Wysoki, intensywny pressing na połowie rywala. Bardzo mądrze poukładana gra w środku pola. Szybcy, przebojowi skrzydłowi. Przytomny bramkarz i zdecydowani obrońcy, którzy ze stoickim spokojem kasowali akcje przeciwników. Konia z rzędem temu, kto przed meczem typowałby, że ten opis dotyczyć będzie nie Realu Madryt, a Legii Warszawa, która dziś zmierzyła się ze swoimi kolegami w ramach Młodzieżowej Ligi Mistrzów.

Młoda Legia przegrywa, ale wróci z podniesioną głową

Trudno było przed tym meczem uniknąć sceptycyzmu, bo doskonale wiemy jaka przepaść dzieli szkolenie w Polsce z tym w Hiszpanii, a już zwłaszcza w klubie pokroju Realu. I w zasadzie już po trzech minutach mieliśmy dowód tego, że pod pewnymi względami będzie Polakom niezwykle ciężko dobić do poziomu prezentowanego przez rówieśników. Niektórzy nie zdążyli się jeszcze rozsiąść wygodnie na stadionie, a gospodarze już prowadzili 1:0. Przejęcie piłki, klepka, kiwka, balans ciałem i do bólu precyzyjny strzał w róg. Aż złapaliśmy się za głowy widząc jak świetnie pod kątem technicznym przygotowani są „Królewscy”. Niebo a ziemia – pomyśleliśmy.

Pilka nozna. Liga Mlodziezowa. Real Madryt - Legia Warszawa. 18.10.2016

Im dłużej jednak ten mecz trwał, tym coraz mocniej przecieraliśmy oczy ze zdumienia – albo to Real tak mocno wyluzował, albo rzeczywiście Legia była tak dobrze do tego starcia przygotowana. Stracony gol wcale bowiem stołecznym skrzydeł nie podciął. Wręcz przeciwnie – odnieśliśmy wrażenie, że był to swoisty kopniak na rozpęd, który tylko dodał młodym piłkarzom werwy.

Legia z każdą chwilą zyskiwała przewagę – grała na maksa agresywnie, nie odpuszczała nawet na centymetr, a przy okazji nie wykluczało to też fajnych, składnych akcji drużynowych. Na bokach wiatrak z rywali robili skrzydłowi, w środku świetnie rozgrywał Urbański, a na szpicy cały czas przepychał się Kulenović.

Na efekty nie trzeba było długo czekać – kapitalny przechwyt w środku, zagranie na lewo do Ryczkowskiego, podprowadzenie piłki i płaska piłka do Chorwata.

Legioniści poczuli krew i atakowali coraz śmielej, a okazji do zdobycia bramki było kilka. Niestety zamiast jednak pokonać Lucę Zidane’a po raz drugi, goście nadziali się na kontrę. I to jednak nie wystarczyło, by wypompować z nich chęci do dalszego nękania przeciwnika. Po chwili do wyrównania po strzale głową doprowadził bowiem Bondarenko. I kiedy wydawało się, że można jeszcze pójść za ciosem, to Szymański interweniował na tyle pechowo, że pokonał własnego bramkarza.

Kto przede wszystkim zasługuje dziś na wyróżnienie? Bardzo dobrze w roli środkowego obrońcy spisał się Mateusz Żyro, który – zwłaszcza w drugiej połowie – przechwycił sporo ważnych piłek. Przed nim kapitalną robotę wykonywali Urbański z Szymańskim, którzy nie dość, że skasowali sporo kontrataków Realu, to jeszcze bardzo mądrze rozprowadzali akcje po skrzydłach. Tam zresztą szaleli i Nawotka, i Ryczkowski. Praktycznie to po akcjach bokiem było pod bramkę Zidane’a najwięcej smrodu. Generalnie to, co rzuciło nam się w oczy, to opanowanie z jakim grali dziś legioniści. Kompletny luz, tak jakby w piłce siedzieli już nie od kilku, a co najmniej kilkunastu lat. Zupełnie wyłączony układ nerwowy, spokój który może tym chłopakom bardzo pomóc w przyszłości, gdy zaczną dobijać się do bram pierwszej drużyny.

Legia straciła dziś trzy gole, ale trzeba to powiedzieć jasno – z przebiegu meczu nie była drużyną gorszą. Miała nie mniej dogodnych sytuacji co rywale, wyglądała świetnie pod względem motorycznym i taktycznym, potrafiła długimi momentami przeważać nad rywalem. Na tę chwilę to przede wszystkim ta grupa młodych chłopaków jest największym wygranym awansu Legii do LM. Jeśli to oni są przyszłością tego klubu, to przy Łazienkowskiej mogą spać spokojnie.

fot. FotoPyk

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments