Tuż przed startem sezonu nie widzieliśmy wielu powodów do pesymizmu – latem zaplecze Bundesligi zaroiło się od polskich piłkarzy i, co najważniejsze, wiele wskazywało na to, że będą to dla nich udane rozgrywki. Tymczasem większość naszych rodaków rzadko kiedy ma okazję powąchać murawę, a ci, którym już to się udawało – albo zmagają się z urazami, albo wtapiają się w chałturniczy obraz gry ich drużyn.

Grający Kamiński, nieefektywny Sobota. Co słychać u Polaków w 2. Bundeslidze?

Po kompletnie nieudanym epizodzie w Brugii, swoje miejsce na ziemi znów odnalazł Waldemar Sobota. Skrzydłowy najpierw spędził w St. Pauli półtora roku w ramach wypożyczenia, a że pożytek mieli z niego w Hamburgu spory, to na konto Belgów zostało przelane 300 tysięcy euro. I choć Polak w tym sezonie wcale miejsca w składzie nie stracił, to gra tak, jak i cały zespół – beznadziejnie.

1

971 minut na placu i tylko jedna asysta, zaś samo St. Pauli – 14 meczów i tylko jedno zwycięstwo. Nic więc dziwnego, że piłkarze Ewalda Lienena zamykają ligową tabelę i na tę chwilę są na najlepszej drodze do tego, by z hukiem zlecieć klasę niżej.

Niewiele lepiej idzie Arminii Bielefeld, której barwy reprezentują Tomasz Hołota oraz Michał Mak. Sporym zaufaniem obdarzono początkowo zwłaszcza tego pierwszego, bo defensywny pomocnik zaliczył trzy pełne mecze z rzędu, a w czwartym zszedł z placu dopiero po 70. minucie. Od 18 września Polak rywalizacji doświadcza jednak tylko na treningach. Podobnie zresztą jest z Makiem, choć on tak naprawdę nie dostał nawet poważnej szansy, by przekonać do siebie trenera. Zagrał niecałą połówkę przeciwko Hannoverowi i na tym jak dotychczas się skończyło. Czyli, summa summarum, regularność u obu panów jest, ale nie do końca taka, jakiej byśmy oczekiwali.

Co w tym wszystkim istotne – ich położenia nie zmieniła nawet roszada na stołku trenerskim, bo choć Juergen Kramny prowadził już szesnastą w tabeli Arminię w dwóch spotkaniach, to Hołota z Makiem nie musieli nawet fatygować się, by usiąść wśród rezerwowych.

A jeśli już przy defensywnych pomocnikach jesteśmy… Daniel Łukasik. Drapaliśmy się po głowie, gdy pomocnika unikającego jak ognia strzelania bramek, a i niechętnego do zaliczania asyst, pozyskiwał drugoligowy klub niemiecki. Bo umówmy się – zaplecze Bundesligi to wcale nie w kij pierdział i poziom jest tam przecież bardzo solidny. A tu taki kwiatek.

Scenariusz nietrudno było jednak przewidzieć, bo nawet taki średniak jak Sandhausen, szybko zweryfikował możliwości Daniela. Sympatyczny rozgrywający dotąd zgromadził bowiem ledwo 41 minut.

2

Nieco lepiej wyglądają statystyki Jakuba Koseckiego, który gra dość regularnie, ale rzadko kiedy przekłada się to na liczby. Jak dotychczas – 499 minut, zero goli, jedna asysta.

Pech prześladuje natomiast obu naszych napastników – Artura Sobiecha i Kacpra Przybyłkę. Ten pierwszy, po latach grzania ławy i spełniania roli zastępcy kandydata na dublera, w końcu wyskoczył przed szereg. Dostał kapitańską opaskę, regularnie trafiał w końcówce sezonu i w okresie letnim i gdy wydawało się, że poprowadzi zespół do pierwszej ligi, zaczął łapać kontuzje. Aktualne przewidywania nie są optymistyczne – wiele wskazuje na to, że Polaka już w tym roku kalendarzowym nie zobaczymy, a jego kolanami poważniej będą musieli zająć się specjaliści.

Szans na grę nie ma też wspominany Przybyłko, który przez kontuzje zagrał w tym sezonie łącznie 44 minuty. A szkoda, bo konkurencja w ataku Kaiserslautern nie powinna robić większego wrażenia na chłopaku, który poprzedni sezon skończył z siedmioma trafieniami.

Niezwykle dziwnie przebiega natomiast przygoda Marcina Kamińskiego z VfB Stuttgart. Ściągano go do klubu z myślą o występach w wyjściowej jedenastce, sam Marcin regularnie grał w sparingach, a gdy przyszła liga – usiadł. Usiadł i trochę się zasiedział, bo w tej pozycji spędził dziesięć kolejnych kolejek ligowych. Co gorsza, musiał oglądać jak grę w defensywie partaczą jego klubowi koledzy.

Aż tu nagle zmiana trenera, a co za tym idzie – obrót sytuacji Polaka o 180 stopni.

Bez tytułu

Po byłym obrońcy Lecha widać trochę niepewności i brak rytmu meczowego – nie podejmuje raczej zbyt wielu ryzykownych decyzji, bywa spóźniony, ale ze swoich zadań wywiązuje się jednak przyzwoicie. Najważniejsze, że ma zaufanie młodego trenera Hannesa Wolfa, bo jeśli w końcu wskoczy już na najwyższe obroty i nie straci miejsca w składzie, to – wiele na to wskazuje – w maju będzie witał pierwszą ligę.

No i na koniec Paweł Dawidowicz – generalnie wypożyczony z Benfiki gracz nie ma raczej problemów z tym, by grać dość regularnie. Zazwyczaj 90 minut, od biedy godzinka lub wejście z ławki, ale tak czy owak, kolejne minuty kolekcjonuje praktycznie co tydzień. Dotychczas średnia jego ocen od Kickera wynosi jednak dokładnie 4,00 – z jednej strony ciężko Dawidowiczowi zarzucać jakieś kardynalne błędy, ale z drugiej, nie jest to jednak dyspozycja, jakiej wszyscy by oczekiwali. No i warto też dodać, że nie pomaga mu styl gry Bochum, które, zwłaszcza w obronie, prezentuje wesołą twórczość.

Podsumowując – szału jednak nie ma i nie zdziwimy się, jeśli już zimą ta kolonia się skurczy.