Choć ligowe rozgrywki w Hiszpanii ruszyły niemal półtora miesiąca temu, czuję się trochę tak, jakby w gruncie rzeczy wciąż one nie wystartowały. Odpalam telewizor, podobnie jak na przestrzeni wielu minionych lat oglądam niemal każdy mecz Realu Madryt i – no właśnie – cały czas czegoś mi brakuje. Jakiejś iskry, kolorytu, czegokolwiek, co pozwalałoby mi się tym wszystkim emocjonować. Staram się, robię, co mogę i nic. Pustka.

Bananowa Hiszpania: W oczekiwaniu na start sezonu

Nawet jeśli już dawno temu pogodziłem się z tym, że przeżywanie futbolu jak za czasów regularnego oddawania się lekturze Bravo Sport przepadło bezpowrotnie, to jednak po raz pierwszy w życiu dosięgło mnie aż tak paskudne zobojętnienie. Po wielu godzinach przemyśleń w samotności, doszedłem jednak do wniosku, że wbrew pierwotnej autodiagnozie wcale nie dopadło mnie piłkarskie zgnuśnienie, lecz po prostu jest… najzwyczajniej w świecie za spokojnie.

W dzisiejszych czasach, gdy kibiców dzieli się na tych będących z drużyną na dobre i na złe, pikników, januszy, kibiców sukcesu i tak dalej, i tak dalej, ja sam nazwałbym siebie „kibicem przygody”. Czyli takim, dla którego – nawet jeśli zabrzmi to trochę dziwnie – bardziej niż wynik jako taki (choć ten oczywiście też jest istotny) najważniejsze jest to, by coś cały czas się działo. Im więcej, tym lepiej. Niezależnie od tego, czy dzieje się dobrze czy źle.

Właśnie z tego powodu od dzieciaka najbliżej mi do Realu Madryt. „Los Blancos” od zawsze byli bowiem w stanie zapewnić swoim kibicom sinusoidę nastrojów, której skrajne punkty osiągano nieraz w ułamku sekundy i w której nie było czasu na jakiekolwiek momenty przejściowe i zastoje. Z nieba do piekła i z powrotem. I tak tysiąc razy w ciągu pojedynczego sezonu. Teraz jednak po raz pierwszy w życiu czuję, że zostałem tego pozbawiony.

Spokojne lato, brak zawirowań na ławce trenerskiej, zero psioczenia na Florentino Péreza, kompletna obojętność względem transferowego zakazu i – przede wszystkim – brak jakichkolwiek zdecydowanych reakcji opinii publicznej odnośnie ostatnich wyników.

Real zremisował w lidze trzy ostatnie mecze (licząc starcie w Lidze Mistrzów z Borussią – cztery), ale o możliwym kryzysie cisza. Zidane wychodzi do dziennikarzy, przekonuje, że serwowanie kibicom praktycznie od początku sezonu padaki to żaden kryzys, a co najwyżej drobny dołek, gawiedź zaś zapatrzona w swojego niegdysiejszego idola niczym w obrazek łyka każde jego słowo i jedynie odruchowo przytakuje.

I nawet jeśli rzeczywiście jest jeszcze zbyt wcześnie, by bić na alarm, to po prostu do czegoś takiego nie jestem przyzwyczajony. Ktoś najwyżej gdzieś tam z w oddali przebąknie o tym, że chyba należałoby coś zmienić, ale konkretnych głosów niezadowolenia brak. Po takim starcie sezonu w poprzednich latach na Santiago Bernabéu już dawno wybuchłby pożar, a po otwarciu gazet nokautowałyby nas przedostające się w powietrze opary jadu.

Równo rok temu Rafa Benítez znajdował się w samym środku strzelaniny. Gruby, niekompetentny, problematyczny, niepotrafiący dogadać się z piłkarzami, z dziwnymi metodami, przypadkowy człowiek w wielkim klubie. Przy tym wszystkim jednak należy zauważyć, że po siedmiu ligowych kolejkach zeszłego sezonu jego Real Madryt… miał taki sam dorobek punktowy i lepszy bilans bramkowy niż po takiej samej liczbie gier w tym sezonie La Liga ma Zidane (15 punktów i bilans 15:2 za Beníteza, 15 punktów i 16:7 za Zidane’a). Jasne, nie ma nic dziwnego w tym, że na Francuza nawet przy identycznych wynikach będzie się patrzeć bardziej przychylnym okiem niż na Beníteza, którego z powodu odgórnych uprzedzeń równano z ziemią od razu po objęciu zespołu. Gdybyście chcieli zresztą znać moje zdanie, dla mnie ani Benítez nie był tak słaby, ani Zidane nie jest tak dobry (co nie oznacza, że według mnie jest zły). Kwestia odbioru danej jednostki.

Tak czy inaczej, rok temu czułem chociaż, że żyję. Od samego początku rozgrywek mogłem z zapartym tchem śledzić wielowątkową intrygę, mogłem praktycznie z miejsca zagłębić się we wciągającą opowieść, której kolejne rozdziały jedynie potęgowały we mnie napięcie. W tym sezonie natomiast oglądam mecze siłą rozpędu w nadziei na to, że wokół w końcu wydarzy się coś interesującego. Coś, co doda temu wszystkiemu jakiejkolwiek pikanterii. W nadziei na to, że Zidane powie coś, z czym ktoś ośmieli się nie zgodzić. Cała ta dotychczasowa, niespotykana w poprzednich latach otoczka kompletnej obojętności, braku ciągłych przeskoków z euforii w depresję sprawia bowiem, że na tę chwilę cały czas czuję się tak, jak gdybym obserwował wszystko przez zaciemnioną, pancerną szybę.

Gdyby ktoś spytał mnie, jak zdefiniowałbym sezon idealny, odpowiedziałbym, że dokładnie tak, jak wyglądał ten poprzedni w wykonaniu Realu Madryt. Jebanka na trenera od pierwszego dnia pracy, gorące dyskusje, wieszczenie rychłego końca świata, oklep w Klasyku, kompromitacja w Pucharze Króla, objęcie zespołu przez klubową legendę, przegranie ligi w lutym, a następnie pogoń za niemożliwym do ostatniej kolejki i kompletnie pozbawiony logiki triumf w Lidze Mistrzów. Jedni powiedzą, że to cyrk na kółkach, ja – że to kwintesencja futbolu.

Jak na razie jednak zamiast roller coastera bez zabezpieczonych wagoników, w który rokrocznie wsiadałem bez chwili zastanowienia, dostaję niedostarczającą żadnej adrenaliny przejażdżkę karuzelą z konikami, po zejściu z której karmiony jestem papką dla niemowląt. Nie o taki Real Madryt nic nie robiłem.

* * *

„Karne to loteria”, brzmi oklepane powiedzenie, które powtarza się niczym mantrę za każdym razem, gdy tylko komuś przychodzi ustawić piłkę na jedenastym metrze. „To gra nerwów i próba psychiki, przy której umiejętności schodzą na dalszy plan”, twierdzą mądre głowy. Gdzieś w oddali wszystkim tym wyświechtanym frazom przysłuchuje się jednak Diego Alves, który jedynie nieśmiało uśmiecha się pod nosem i w myślach dodaje sobie równie często przytaczane „karny to jeszcze nie gol”.

Bramkarz Valencii w meczu z Atlético obronił dwie jedenastki (strzelali Griezmann i Gabi) i tym samym dalej uparcie śrubuje swój absurdalny rekord. Żaden bramkarz w historii La Liga nie bronił strzałów z wapna częściej niż Brazylijczyk. Jeśli spojrzeć na jego statystyki to – jak to zwykł mówić Jacek Gmoch – po prostu mózg staje. Totalna abstrakcja.

Alvesowi w Primera División przyszło stawać oko w oko ze strzelcem 41 razy. Spośród wszystkich prób jednak… mniej niż połowa zakończyła się golem – Brazylijczyk 19 razy zdołał obronić, zaś dwukrotnie piłka nie zmierzała w światło bramki. Wynik kosmiczny, absolutnie zjawiskowy. Jeśli tak dalej pójdzie, niedługo w spotkaniach z Valencią zawodnicy drużyny przeciwnej prawdopodobnie przestaną uskuteczniać symulki, a podyktowane karne będą starali się zamieniać u sędziego na rzuty rożne albo nawet auty.


Ze wszystkich tych obronionych przez Diego Alvesa karnych szczególnie w pamięci zapadł mi jeden – ten od Cristiano Ronaldo na Santiago Bernabéu na trzy kolejki przed końcem sezonu 2014/15, gdy Real starał się jeszcze w desperacki sposób przedłużyć nadzieje na zdobycie mistrzowskiego tytułu.

Brazylijczyk zatrzymał wówczas CR7 tuż przed przerwą przy wyniku 2:0 dla Valencii, a następnie – choć mecz ostatecznie skończył się wynikiem 2:2 – wyczyniał między słupkami takie cuda, że w – w zamyśle – trzystopniowej skali madryckiego AS-a został on oceniony na… 4 (powiedzmy, że to taki odpowiednik dyszki na Weszło – niby istnieje, ale żeby ją otrzymać, trzeba wykazać się cechami ponadludzkimi).

Starcie tamto miałem zresztą szczęście obserwować z wysokości trybun. I choć po ostatnim gwizdku stało się jasne, że Real nie ma już żadnych szans na mistrzostwo, wspominam tamtą chwilę z dużym sentymentem. Ze względu na fantastyczną – mimo że nieudaną – pogoń Królewskich za wynikiem i – przede wszystkim – ze względu na występ Diego Alvesa. Doskonale zdawałem sobie bowiem sprawę z tego, że czegoś podobnego nie będę miał okazji zobaczyć ponownie zbyt szybko. Być może nawet i nigdy.

Cóż, cieszę się, że koniec końców Diego Alves nie wylądował jednak w Barcelonie, gdzie musiałby się zadowolić rolą zmiennika Ter Stegena. Za dobry z niego grajek, by z ławki oglądać popisy gościa, który najpierw wymusił odejście z klubu lepszego bramkarza, a następnie popełnia błędy takie, jak ten z meczu z Celtą Vigo:

Janusz Banasiński