Reklama

Ziarno wśród andorskich plew. Historia Ildefonsa Limy

redakcja

Autor:redakcja

20 listopada 2017, 14:27 • 12 min czytania 11 komentarzy

Człowiek-instytucja andorskiego futbolu. Kolekcjoner koszulek. Kapitan i zarazem najlepszy strzelec w historii swojej reprezentacji. Stoper. Obieżyświat, który sam siebie nazywa Willym Foggiem. Nie można mówić o piłce nożnej w Andorze, nie łącząc jej bezpośrednio z Ildefonsem Limą – ikoną tamtejszego futbolu. Urodził się w Hiszpanii, wychował w Andorze, a podczas kariery nie unikał egzotycznych miejsc i niekonwencjonalnych decyzji. To wszystko sprawiło, że w jego przygodę z piłką nigdy nie wkradła się rutyna. Sam zdaje sobie z tego sprawę i przyznaje, że w życiu zawsze cechowała go odwaga, dzięki której mógł przeżyć, i nadal przeżywa, wspaniałą przygodę, zwieńczoną udanym 2017 rokiem w wykonaniu jego reprezentacji.

Ziarno wśród andorskich plew. Historia Ildefonsa Limy

Andora. Malutkie księstwo liczące niespełna osiemdziesiąt tysięcy mieszkańców, położone w Pirenejach. Kraj bez futbolowych tradycji, kraj bez perspektyw na odbicie się od dna, wreszcie kraj bez poważnych piłkarzy. Wydawać by się mogło, że aby zostać tutaj legendą, wcale nie trzeba zbyt wiele. Wystarczy minimalny pierwiastek talentu, który pozwoli wyróżniać się wśród tłumu, trochę determinacji, żeby zbyt szybko nie rzucić tego w cholerę, no i już. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki możesz stać się gwiazdą. To jednak zbyt proste postawienie sprawy, a przykład Limy idealnie to ilustruje. Nie ma co ukrywać – żeby zapisać się w świadomości nie tylko rodziny i znajomych, ale także zagranicznych kibiców, potrzeba czegoś więcej, niż pobicia rekordu występów w kadrze uchodzącej za dostarczyciela punktów (Lima ma na koncie 111 meczów, przed chwilą wyprzedził inną legendę tamtejszej piłki – Oscara Sonejee, który rozegrał 106 spotkań, ale już jakiś czas temu zawiesił buty na kołku). Ildefonsowi udało się to, ponieważ dokonał rzeczy w pewnym sensie wyjątkowej – jako środkowy obrońca stał się najskuteczniejszym strzelcem w historii swojej reprezentacji. Na koncie ma aż jedenaście trafień. – Zespoły, takie jak my, starają się stwarzać jak najwięcej sytuacji ze stojących piłek, a ja to wykorzystuję, ponieważ jestem dość wysoki. Dodatkowo, gdy etatowi wykonawcy jedenastek odeszli na emeryturę, wziąłem się na odwagę, zgłosiłem się i teraz to ja strzelam wszystkie jedenastki.

Skuteczność stała się jego znakiem firmowym. Podczas kwalifikacji do Euro 2016 zdobył trzy bramki (z Walia – 1:2, Izraelem – 1:4 i Belgia – 1:4), stając się tym samym najskuteczniejszym obrońcą w tamtych eliminacjach. – Powiedziałbym, że jedenaście goli, które udało mi się zdobyć, to nawet więcej niż wystarczająco. Nie jest łatwo osiągnąć taki rezultat, będąc stoperem, na dodatek grając w drużynie, która rzadko wychodzi z własnej połowy.

*

– Myśl, że stałem się legendą Andory, naprawdę mnie podnieca.

Reklama

*

– Wiem, że reprezentowanie Andory w pewnym sensie mnie ogranicza. Nie gramy sparingów z rywalami na podobnym poziomie, nie mówiąc o meczach eliminacyjnych. Przegrywamy z każdym i wszędzie, więc trudno jest się wybić. Ale cieszę się każdą chwilą. Wiem, ile mnie to kosztuje. Zresztą nie tylko mnie. Cała nasza drużyna poświęca się, załatwia sobie zwolnienia z pracy, trochę mniej czasu spędza z rodziną, żeby tylko ciężko trenować i zbierać profity. Takim profitem jest dla mnie właśnie możliwość mierzenia się z najlepszymi drużynami globu. Teraz graliśmy z mistrzem Europy, Portugalią – przecież to jak sen!

*

– W wieku 37 lat mam entuzjazm młodego człowieka. Wierzę, że każdy musi mieć wyznaczony cel, do którego powinien dążyć. Ja taki miałem i zdaje się, że udało mi się go osiągnąć.

*

Na świat przyszedł w Barcelonie, co z urzędu skomplikowało mu drogę do reprezentowania Andory. Aby uzyskać obywatelstwo tego kraju, trzeba mieszkać w nim przez co najmniej dwadzieścia lat. W normalnych okolicznościach musiałby czekać na debiut w reprezentacji aż do dwudziestego roku życia. W kadrze zadebiutował jednak w wieku siedemnastu lat, a stało się tak za sprawą oficjalnej zgody FIFA. Światowa federacja była świadoma rygorystycznych praw panujących w Andorze i wzięła pod uwagę fakt, że Lima mieszkał w Hiszpanii tylko do trzeciego miesiąca życia. Potem jego rodzice z powodu problemów związanych z pracą zostali zmuszeni do przeprowadzki.

Reklama

Karierę klubową zaczynał w FC Andorra, występującym wówczas w Segunda B. Jego dobra postawa na peryferiach poważnej piłki zwróciła uwagę Espanyolu – trafił do drużyny rezerw katalońskiego klubu, ale nie sprawdził się i wrócił do swojego macierzystego zespołu. Niedługo później obrał bardzo niespodziewany kierunek – ruszył na podbój Grecji. Konkretnie do Ionikosu Nikea, gdzie dzielił szatnie ze swoim bratem, Tonim Limą, ale również odbił się jak od ściany. – Po przyjeździe miałem problemy fizyczne, trudno mi było odnaleźć się w Grecji, ale nie chodzi o to, że tęskniłem za rodziną. Gdyby tak było, wróciłbym do Andory, a ja przecież powędrowałem do Meksyku. Mój agent powiedział mi, że mam iść do Pachucy, bo tam czeka na mnie więcej szans. Niestety, wtedy zaczynałem już odczuwać samotność. Byłem tysiące kilometrów od domu! Trudno mi było nawiązać tam jakieś relacje, tak naprawdę nie wiem, czemu tak się stało. Myślałem, że to będzie dobre miejsce, głównie ze względu na język, a musiałem wrócić już po kilku miesiącach. Był tylko trening, hotel gdzie siedziałem sam, trening, hotel, trening, hotel... Z Meksyku powędrował do Las Palmas, potem pograł trochę w amatorskim Polideportivo Ejido, a w 2004 roku trafił do Rayo Vallecano, które występowało wówczas w Segunda Division. – Ktoś może powiedzieć, że Rayo było kolejnym klubem, w którym mi się nie powiodło, bo spędziłem tak zaledwie rok. Coś w tym jest, ale pamiętam, że wtedy klub opuścił sekretarz techniczny, który podpisał ze mną kontrakt. Nie mówię, że to miało bezpośredni wpływ, ale nie wszystko układało się tak, jak chciałem. W 2005 roku znów wyjechał z dala od domu – trafił do włoskiego US Triestina. Przygodę z występującym w Serie B klubem wspomina bardzo dobrze. Był to jego pierwszy tak udany zagraniczny epizod.

– Włoskie Trieste jest moim ulubionym miejscem. Ludzie tam mieszkający byli nieprawdopodobni. Miasto było świetne! To nie przypadek, że spędziłem tam aż cztery lata, a po okresie gry w Szwajcarii znów do tego klubu wróciłem.

Po powrocie z Włoch na stałe osiedlił się w Andorze. Najpierw trafił do FC Andorry, a od ponad trzech lat występuje w Santa Coloma. Największą gloryfikacją były dla niego występy w szwajcarskiej ekstraklasie, pomiędzy pobytem we Włoszech, gdzie zaliczył czterdzieści trzy występy dla AC Bellinzona. Osiemdziesiąt razy zagrał też we włoskiej Serie B, do tego parę razy w barwach Rayo w Segunda Division. Jeżeli chodzi o w miarę poważną piłkę klubową – to tyle. Zaliczył jeszcze wspomniane turystyczne przygody w Grecji i Meksyku, ale spełniał się gdzie indziej. – Cieszę się z każdego meczu dla reprezentacji Andory. Gra w tej kadrze napawa mnie dumą. Wiem, że jesteśmy europejskim kopciuszkiem i zazwyczaj nie przekraczamy nawet własnej połowy, ale to w tym wszystkim jest najmniej ważne. Gra w kadrze daje mi coś, na co nigdy nie mógłbym liczyć w klubie. Mogę rywalizować z najlepszymi drużynami na świecie podczas spotkań eliminacyjnych. To jest dla mnie wielka sprawa.

Sprawa tym większa, że 2017 rok wręcz obfitował w sukcesy dla andorskiej piłki. Oczywiście sukcesy w skali krajowej, bo dla wielu reprezentacji podobne wyniki byłyby kompletną klapą, ale nie sposób przejść obojętnie obok metamorfozy, jaką ma za sobą ta reprezentacja.

*

– Jeśli będziemy wierzyć, że nie jesteśmy gorsi od nikogo, w końcu nam się uda. Jeżeli będziemy sobie powtarzać, że zadecydowało jedynie szczęście, to wkrótce wszystko wróci do normy, a inne zespoły sprowadzą nas na ziemię.

*

Wszystko rozpoczęło się od zorganizowanego w lutym 2017 roku meczu towarzyskiego z San Marino… San Marino kontra Andora. Sparing 202. i 203. drużyny w rankingu FIFA. Na pierwszy rzut oka, potyczka niosąca ze sobą mniej więcej tyle emocji, co obserwowanie śpiącego leniwca. W praktyce jednak chodziło o prawdziwy bój na śmierć i życie. O derby, przed którymi wygłoszona została z pewnością niejedna motywacyjna przemowa, a „Eye of the Tiger” leciał w zapętleniu już kilkanaście godzin przed pierwszym gwizdkiem. Zarówno jedni, jak i drudzy w swojej pierwszej w historii konfrontacji stanęli bowiem w szranki, w głowie mając tylko jedną myśl: odnieść pierwsze zwycięstwo od… trzynastu lat. Andorczykom po zwycięstwie 2:0 udało się przerwać trwającą osiemdziesiąt sześć spotkań serię bez wygranej (najgorszy wynik w historii spośród wszystkich drużyn zrzeszonych w FIFA. Nawet San Marino miało tych meczów „tylko” siedemdziesiąt cztery).

– To oczywiste, że możemy mówić w tym przypadku o derbach kopciuszków. W reprezentacji Andory gram od 1997 roku, ale pech chciał, że z powodu zawieszenia za kartki przegapiłem zwycięstwo z Macedonią w 2004 roku, nasze ostatnie jak do tej pory. Myślę, że to już najwyższy czas na przełamanie tej złej passy – zapewniał przed meczem Ildefons Lima. – W kontekście systematycznych porażek jesteśmy z San Marino niczym bracia. Zwycięstwo byłoby porównywalne do zdobycia trofeum.

Mimo wielu obaw Andora rozprawiła się z rywalem, a pierwszą bramkę zdobył bohater naszego tekstu. O jakich obawach mówimy? Limie chodziło o presję, jaką wytwarzają tego typu spotkania. – Kiedy grasz przeciwko komuś takiemu jak San Marino, boisz się porażki, ponieważ wiesz, że jesteś na tym samym poziomie, co przeciwnik. Jeżeli nie wygrasz z nim, no to z kim wygrasz? To jedyna szansa. Staramy się jednak podchodzić do wszystkich naszych gier w ten sposób, niezależnie od przeciwnika. Zdajemy sobie sprawę z naszego poziomu i z faktu, że aby coś osiągnąć, musimy dać z siebie sto dziesięć procent.

Po wygranej Lima wykazał się też pewną dozą empatii i współczucia dla rywali. – Oczywiście takie zwycięstwo sprawia, że jesteś pełen radości, świętowaliśmy je bardzo długo, ale jednak czujesz się też trochę smutny. Myślisz o przeciwniku, który przecież doświadcza takich samych wzlotów i upadków jak ty. Mam nadzieję, że San Marino wkrótce także odczuje porównywalną radość.

Miesiąc później Andorczycy mogli opijać kolejny sukcesik, tym razem na nieco większą skalę. Uciułali punkt w eliminacjach mistrzostw świata przeciwko Wyspom Owczym. Było to ich pierwsze oczko w oficjalnym meczu od prawie dwunastu lat.

Reprezentacja nie zamierzała się zatrzymywać. W następnym meczu, rozgrywanym na początku czerwca, pokonała na własnym terenie reprezentację Węgier 1:0.

Pokonała.

Reprezentację Węgier.

– To było prawie jak zdobycie mistrzostwa świata! Spotkanie z Węgrami stanowi dla nas najważniejsze zwycięstwo w historii naszej narodowej drużyny. Nasza ostatnia wygrana w eliminacjach miała miejsce przeciwko Macedonii w 2004 roku, ale to było tak dawno, że trudno to nawet porównywać.

Dotąd najlepszym rezultatem tej drużyny było pięć punktów uciułanych w eliminacjach mistrzostw świata 2006, kiedy udało się pokonać wspomnianą Macedonię, potem jeszcze z nią zremisować i wyrwać punkt Finlandii. Tym razem zapowiadało się na poprawę rekordu, ale ostatecznie skończyło się tylko na tych wyszarpanych czterech oczkach. We wrześniu było blisko ogołocenia z punktów Wysp Owczych, ale Andora przegrała 0:1. Miesiąc później dzielnie stawiała czoła Portugalczykom. Po godzinie gry na tablicy świetlej widniał wynik remisowy, ale wtedy bramkę zdobył Ronaldo, a w końcówce prowadzenie mistrzów europy podwyższył Andre Silva.

Lima brał udział w czterech z pięciu wygranych, odkąd Andora w 1996 roku dołączyła do struktur FIFA. Z nim na boisku drużyna pokonała w 2000 roku Białoruś, w 2002 Albanie i w 2017 San Marino i Węgry. Z powodu zawieszenia za kartki przegapił jedynie triumf nad Macedonią w 2004.

A81kvzA

Dzięki kilku korzystnym wynikom Andora uplasowała się na 129. miejscu w lipcowym i sierpniowym notowaniu rankingu FIFA. Była to najwyższa lokata od 2005 roku, kiedy znajdowała się na 125. pozycji. A wszystko zaczęło się od 203. miejsca na początku roku… – Zwycięstwo nad San Marino skonsolidowała zespół i nadało naszej pracy sens. Dało nam spokój, którego nam brakowało. Niezależnie od tego, czy wierzyliśmy w zwycięstwo, czy nie, ta seria meczów bez wygranej na nas ciążyła.

– Rok 2017 był tak dobry, że trudno było mi uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. W naszej rzeczywistości mamy do czynienia z bardzo rzadką chwilą. To spełnienie naszych marzeń, a dla mnie piękne ukoronowanie kariery reprezentacyjnej.

Wyczyn reprezentacji Andory jest tym bardziej imponujący, że krajowa federacja piłkarska posiada tylko 550 zarejestrowanych piłkarzy. W praktyce ta grupa jest znacznie węższa. Selekcjoner wspominał, że większość piłkarzy nie nadaje się do gry i tak naprawdę wybiera z około 150 graczy. Jedynym profesjonalistą jest Marc Vales z fińskiego SJK Seinajoki, pół-profesjonalistą grający w trzeciej lidze hiszpańskiej w Lleida Esportiu Max Llovera, reszta to amatorzy. – Fakt, że większość naszych zawodników to amatorzy, którzy normalnie pracują, sprawia, że nasze osiągnięcia w tym roku są jeszcze bardziej imponujące – przyznał dumny Lima. Stoper uważa też, że dzięki sukcesom inne zespoły będą podchodziły do nich z należytym szacunkiem. – Wiemy, że jesteśmy Andorą, ale inne drużyny będą mówić: „Wow! Jeśli potrafią pokonać Węgrów, to nie może być z nimi tak źle”. Portugalia czy Szwajcaria może nie będzie trząść się ze strachu, ale inne zespoły podejdą do nas poważniej.

*

Moja kariera reprezentacyjna jest piękna. Rok 2017 idealnie ją zwieńczył, a wcześniej też nie było źle. W jednym z moich pierwszych meczów w karierze reprezentacyjnej mierzyłem się z Ronaldo Nazario. On był spektakularny, najlepszy. Nie wszyscy mieli szczęście rywalizować się z Brazylią z Rivaldo, Ronaldo, Roberto Carlosem, Cafu … to było przed mistrzostwami świata w 1998 r. Przegraliśmy tylko 0:3. Nigdy tego nie zapomnę.

Miał okazję mierzyć się też m.in. z Holandią w składzie z Ruudem van Nistelrooyem, któremu… nie szczędził zaczepek. Holender też nie pozostawał dłużny i wydaje się, że na święta raczej nie przyśle mu koszulki ze swoim podpisem.

*

A dlaczego wspominam akurat o koszulce? Andorskiego obrońcę ekscytują bowiem nie tylko pojedynki z Cristiano Ronaldo i mecze z najlepszymi drużynami globu. Najważniejszym wyzwaniem, jakie stawia sobie w najbliższym czasie, jest poszerzenie kolekcji… koszulek piłkarskich. Lima jest kolekcjonerskim pasjonatem. Jego marzeniem jest zdobycie po jednej z każdego kraju związanego z FIFA. Na razie idzie mu bardzo dobrze.

– Ta zwariowana kolekcja to historia mojego życia. Kocham ją, podobnie jak zawód, który wykonuję. W końcu będę miał ich pięćset czy sześćset. Jednym z moich celów jest zdobycie koszulki każdego członka FIFA na świecie. Mam już sto lub nawet więcej, w tym kilka egzotycznych, takich jak Aruba! Najważniejsze: to muszą być koszulki meczowe, a nie kupione w sklepie.

W jego przepastnej szafie, w której wiszą wszystkie koszulki, każda zapakowana w folię, są stroje m.in. Włocha Paolo Maldiniego, Szweda Zlatana Ibrahimovica, Walijczyka Garetha Bale’a czy Anglików Johna Terry’ego i Wayne’a Rooney’a.

Jak dostał koszulki tak egzotycznych reprezentacji, jak Rwanda i Sierra Leone? – Dostałem je, konsultując się z producentem na Facebooku. Po prostu! Tak wiem, jestem totalnym maniakiem.

*

Obecnie Lima licz sobie 37 lat, gra w lidze andorskiej i ani nie myśli o zakończeniu kariery. – Kiedy odejdę na emeryturę? Nie śpieszy mi się! To zależy od ciała. Jeśli dbasz o siebie, możesz wytrzymać długo. Wszystko zależy od mojej kondycji fizycznej, a także od tego, co będę w stanie wnosić do drużyny. Na razie czuję się dobrze. Mówi, że skoro Mario Frick z Liechtensteinu mógł grać do 41. roku życia, to dlaczego ona ma go nie przebić?

Jak widać, nie zna żadnych barier.

Od zawsze robił wszystko, aby jego kariera nie nabierała odcieni szarości. Urozmaicał ją wojażami po Grecji czy Meksyku. Spełniał się w reprezentacji. Dzięki smykałce do zdobywania goli i pasji kolekcjonerskiej zyskał też spory rozgłos. We własnym kraju stał się legendą, ikoną. Zrobił coś, co będzie cholernie trudne do powtórzenia. Czy jest spełniony? Chyba tak. Na swój sposób na pewno. Z kariery wycisnął maksa.

*

– Jakie wiadomości można zostawić obywatelowi Brazylii? Spróbuj się dowiedzieć, gdzie jest Andora, a zobaczysz, jak trudno nam być tutaj, gdzie jesteśmy. Będziesz cenił naszą pracę.

*

Norbert Skórzewski

https://twitter.com/NSkorzewski

Najnowsze

Komentarze

11 komentarzy

Loading...