Reklama

Lechia bez problemów robi swoje: wygrywa z Pogonią, żegna legendy i wciąż jest w grze przed finałem sezonu

redakcja

Autor:redakcja

28 maja 2017, 21:07 • 3 min czytania 22 komentarzy

Nie ma co ukrywać, że Lechia w czwórce zespołów walczących o mistrzostwo i puchary jest w sytuacji najtrudniejszej – przy równej liczbie punktów zostanie sklasyfikowana najniżej, ma jeszcze wyjazd do Warszawy. Dlatego dziś zadanie przed gdańszczanami stało jedno: trzeba było wygrać, po prostu, bez względu na wszystko. Pogoń do spełnienia tej misji jawiła się jako rywal łatwy, bowiem dostaje w dupę absolutnie od każdego, prawdopodobnie nawet w gierkach treningowych szkoleniowcy muszą ogłaszać obustronne porażki. I choć wiadomo, że w ekstraklasie nawet najprostsza przeszkoda może spowodować efektowną kraksę, to w Gdańsku nic takiego się nie stało, gospodarze bez problemu przejechali się po gościach ze Szczecina.

Lechia bez problemów robi swoje: wygrywa z Pogonią, żegna legendy i wciąż jest w grze przed finałem sezonu

Choć początek wcale nie wskazywał, że Pogoń wyłapie aż 0:4. Lechia grała spokojnie, może nawet za spokojnie, w pierwszych fragmentach meczu w ogóle nie mogła sforsować zasieków rywala, wszystko działo się w tempie grillowym. Goście poczuli swoją szansę, parokrotnie groźniej zaatakowali, mogli nawet uwierzyć w jakiś happy end nad morzem, ale… wtedy obudziła się Lechia.

Raz, 20. minuta – Marco Paixao strzela głową po dośrodkowaniu Wolskiego z rożnego.

Dwa, 34. minuta – Wolski dogrywa malinkę znów do Marco, a ten z bliska pokonuje Słowika.

Wiecie, to wyglądało mniej więcej jak starcie z młodszym bratem. Ten cię klepie, podszczypuje, generalnie trochę zawraca dupę, lecz ty jak wstaniesz od czytania gazety, to rozkładasz go bez problemu. Tak było tutaj, przecież jakby spojrzeć na statystyki, to mecz jest wyrównany: sześć strzałów celnych Lechii, sześć Pogoni, trzy niecelne uderzenia Lechii, dziewięć Pogoni. A wynik wiadomo, bolesny dla jednej ze stron.

Reklama

I po drugiej bramce znów wróciliśmy do schematu, w jakim toczył się wcześniej ten mecz. Pogoń próbowała, Delew uderzył z wolnego – całkiem blisko celu – poszło parę dośrodkowań w szesnastkę Lechii, kibice gdańszczan mogli być zmartwieni, bowiem ekipa Nowaka lubi oddać inicjatywę, a potem drżeć o wynik. Tak było z Wisłą, Arką, przykłady można mnożyć. Jednak nie dziś – gdańszczanie znów odłożyli gazetę i po raz kolejny dwa razy uderzyli Pogoń.

Raz, 70. minuta – Marco Paixao wykorzystuje rzut karny (ręka Fojuta).

Dwa, 80. minuta – główką po wrzutce z rożnego zgrywa Vitoria, piłkę przedłuża jeszcze Wiśniewski, a ta wpada do siatki.

Czyli nie dość, że efektywnie, to jeszcze Lechia kończy sezon u siebie efektownie. Po pierwsze, bo wygrywa aż 4:0, a po drugie, bo jedną z bramek strzela Piotr Wiśniewski, absolutna ikona klubu, legenda, no, pasuje tu masa określeń. Dziś była okazja go pożegnać, sam zawodnik ją wykorzystał, potem jeszcze wszedł Bąk, który również odchodzi z klubu. Można powiedzieć, że spotkanie w pewnym momencie zamieniło się w festyn, jakiś benefis, ale cóż, klasa rywala pozwalała na takie obchody.

Lechia – patrząc na wyniki innych zespołów z czołówki – zaprezentowała się najkorzystniej, ale już musi o tym zapomnieć. Wyprawa do Warszawy zdefiniuje jaki sezon rozegrała, z jednej strony wciąż może być mistrzostwo, ale z drugiej tytuł frajera roku też jest niebezpiecznie blisko.

Reklama

Fot. 400mm.pl

Najnowsze

Komentarze

22 komentarzy

Loading...