Z zespołami z żadnego innego kraju nie mierzyliśmy się w pucharach tak często, jak właśnie z Niemcami. 171 spotkań, wiele z nich zapadających w pamięci na długo. A to jako traumatyczne przeżycia po bolesnych oklepach, a to znowu wspomnienia, do których wraca się z uśmiechem nawet po wielu latach. Przy okazji meczu Legii z Borussią przypominamy kilka tych, które z różnych względów były wyjątkowe.

Zdobyty puchar, wielkie zwycięstwa, sromotne klęski. Pamiętne starcia z Niemcami

Liga Europy 2012/2013: Śląsk Wrocław – Hannover 96 3:5 i 1:5

Jakiż to był dla Śląska, dla polskiej piłki bolesny dwumecz… „Takie są fakty. Można dziś w Polsce zarobić za piłkę na półamatorskim poziomie” mówił smutnym głosem po rewanżu w Hanowerze Mateusz Borek. Bo było źle, łamane przez chujowo. Hannover robił na boisku to, na co miał ochotę, a piłkarze Śląska tylko swoich rywali zachęcali do posuwania się w torturach coraz dalej i dalej.

Tamto starcie było też swego rodzaju symbolem. Jak łatwo z trenera wygranego w kilka tygodni zrobić trenera skompromitowanego. Pamiętacie jeszcze, że tu ktoś źle podał, tam ktoś inny nie nadążył w defensywie? Nie. Zostało tylko wytatuowane w głowie wspomnienie zamyślonego Lenczyka, urzędującego przecież mistrza kraju, schodzącego do szatni po 4:10 w dwumeczu.

Puchar UEFA 2003/2004: Groclin Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski – Hertha Berlin 0:0 i 1:0

Nazwy będącej wtedy koszmarem zagranicznych komentatorów nie zapomną nigdy piłkarze ówczesnej Herthy Berlin. Tak jak tego, że drużynę z Gaborem Kiralym, Josipem Simuniciem, Niko Kovacem czy Arne Friedrichem z pucharów wyrzucił duet Grzegorz Rasiak – Andrzej Niedzielan.

Ten mecz szczególnie dobrze zapamiętał też niemiecki nadzorca Przeglądu Sportowego z tamtego okresu.

„Kiedyś w „Przeglądzie Sportowym” Paweł Zarzeczny dał przedziwną okładkę. Groclin grał wtedy z Herthą, a w redakcji mieliśmy niemieckiego nadzorcę, który żyć nie dawał, wymyślał jakieś bzdury i frustrował całą załogę. Paweł go raczej lekceważył i z tego względu było jasne jak słońce, że za moment zostanie zwolniony, on sam wiedział o tym doskonale. Gdy więc mecz się zbliżał, poczekał aż Niemiec pójdzie do domu i zmienił pierwszą stronę. Dał na niej wielki czołg, a pod nim czołgistów: Niedzielana, Rasiaka, Milę i Zając, a wszystko spuentował napisem: „Na Berlin!”. Jak się łatwo domyślić, była to ostatnia okładka, jaką zrobił, ale co napsuł krwi niemieckiemu nadzorcy – to jego. A podejrzewam, że i ów Niemiec musiał później tłumaczyć się swoim przełożonym.”

IMG_0060

Puchar UEFA 2002/2003: Wisła Kraków – Schalke 1:1 i 4:1

Że Schalke nie było w tamtym sezonie rywalem wziętym z niewiadomo jakiej piłkarskiej galaktyki, Wiśle rundę wcześniej pokazała Legia. 2:3 przy Łazienkowskiej i 0:0 na wtedy jednym z najnowocześniejszych obiektów na świecie, nowiutkim Arena Auf Schalke na pewno ujmy nie przynosiło, szczególnie że gdyby nie gapiostwo Magiery i Omeljanczuka, którzy dopuścili do bramki na 2:3, to już warszawianie mogliby się z Königsblauen uporać.

A tak pozwolili napisać Wiśle jedną z najpiękniejszych polskich pucharowych historii XXI wieku. Po tym, jak Biała Gwiazda zlała w dogrywce u siebie Parmę z Gilardino i Adriano w ataku, pogoniła Schalke piątką w dwumeczu. Szymkowiak, Kosowski, Żurawski, Kuźba, Uche – każdy z nich wstrzelił się wtedy z życiową formą, która za moment umożliwiła im transfery do dużo mocniejszych lig i podpisanie kontraktów życia. „Szymek” w Trabzonie, „Kosa” w Kaiserslautern, Żurawski w Celtiku, Kuźba w Olympiakosie, Uche w Bordeaux, a później w Almerii. Rudi Assauer z nerwów musiał odpalać w końcówce kolejne cygaro, bo polski zespół zwyczajnie stłamsił dużo bogatszych Niemców.


PS. Poznajecie, kto komentuje to spotkanie w roli eksperta?

Wyobrażacie to sobie w dzisiejszych warunkach? Legia wychodzi dziś na Borussię tak naładowana jak wtedy Wisła na Arena Auf Schalke i pakuje jej cztery sztuki na drogę. Nie do pomyślenia…

Liga Mistrzów 1996/1997: Widzew Łódź – Borussia Dortmund 1:2 i 2:2

Ktoś mógł wtedy przypuszczać, że Widzew daje właśnie odpór przyszłemu zwycięzcy Champions League? Że oto polska drużyna będzie jedyną, która nie przegra w tamtej edycji meczu u siebie z Niemcami? Że nie uda się to później ani Auxerre, ani nawet wielkiemu Manchesterowi United na Old Trafford?

Pierwszy mecz, zaledwie parę tygodni po tym, jak Tomasz Zimoch darł się do mikrofonu próbując dotrzeć jakoś swoim głosem do głowy „pana Turka”, Widzew przegrał co prawda w Dortmundzie 1:2, ale w żadnym wypadku nie miał się czego wstydzić.

Ale to w Łodzi udało się dokonać czegoś dużego, bo zremisować z Borussią 2:2. Tamtego meczu z pewnością do końca życia nie zapomni Jacek Dembiński, który najpierw głową, a później efektownym, technicznym lobem dwukrotnie pokonał bramkarza Borussii ku niezadowoleniu zasiadającego wtedy na ławce BVB Ottmara Hitzfelda.

Jeszcze jedna ciekawostka z tamtej, ostatniej „polskiej” edycji Ligi Mistrzów? Tylko inny z grupowych rywali Widzewa, Atletico, miało w tamtej edycji lepszy od łodzian bilans bezpośredni z Borussią:

Atletico – 3 pkt, 2:2
Widzew – 1 pkt, 3:4
Juventus – 0 pkt, 1:3 – 1 mecz w finale
Manchester United – 0 pkt, 0:2
Auxerre – 0 pkt, 1:4
Steaua – 0 pkt, 3:8

Puchar UEFA 1992/1993: Widzew Łódź – Eintracht Frankfurt 2:2 i 0:9

Najbardziej bolesny wpierdol, jaki w jednym meczu zafundowali polskiemu zespołowi Niemcy. Widzew nie istniał we Frankfurcie, liczyło się tylko to, co potrafi zrobić z piłką Jay-Jay Okocha do spółki z Anthonym Yeboahem. Dwaj piłkarze rodem z Afryki urządzili sobie pokaz sztuki piłkarskiej, w którym łodzianie ani myśleli przeszkodzić. Co prawda przy 0:4 mieli dwie sytuacje – najpierw Koniarek, a później Michalczuk, ale wybaczcie że nie powiemy, że wykorzystania ich zabrakło do podjęcia walki z rywalem…


Nie dajcie się zwieść temu, że skrót ma ponad jedenaście minut. Poza prezentacją składów, reszta to praktycznie same bramki.

Jeden z ówczesnych widzewiaków, Tomasz Łapiński miał nawet w przerwie powiedzieć do Marka Koniarka: – Marek ty znasz niemiecki, idz im powiedz żeby przestali już.

Puchar UEFA 1988/1989: Legia Warszawa – Bayern Monachium 1:3 i 3:7

Gdy Barcelona przegrała trzy lata temu w półfinale Ligi Mistrzów 0:7 w dwumeczu z Bayernem, Onet przypomniał, że nawet Legia swego czasu tak sromotnie nie poległa w starciu z Bawarczykami, odnosząc się do dwumeczu w nieistniejącym już Pucharze UEFA.

Żeby nie było wątpliwości – o wiele lepiej, to Legii wtedy nie poszło.

Grafik odpowiedzialny za tablicę z wynikami w TVP nie miał już chyba nawet pomysłu, jak dziesiątego gola w zakończonym wynikiem 3:7 rewanżu upchnąć na ekranie, więc po prostu go… uciął.

Puchar Miast Targowych 1968/1969: Legia Warszawa – TSV 1860 Monachium 6:0 i 3:2

Można powiedzieć, że w 1988 Legię dopadła karma, bo dwie dekady wcześniej sama również zrobiła dziecko innej monachijskiej drużynie. Padło na TSV 1860. Niemcy nie będą jednak najlepiej pamiętać Gadochy, Brychczego czy Deyny, a więc postaci z tamtej Legii najbardziej znanych, a Jana Pieszkę. Również członka Galerii Sław warszawskiego klubu, ale zdecydowanie mniej znanego kibicom w kraju. Zresztą z jego przyjściem do Legii wiązała się ciekawa anegdota – otóż początkowo był jedynie wypożyczony na mecz 50-lecia klubu, ale spodobał się na tyle, że do Bydgoszczy już nie wrócił.

6-beznazwy-181408048302Jan Pieszko, fot. Legia Warszawa

Puchar Intertoto 1964/1965: Polonia Bytom – Schalke 6:0 i 0:2, Polonia Bytom – SC Karl-Marx-Stadt 0:2 i 4:1 oraz Polonia Bytom – Lokomotive Lipsk 0:3 i 5:1

Może mieć teraz więcej problemów niż historycznych sukcesów, ale nikt Polonii Bytom nie odbierze miana pierwszej (i póki co jedynej) polskiej drużyny, która wygrała finał europejskiego pucharu. Co prawda był to jedynie Puchar Intertoto, ale nawet po to mniej znaczące trofeum nie potrafił poza Polonią sięgnąć nikt inny.

Wtedy na drodze bytomian stanęły aż trzy niemieckie zespoły i praktycznie każdy dwumecz miał swoją niezwykłą historię. Najpierw w grupie udało się zająć pierwsze miejsce przed szwedzkim Degerfors, francuskim RC Lens i Schalke dzięki lepszemu stosunkowi bramek, wypracowanemu w meczu właśnie z Niemcami (6:0 w Bytomiu). To pozwoliło na ćwierćfinałowe starcie z SC Karl Marx Stadt, gdzie po pierwszym spotkaniu (0:2 na wyjeździe) większość kibiców spisała już Polonię na straty. Jak się okazało – zupełnie bezpodstawnie, bo bytomianie wygrali 4:1, robiąc z efektownych comebacków swój znak rozpoznawczy.

No bo jak wygrali w półfinale? Najpierw przyjęli 0:1 w Liege, by u siebie ograć belgijskie RFC 3:1. Finał? To już w ogóle popis Polonii. Najpierw musiała przełknąć gorycz porażki 0:3 w Lipsku, by ledwie tydzień później ten sam niemiecki zespół pogonić w Bytomiu, przy 30 tysiącach wierzących w sukces kibiców aż 5:1 i to mimo konieczności gonienia od stanu 0:1 już po 20 minutach.

1965a43_dPuchar Karla Rappana, trofeum w Pucharze Intertoto, fot. Polonia Bytom

Puchar Europejskich Mistrzów Krajowych 1957/1958: Gwardia Warszawa – Wismut Karl Marx Stadt 3:1, 1:3, 1:1 i przegrany przez Gwardię rzut monetą

karl-marx-stadt-warschau_57_58

Pierwsza konfrontacja polsko-niemiecka w pucharach od razu była jedną z najbardziej dramatycznych w historii. Najpierw w obecności 30 tysięcy ludzi na Stadionie Wojska Polskiego Gwardia ograła Wismut Karl Marx Stadt (obecnie Erzgebirge Aue) 3:1, by w rewanżu polec w identycznym stosunku. Zasady przewidywały na taką okoliczność dodatkowe spotkanie, w którym po golu w ostatniej minucie byłego bramkarza, przekwalifikowanego na napastnika po tym, jak granat zranił go w rękę, Willy’ego Trögera trzeba było rzucać monetą. Gwardia nie miała jednak tyle szczęścia, co Górnik Zabrze ponad dwie dekady później.

***

Mimo, że historia pamięta kilka niezwykle chlubnych epizodów, jak choćby te najmniej odległe zwycięstwa Wisły z Schalke czy Dyskobolii z Herthą, to jednak ogólny bilans polskich klubów w starciach z niemieckimi jest dla nas niestety niekorzystny. Choć z drugiej strony – nie aż tak jak mogłoby się to wydawać.

Zwycięstwa drużyn niemieckich: 79
Remisy: 34
Zwycięstwa drużyn polskich: 58

Bramki: 317:249

Coś nam niestety podpowiada, że gdy faza grupowa Ligi Mistrzów dobiegnie końca, nie będzie można o tym bilansie powiedzieć, że jest choć o jotę lepszy.

***

Na zdjęciu wyluzowana część ekipy Eintrachtu, który w 1992 roku przejechał się 9:0 po Widzewie.