Skandale. Podziały. Niezgoda. Komplikowanie sobie życia. Wieczna pogoń za konfliktami. Wyolbrzymianie byle pierdół do niebotycznych rozmiarów. Doszukiwanie się we wszystkim drugiego dna. Każde słowo, każdy gest, rozpatrywane w kategoriach zamachu stanu.

Bananowa Hiszpania: Jak stworzyć sobie wroga narodu

Właśnie tak wygląda dzisiejsza reprezentacja Hiszpanii. Reprezentacja, której kibicem – mimo mojego głębokiego zauroczenia hiszpańskim futbolem – nie chciałbym być za żadne skarby. Bo o ile gorąca i przesączona wszelką polemiką atmosfera wokół piłki klubowej od zawsze była tym, co lubię najbardziej, o tyle w kontekście drużyn narodowych budzi ona we mnie spory niesmak. Kieruje nią bowiem nieco inny kodeks wartości – nie chodzi tu już o czystą rozrywkę czy życie przygodą, lecz o coś więcej – pchanie wózka w tym samym kierunku i poczucie jedności stojące ponad codziennymi podziałami.

I choć sam jako kibic „biało-czerwonych” niejednokrotnie nie pozostawałem w zgodzie z niektórymi rzeczami i decyzjami, a w ciągu mojego życia mimo wszystko uzbierałbym większą liczbę gorzkich niż słodkich chwil, to jednak to, co wyprawia się od dłuższego czasu w „La Selección” to już przekraczanie granic dobrego smaku. Bezczelny sabotaż.

Jeden drugiego nie lubi, bo ten gra tu, a tamten gdzie indziej. Ten jest za niepodległością Katalonii, tamten z kolei przed snem pewnie modli się za duszę generała Franco i przynajmniej raz w roku odwiedza jego grób w Valle de los Caidos. A słyszałeś, co ten powiedział o jeszcze innym? Myślisz, że po czymś takim będzie chciał mu potem podać piłkę? I tak dalej, i tak dalej… Typowo hiszpańskie robienie z igły wideł, które jednak w tym wypadku niesie za sobą dużo poważniejsze konsekwencje niż zwyczajne dodawanie pikanterii klubowym utarczkom.

To, co u nas zdaniem wielu budzi największe kontrowersje – czyli gra w kadrze zawodnika nieurodzonego w kraju, który reprezentuje – tam jest jednym z wielu podawanych do dyskusji tematów. Sprawa kompletnie nieprzydatnego reprezentacji Diego Costy ustępuje bowiem pola problemom, które Hiszpanie w większości przypadków wymyślają sobie sami. Takim jak chociażby zupełnie świeża afera z udziałem Gerarda Piqué, który obciął sobie nożyczkami rękawy reprezentacyjnej koszulki, co rozdmuchano do takiego rozmiaru, jakby co najmniej wyciął on sobie z piersi herb, a następnie na oczach wszystkich go podpalił.

Czy Piqué czuje się Katalończykiem? Niewątpliwie. Czy ma do tego prawo? Oczywiście. Tym bardziej, że przecież urodził się w Barcelonie i jest wychowankiem klubu ściśle utożsamianym z regionem. Więcej – występuje nawet w reprezentacji Katalonii. Czy Piqué nienawidzi Realu Madryt? To także jasne jak słońce. Czy powiedział jednak kiedykolwiek, że nie czuje się Hiszpanem? Nigdy. Stwierdził co najwyżej, że jest za demokratycznymi wyborami w sprawie niepodległości Katalonii. Powiedział coś, co powiedziałaby cała masa osób niepopierająca podobnych dążeń, z których jednak nikt nie próbowałby potem robić wrogów narodu. No i najważniejsze: czy Piqué kiedykolwiek można było zarzucić brak zaangażowania w meczach kadry? Ani razu. Przeciwnie – zawsze dawał z siebie wszystko.

To nie Obraniak, który najszybciej po boisku biegał, gdy brał rozbieg przy wykonywaniu rzutu wolnego czy też Polanski, który na występy z orzełkiem na piersi zdecydował się wyłącznie dlatego, że nie chcieli go Niemcy. To nie gość, który przychodzi poczłapać i zgarnąć premię, którą żal mu potem przeznaczyć na naukę języka. To nie jest ktoś, kogo można by było w jakikolwiek sposób uznawać za farbowanego lisa, na którego jest nieustannie kreowany.

Jasne, Gerard nie jest święty, czasem mógłby bardziej uważać na to, co robi, bo przecież musi być doskonale świadomy, że każdy jego ruch znajduje się pod baczną obserwacją. Nie powiem też, by był moim ulubionym zawodnikiem – nie lubię go tylko nieco mniej niż Daniego Alvesa. Według mnie jednak Hiszpanie bardzo często mylą, albo też po prostu w niewiadomym celu chcą mylić, niechęć do Realu Madryt z antynarodową postawą. Media nieustannie męczą go tymi samymi pytaniami, otrzymują te same odpowiedzi, a następnie i tak wszystko interpretują na swój sposób.

W konsekwencji dochodzi potem do sytuacji takich, jak ta, gdy podczas mistrzostw Europy dość kojarzony w Hiszpanii dziennikarz, Álvaro Ojeda, po golu Piqué w spotkaniu z Czechami nagrywa filmik, w którym przekazuje dumnie światu, że „nie da się kupić, nie zapomni, a zdobyta przez Piqué bramka jest splamiona” oraz że „kocha tę reprezentację, ale nie sprzeda się za gola w fazie grupowej”. Ciekawi mnie jednak to, czy optyka Ojedy uległaby zmianie, gdyby Piqué trafił gola w – dajmy na to – finale albo czy cieszyłby się z jego błędów kosztem sukcesu zespołu, który tak przecież jako uosobienie patrioty miłuje.

Choć doskonale zdaję sobie sprawę, że Hiszpania po dyktaturze Franco wciąż miewa olbrzymie problemy z narodową tożsamością, to jednak kadra powinna w tej kwestii mimo wszystko pomagać, a nie jedynie jeszcze bardziej dzielić. Obecnie sytuacja zaszła jednak tak daleko, że w reprezentacji w większym stopniu akceptuje się Brazylijczyka niż faceta urodzonego w – jakkolwiek spojrzeć – Hiszpanii. I który sportowo dał tej drużynie wszystko, co miał najlepsze.

Dlatego za nic w świecie nie chciałbym być skazany na kibicowanie kadrze, w której – odnoszę wrażenie – ważniejsze niż osiąganie sukcesów jest kultywowanie podziałów i liczenie na to, że kiedyś jakiemuś Katalończykowi czy nawet Baskowi w kluczowym momencie zdarzy się popełnić tragiczny w skutkach błąd. Pewnie, także i u nas sporo jest malkontenctwa, a każdy Polak co najmniej raz wcielał się w rolę wyroczni i trenera, ale tak daleko posuniętego sabotażu, jaki przy okazji każdego spotkania kadry uskuteczniają media i sami fani „La Selección” udało nam się na całe szczęście uniknąć.

Janusz Banasiński