem. Nie jest łatwo być trenerem piłkarskim. Tym bardziej w Polsce. Fajnym facetem był asystent trenera Ulatowskiego, Adam Fedoruk. Jako napastnicy robiliśmy z nim prawie codziennie „strzałkę”, czyli trening strzelecki. Czasem aż bolały pachwiny. Byłem szczęśliwy.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Odpowiadając na wasze zapytania odnośnie różnicy między treningami w Polsce i na zachodzie, dochodzę do wniosku, że tak naprawdę różnią się głównie objętością i intensywnością. Bo i tu, i tu są różni trenerzy. Jedni stawiają na małe gierki, jak np hiszpański trener Oscar Fernandez, który trenował mnie w Grecji. Inni bazują na przygotowaniu motorycznym czy taktyce. Ciężko wymyślić jakieś cuda. W dobie wszechobecnych staży i całodobowego zainteresowania prasy kluczem do sukcesu wydaje się umiejętne połączenie wszystkich elementów.

Szokiem był dla mnie obóz w Palermo z trenerem Colantuono. Trwał równy miesiąc, a treningi… Wolałbym chyba codziennie dobiegać na zajęcia z Łodzi do Bełchatowa. Pamiętam jego uśmiechniętą minę, kiedy na pierwszym treningu powiedział: „zaczniemy lekko, abyście się nie zakwasili”. I zaczęliśmy od 9 odcinków po 900 metrów. Do tego siłownia. Codziennie zwiększaliśmy obciążenia i liczbę odcinków. Po południu odbywał się trening z piłką. Po trzech dniach nie mogłem chodzić. Przez pierwsze dwa tygodnie nie było ani jednego dnia wolnego.

We Włoszech zwracano ogromną uwagę na szczegóły. Dokładny pass, idealne przyjęcie, zagrania z pierwszej piłki. Nawet niuanse musiały być wykonane perfekcyjnie. Jeśli na treningu ktoś strzelił trzy metry nad bramką, był to powód do wstydu, a nie śmiechu, jak to często bywało w Polsce. W Palermo do dyspozycji piłkarzy zawsze był trener asystent, który prowadził trening dodatkowy, jeśli zawodnik sobie tego zażyczył. W trakcie sezonu było dużo taktyki i zajęć motorycznych.

Szkoła holenderska jest inna. Właściwie wszystko robi się z piłką. Nawet interwały czy ćwiczenia wydolnościowe. Bardzo duży nacisk kładziony jest na technikę zawodników. Na treningach jest niezliczona ilość małych gier. Przeważnie na małym obszarze. Treningi są dzielone na zajęcia dla ofensywnych i defensywnych graczy. Wydaje się to oczywiste, prawda? Napastnicy strzelają na bramkę, ćwiczą drybling, wykończenie akcji. Obrońcy wyprowadzenie piłki, zachowania w obronie. Każdy robi to, co wiąże się z grą na jego pozycji. Mimo że jest to takie teoretycznie jasne, u nas nie zaobserwowałem tego zwyczaju. Jaki sens ma dla napastnika trening strzelecki, jeśli strzela on na bramkę tyle samo razy co stoper?

Rafał Ulatowski próbował indywidualizować trening. Pewnie dlatego, że on właśnie czerpie ze szkoły holenderskiej.

Ciekawą sprawą w Holandii były godziny treningów. Pierwszy zaczynał się o 10. Trwał około 1,5 godziny. Później mały lunch i drugie zajęcia o 14. Wszystkie grupy wiekowe trenowały podobnym schematem jak pierwsza drużyna. Grały również tym samym systemem. Dzięki temu bezboleśnie udawało się wprowadzanie do pierwszej drużyny najzdolniejszych juniorów. Po tym, co widziałem we wszystkich klubach, w których grałem, uważam Holendrów za wzór, jeśli chodzi o szkolenie piłkarzy. Nic dziwnego, że mają takie bogactwo doskonałych zawodników w największych zespołach świata.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Według mnie to jest pierwsza i najważniejsza przyczyna niepowodzeń naszej polskiej piłki. Szkolenie młodzieży. A właściwie brak dobrego szkolenia. Brak odpowiednich warunków dla rozwoju naszych, często niemałych talentów. Później dopiero możemy mówić, że trenujemy za lekko i że mamy braki organizacyjne. W tej chwili naszym głównym problemem powinna być organizacja szkolenia młodzieży, a nie to, kto zostanie selekcjonerem kadry. Bo tak naprawdę na dłuższą metę tylko to może dać nam długofalowe efekty.

Jak to mawiał Orest Lenczyk do swoich piłkarzy: „Jeśli nie potrafisz grać w piłkę, ja cię już nie nauczę”.

RADOSŁAW MATUSIAK

Najnowsze

Komentarze

8 komentarzy

Loading...