Reklama

Co za niespodzianka. Sąd nie zauważył talentu menedżerskiego Kazimierza Grenia!

redakcja

Autor:redakcja

06 grudnia 2017, 17:33 • 4 min czytania 19 komentarzy

Gdy dotarliśmy do tych dokumentów, mieliśmy pewność: albo Podkarpacki Związek Piłki Nożnej to grupa wizjonerów, którzy dostrzegli nieoszlifowany diament, albo ludzie lubujący się w paleniu w piecu sporych plików banknotów. Niemal dokładnie dwa lata temu ujawniliśmy „kontrakt menedżerski”, który okręgowy związek zawarł z prezesem Podkarpackiego ZPN-u, Kazimierzem Greniem, kilka dni po jego reelekcji. Dziś Sąd Rejonowy w Rzeszowie ostatecznie uznał, że jej zapisy nie mogą zostać wypełnione.

Co za niespodzianka. Sąd nie zauważył talentu menedżerskiego Kazimierza Grenia!

Pal licho siedem tysięcy złotych miesięcznie, pal licho, że był podpisany na okres o 10 miesięcy dłuższy niż jego kadencja w roli szefa, najciekawsze były zapisy dotyczące tajności umowy oraz jej zerwania. 500 tysięcy złotych kary (czyli pół melona, które związek musiałby zapłacić Greniowi) w przypadku ujawnienia zapisów „kontraktu” bądź jego zerwania przed końcem 2016 roku.

Takich umów nie podpisuje się z byle kim. Ktoś musiał dojrzeć w Greniu wyjątkowy talent do zarządzania i nagrodzić go gwiazdorskim kontraktem, dzięki któremu przez cztery lata baron mógł żyć jak baron (bo poza podstawową pensją dotyczyło go sporo premii, według zapisów – uznaniowych, służbowe telefon i komputer oraz zwrot kosztów podróży). Wówczas opisywaliśmy to tak:

– kontrakt jest tajny w trakcie jego trwania i jeszcze trzy lata po jego zakończeniu, czyli najwcześniej miałby trafić do opinii publicznej w 2020 roku. Kara absurdalnie wysoka: 500 tysięcy złotych.

Reklama

– Wcześniejsze wypowiedzenie umowy to także kara w wysokości 500 tysięcy złotych, bez względu na to, z jakich powodów umowę rozwiązano (to już można zgarnąć milion). Doszło więc do sytuacji takiej, że Greń ma od PZPN zakaz działalności w futbolu, a wedle niedorzecznych zapisów Podkarpacki ZPN nie może z nim rozwiązać „umowy managerskiej”, chyba że zapłaci 500 tysięcy złotych. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy kontraktu, który nie zawierałby jakichkolwiek zapisów chroniących firmę od niewłaściwego zachowania „pracownika” (w tym wypadku „managera”) i możliwości reakcji na takie zachowania. To wręcz nie mieści się w głowie.

– Oprócz odszkodowania za zerwanie umowy, Podkarpacki ZPN i tak musi zapłacić wszystkie pensje do końca 2016 roku (nawet za okres, kiedy już kto inny będzie prezesem). W sumie to i tak Greń okazał się litościwy, że nie podpisał kontraktu do 2025 roku.

– Ujawnienie zapisów umowy po jej zakończeniu to niemal promocja: skromne 300 000 złotych.

Podkarpacki ZPN wedle tej umowy nie ma żadnych praw. „Managera” nie może się w żaden sposób pozbyć, cokolwiek zrobi – musi mu płacić, a jak nie będzie chciał płacić (czyli zwolni), to nie dość, że… zapłaci, to jeszcze dopłaci (pół miliona). Greń jest zawieszony, nie ma prawa reprezentować związku, ale w zasadzie jemu to rybka. Podkarpacki ZPN nie zabezpieczył się na taką ewentualność.

Horror.

Oczywiście na Podkarpaciu zawrzało – działacze, w tym także sukcesorzy Kazimierza Grenia, zaczęli się przerzucać odpowiedzialnością za podpisanie umowy tak niekorzystnej dla reprezentowanej przez nich organizacji. Tym bardziej, że doszło do jej ujawnienia, czyli… według zapisów tego potworka, związek powinien beknąć pół miliona. Szczytem było zresztą zachowanie samego działacza, odbywającego już wówczas karę zakazu działalności w piłce nożnej w Polsce. Otóż Greń… poskarżył się do Sądu Rejonowego, że odszkodowanie należy mu się jak bilety na kadrę oficjelom z okręgowych związków. I rozpoczął się trwający dwa lata proces…

Reklama

Jak informuje Marcin Tyc z TVP – dzisiaj Sąd Rejonowy w Rzeszowie ostatecznie rozwiał wątpliwości. W sprawie Greń vs Podkarpacki ZPN przyznał rację tym drugim, wyśmiewając umowę i oczywiście potwierdzając, że żadne 500 tysięcy Greniowi z nieba nie spadnie.

Podkarpacki ZPN na swojej czadowej stronie internetowej (Ballack wykonujący przewrotkę w tle wszystkich tekstów rzucił nas na kolana) potwierdza informacje dziennikarza:

Odsłuchując ustnych motywów Sędziego wydaje się, że prowadzimy 6:0. (…) Postępowanie trwało prawie dwa lata, w tym czasie zostało przesłuchanych kilkudziesięciu świadków. Zgromadzony materiał dowodowy był na tyle przeważający, że Sąd nie mógł wydać innego rozstrzygnięcia jak właśnie oddalające powództwo i wszystkie roszczenia pana Kazimierza Grenia.

Uwagę przykuwa jednak również druga część tweeta Marcina Tyca – według niego sędzia Beata Bury uznała, że umowa mogła być sporządzona w celu wyprowadzenia pieniędzy ze związku (w sumie nie trzeba było mieć do tego przenikliwości brytyjskiego detektywa). I, zdaniem Tyca, taki kierunek działań prokuratury może stanowić epilog całej historii „kontraktu menedżerskiego”.

Fot.FotoPyK

Najnowsze

Komentarze

19 komentarzy

Loading...