Dwóch ludzi oglądających El Clasico po przeciwnych stronach barykady. Pierwszy przez rok – mieszkając w Madrycie – regularnie bywał na meczach „Królewskich”, ma też w swoim CV pracę na portalu realmadryt.pl. Drugi – w Barcelonie mieszka obecnie i Camp Nou zna już jak własną kieszeń. Janusz Banasiński i Krzysztof Stanowski – jak okiem kibica Realu i Barcelony będzie wyglądał sobotni mecz?

Stanowski vs Banasiński. Dwugłos przed El Clasico!

1) Real – wygrywa mimo słabej formy czy po prostu celowo się oszczędza?

Janusz Banasiński: Przez większość sezonu byłem pewien, że tak grający Real nie ma prawa liczyć się w walce o jakiekolwiek trofeum. Zamiast emocji podczas oglądania meczów – ból zębów i łupanie w krzyżu. Często wręcz, choć trochę głupio się do tego przyznać, myślałem sobie, że już ciekawiej zrobiłoby się, gdyby ktoś ekipę Zidane’a w końcu pokarał za ten kompletny brak efektowności. Derby Madrytu nareszcie jednak dały mi odpowiedź na pytanie, czy Real jedzie na trzecim biegu czy też na zatartym silniku. Po konfrontacji na Calderón – nawet jeśli sama gra nie porywała – uwierzyłem w to, że jeśli „Los Blancos” chcą, to rzeczywiście potrafią. Że Real nieprezentujący pięknego futbolu, kiedy tylko wejdzie na najwyższe obroty, jest w stanie zagryźć nawet rywala, który sam przecież słynie z wyrywania innym zwycięstw z gardła. Że temu męczeniu kibiców przyświeca mimo wszystko chyba jakiś wyższy cel. Trochę w myśl słów wypowiedzianych kiedyś przez Marylin Monroe – „jeśli nie potrafisz znieść mnie kiedy jestem najgorsza, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, kiedy jestem najlepsza”. Jeśli Real Madryt dalej ma w minimalistyczny sposób ciułać punkty ze słabszymi, by potem włączać tryb bestii w kluczowych dla losów sezonu starciach, wchodzę w to w stu procentach.

Krzysztof Stanowski: Oczywiście, że mimo słabej formy. W wielu meczach tego sezonu Real wisiał na włosku. Wiadomo, że w piłce element przypadku odgrywa znaczną rolę – np. ten sam piłkarz z tej samej pozycji nie odda dwóch identycznych strzałów, a przynajmniej zdarzy się to rzadko – więc wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby „Królewscy” w Lidze Mistrzów nie zdołali wygrać u siebie ze Sportingiem (a do 89 minuty przegrywali 0:1) i gdyby nie doprowadzili do remisu w Warszawie tuż przed końcem. Oba scenariusze były prawdopodobne, prawda? Przecież tam by było trzęsienie ziemi wyczuwalne w Sydney. Wspomniany przez ciebie mecz z Atletico też mnie w żaden sposób nie poraził jakością. Owszem, tym razem Real nie pękł, ale czy znowu aż tak zaimponował? Jesteś pewien, że gdyby zamiast Savicia zagrał tego dnia Gimenez, to zespół Zidane’a na pewno by zwyciężył? Poza tym ten sezon trochę przypomina mi znakomitą serię za kadencji Ancelottiego, kiedy aż do klubowych mistrzostw świata zespół wszystko wygrywał, a potem karta się odwróciła.

2) Barcelona pięć razy traciła w lidze punkty – kryzys czy nieuzasadniona panika?

Banasiński: Jeśli zespół tej klasy na 13 kolejek pięć razy gdzieś po drodze się wywraca, to rzeczywiście można stwierdzić, że coś chyba jest nie tak. I choć z jednej strony chciałbym, żeby to faktycznie był kryzys, z drugiej – jakoś trudno mi w to uwierzyć. Zgadza się, Barcelona zagrała z Realem Sociedad jedno z najgorszych spotkań jakie widziałem za kadencji Luisa Enrique, a wcześniej bezbramkowo zremisowała u siebie także z Málagą. Obecnej sytuacji wciąż jednak daleko do tej z przełomu marca i kwietnia tego roku, gdy Dumie Katalonii w jednej sekundzie z rąk wymsknął się półfinał Ligi Mistrzów, a w wydawać by się mogło pozamiatanej rywalizacji na krajowym podwórku nagle zaczęło robić się nerwowo. Dołek? Tak. Kryzys? Myślę, że nie. Pewien niepokój i sianie przez gorące głowy paniki są jednak całkowicie zrozumiałe – w ostatnich latach niewiele było Klasyków, w których „Blaugrana” przy ewentualnej porażce mogłaby sobie narobić aż takiego smrodu.

ZAREJESTRUJ SIĘ NA BETSSON.COM I OGLĄDAJ EL CLASICO ZA DARMO! 

SKORZYSTAJ Z ZAKŁADU BEZ RYZYKA W TRAKCIE MECZU – 30 PLN DLA NOWYCH GRACZY, 15 DLA OBECNYCH! 

Stanowski: Myślę, że ani jedno, ani drugie. Barcelona nie wskoczyła jeszcze w tym sezonie na swój optymalny poziom, co może głupio brzmi, bo już mamy grudzień, ale jednak dopiero jakaś jedna trzecia sezonu za nami. W San Sebastian ten zespół się po prostu skompromitował, natomiast nie sądzę, by to było coś więcej niż dyspozycja dnia. Remis z Malagą to było spotkanie zupełnie nieporównywalne – miało inny przebieg, to Barca przez pełne 90 minut dominowała i to Barca zasługiwała na zwycięstwo. Z Realem Sociedad – wręcz przeciwnie. Z Malagą sędzia przeszkodził, z Realem Sociedad pomógł. Poza tym, że oba spotkania zakończyły się remisem, nie widzę żadnych punktów wspólnych. Zresztą, zespół o takiej jakości może obudzić się znienacka i pożreć rywala – w czym nie będzie nawet cienia niespodzianki.

3) Jakiego meczu w takim razie się spodziewać?

Banasiński: Tak na logikę, bardziej na szturmowych atakach powinno zależeć Barcelonie. To w końcu oni muszą gonić lidera z Madrytu i martwić się o zmniejszenie sześciopunktowej straty. Myślę, że na zwyczajową badankę nie będzie czasu. Przycisną od pierwszego gwizdka. Już nie raz i nie dwa zdarzało im się przecież szybko otwierać wynik w potyczkach z Realem. Co do Królewskich – wierzę, że jeśli tylko nie siądą psychicznie (moim zdaniem to najczęstsza przyczyna porażek Realu z Barceloną w ostatnich latach) i od samego początku pokażą jaja, jak z Atlético, są w stanie wygrać. Może nie 3:0, ale zwycięstwo będzie w zasięgu. Kluczowe okaże się to, w jakim stopniu Real będzie zdolny powtórzyć idealnie wyważoną mieszaninę determinacji, perfekcyjnej gry w obronie i skuteczności z derbów Madrytu. Bo co do tego, że Barcelona nie zagra drugi raz równie fatalnie, jak z Realem Sociedad, jestem absolutnie przekonany. Gorzej się po prostu nie da.

Stanowski: Takiego jak zawsze – Barcelona z piłką, rozgrywająca ją między stoperami, przesuwająca się na połowę przeciwnika, wreszcie kontrujący Real. Dla mnie to spora ulga, że nie wystąpi Gareth Bale, ponieważ spośród wszystkich zawodników „Królewskich” z jego strony wyczuwałem największe zagrożenie. Jest to piłkarz, który podczas klasyków potrafił być całkowicie niewidoczny, ale miewał też decydujące zrywy. Myślę, że bez niego wiele na wartości straci też Cristiano Ronaldo, który jako skrzydłowy zawsze zamykał akcje kolegi z przeciwnej flanki. Czego się jeszcze spodziewam? Pierwszego gola Neymara w tym sezonie na Camp Nou. Uważam, że to zawodnik, który bywa nazbyt frywolny w meczach ze słabszymi zespołami, natomiast zupełnie inaczej gra w wielkich spotkaniach. Wtedy widać u niego odpowiedzialność za piłkę i za wynik. No i Messi. Wiadomo, że idę na stadion dla Messiego.

4) Na kogo liczysz najbardziej?

Banasiński: Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że na Ter Stegena, Mascherano i Busquetsa, którzy w tym sezonie – szczególnie ostatni z wymienionych – już niejednokrotnie pokazywali, że ich forma potrafi na długie minuty spadać w okolice Rowu Mariańskiego. Tak czy owak, liczenie na słabszy dzień kogoś z drużyny przeciwnej byłoby wyjątkowym naiwniactwem. Nie postawię też na Cristiano Ronaldo, bo tak naprawdę w tym sezonie stanowi on synonim skrajności – raz zagra kompletny paździerz, by za chwilę… również zagrać w gruncie rzeczy mało efektownie, ale za to do bólu efektywnie, jak chociażby na Vicente Calderón. W głębi duszy liczę jednak, że szansę od pierwszej minuty dostanie Isco i spisze się tak, jak dwa sezony temu w wygranym „El Clásico” na Bernabéu, gdy zaliczył jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy mecz w barwach Realu. Znajomi często nie potrafią zrozumieć, jak mogę być tak zapatrzony w gościa, który zanim odda piłkę lub uderzy musi wykonać trzy kółeczka. Ja mimo wszystko wciąż będę się upierał, że to najczystszy talent, jaki w ostatnich latach wydała hiszpańska ziemia. W tym sezonie zdołał się już pokazać kilka razy z dobrej strony, a niecałe dwa tygodnie temu z Atlético zagrał prawdziwy koncert. Liczę na to, że i tym razem – niezależnie od tego, czy zagra od początku czy też wejdzie z ławki – zademonstruje ten tkwiący w nim magiczny pierwiastek.

Stanowski: To jasne jak słońce – na trio MSN oraz na Gerarda Pique, który w tym sezonie jest w wyśmienitej formie. I nie mam tu na myśli wyłącznie gry defensywnej, chociaż oczywiście jest postacią kluczową, ale przede wszystkim wprowadzenie piłki do gry. Przy zdecydowanie słabszej formie Busquetsa i przy braku Andresa Iniesty, Pique momentami przeistacza się w mózg tej drużyny, chociaż oczywiście operuje znacznie dalej od bramki przeciwnika niż wspomniana dwójka. Niestety, nie ma za bardzo co liczyć na linię pomocy, bo ona jest jednoosobowa – pomocą Barcelony jest Messi, gdy akurat cofa się z pierwszej linii. Wspominałem też o Neymarze. Uważam, że piłkarz tej klasy nie miewa tak długich serii bez gola na własnym boisku. A on Realowi akurat bramki strzelać potrafi.

5) A kogo najbardziej się obawiasz?

Banasiński: Najbardziej obawiam się tego, że jakiegoś babola w kluczowym momencie odwali Sergio Ramos, ma w tym zakresie wyjątkowy talent, a także doświadczenie z poprzednich Klasyków. Jakkolwiek jednak spojrzeć – jest to ryzyko wkalkulowane w kibicowanie Realowi Madryt. Skupiając się wyłącznie na piłkarzach Barcelony, największy niepokój budzić będzie we mnie Luis Suárez. Mimo całej mojej antypatii wobec jego osoby, muszę przyznać, że według mnie to obecnie najlepsza dziewiątka na świecie. Można by wymieniać jego mocne strony, ale to w gruncie rzeczy napastnik wybitny pod praktycznie każdym względem. Szczerze mówiąc, gdy przychodził na Camp Nou, nie sądziłem, że aż tak dobrze wpasuje się w styl Barcelony. Miał znakomity poprzedni sezon, teraz również jest jedną z najjaśniejszych postaci w zespole, a do tego dwa razy przesądzał już o zwycięstwach w „El Clásico”. Podskórnie czuję, że więcej niż od Messiego i Neymara zależeć będzie właśnie od Suáreza.

Stanowski: Ronaldo trzeba obawiać się zawsze i wszędzie, bez względu na to, jak zagrał w poprzednich pięciu, dziesięciu czy stu meczach. Kto go lekceważy, ten potem ogląda go na okładkach gazet. Nie wiem, jak będzie zestawiona linia pomocy, ale ostatnio dobre wrażenie robi na mnie Mateo Kovacić, któremu trudno odebrać piłkę i który potrafi z nią podciągnąć kilkadziesiąt metrów. Ty, Janusz, obawiasz się o formę Sergio Ramosa, a ja z kolei obawiam się tego, jak bardzo niebezpieczny potrafi być pod bramką przeciwnika. Zwłaszcza, że Barcelona przy rzutach rożnych zawsze wywołuje u mnie palpitację serca.

6) Największy personalny zawód Realu/Barcelony w tym sezonie?

Banasiński: Karim Benzema. Momentami mam nieodparte wrażenie, że konkurencja w składzie szkodzi mu zdecydowanie bardziej niż wszelkiej maści skandale. W Madrycie po sprzedaży Gonzalo Higuaína przez kilka lat dopominano się o transfer klasowego napastnika – wypożyczenie Chicharito trudno było uważać za realne zagrożenie dla Francuza – aż w końcu Florentino uległ. Z Juventusu wrócił Álvaro Morata i… zniknął prawdziwy Benzema. Oczywiście, Karim ustrzelił w tym sezonie kilka bramek, ale jak na razie to nie ten sam zawodnik, który poza golami potrafił cofnąć się do rozegrania, dać coś ekstra i którego leniwe ruchy jedynie stanowiły o jego uroku. Obserwując jego grę, trudno nie zgodzić się z krytyką ze strony hiszpańskiej prasy i kibiców. Gdyby nie kontuzja Moraty, nie mam cienia wątpliwości co do tego, że wiele osób głośno domagałoby się posadzenia go w sobotę na ławce.

Stanowski: Paco Alcacera nie liczę, bo on obejrzy ten mecz z podobnej perspektywy jak ja i jeśli nic złego się nie stanie (kontuzje), to będzie miał na wynik podobny wpływ jak ja. Zawodem jest Busquets, który zawsze był ślamazarny, ale bronił się timingiem i dokładnością podań. Teraz dalej zżera go ta ślamazarność, ale dodatkowo doszedł brak precyzji i brak wyczucia. Pożytku z niego w tym sezonie naprawdę bardzo, bardzo mało. Zastanawiałem się nawet, czy to nie lepiej, by w tym spotkaniu jako defensywny pomocnik wystąpił Javier Mascherano? Ale tak czy siak Busquets raczej zagra, kto wie – może nawet zagra koncertowo. Piłkarze światowej klasy potrafią przebudzić się z dnia na dzień. Rozczarowaniem na pewno jest Ivan Rakitić, który nie daje jakości w środku pola.

7) Wziąłbyś w ciemno remis?

Banasiński: W obecnej sytuacji – jak najbardziej. Z kilku powodów. Po pierwsze, przy ewentualnym podziale punktów Real zachowałby sześć oczek przewagi nad głównym, a w zasadzie – jeśli mam być szczery – w moim odczuciu jedynym rywalem w walce o mistrzostwo. Przy okazji Królewscy mogliby też sobie odhaczyć najtrudniejszy wyjazd w tym sezonie. Poza chłodną matematyką, nie miałbym nic przeciwko remisowi także z racji na – co tu dużo gadać – zwyczajny strach przed porażką. Zbyt często przychodziło mi obserwować upokarzające pogromy w stylu 0:4, 0:5 czy 2:6, by tak po prostu móc tego typu obawy kompletnie wyeliminować. Zbyt często podchodziłem do Klasyków z optymizmem, by koniec końców oglądać, jak Barcelona wyciera Realem podłogę. Przy tym wszystkim też brakuje mi choćby jednego takiego meczu, w którym to „Los Blancos” aż tak zdeklasowaliby odwiecznego rywala. Podział punktów brałbym więc w ciemno zarówno ze względu na chłodną kalkulację, jak i zakorzeniony gdzieś głęboko z tyłu głowy lęk.

Stanowski: Nie, nigdy. Mecze z Realem są specyficzne – bywają bardzo trudne ze względu na klasę piłkarzy, ale dokładnie z tego samego powodu bywają te łatwe. Tacy zawodnicy, z takimi osiągnięciami i takim ego, nie są w stanie zmusić się do gry tak zorganizowanej i zdyscyplinowanej jak na przykład Malaga. Tam każdy wie, że jeden fałszywy krok, jeden odpuszczony sprint i nieszczęście gotowe. Barcelona na własnym boisku zawsze jest faworytem i zawsze walczy o zwycięstwo. Remis można byłoby zaakceptować, gdyby gwarantował utrzymanie sporej przewagi w tabeli nad Realem, a tym razem sytuacja jest zupełnie odwrotna.

ZAREJESTRUJ SIĘ NA BETSSON.COM I OGLĄDAJ EL CLASICO ZA DARMO! 

SKORZYSTAJ Z ZAKŁADU BEZ RYZYKA W TRAKCIE MECZU – 30 PLN DLA NOWYCH GRACZY, 15 DLA OBECNYCH!