Trójkąt lubelski. W pomocy Górnika znikają ludzie!

redakcja

Autor:redakcja

28 sierpnia 2016, 11:37 • 3 min czytania

Reklama
Trójkąt lubelski. W pomocy Górnika znikają ludzie!

Legendę trójkąta bermudzkiego zna każdy, baśnie (ale z domieszką faktów) o zaginionych statkach, samolotach i jachtach są popularne pod każdą szerokością geograficzną, a zagadnieniu swoją karierę poświęciło wielu naukowców. Niezależnie od tego, ile prawdy jest w znikaniu obiektów w rejonie sąsiadującym z Bermudami na Atlantyku – my już teraz wiemy, że o wiele groźniejszy jest trójkąt lubelski. 

Mroczny i niezbadany teren między Radosławem Pruchnikiem, Maciejem Szmatiukiem i Przemysławem Pitrym. Środek pola Górnika Łęczna, środek pola zespołu rezydującego na Lubelszczyźnie.

Ilekroć ktoś wchodzi w rejon między obrońcami i rozgrywającym Górnika – znika bez śladu. Był chłop – nie ma chłopa. Weźmy choćby ten wczorajszy przegrany mecz z Jagiellonią. Trener Andrzej Rybarski od tygodni próbujący rozwikłać zagadkę trójkąta lubelskiego puszcza w bój Krzysztofa Danielewicza. Ten jednak – jak w poprzednim meczu, i jeszcze poprzednim, i generalnie odkąd gra w piłkę – wyparował. W ataku Danielewicz był starannie ukryty za plecami obrońców, gdy już odnajdywała go piłka, szybko oddawał ją do najbliżej stojącego kolegi. W defensywie wyglądało to jeszcze ciekawiej – Danielewicz zawsze znajdował się dokładnie tam, gdzie nie było akurat żadnego atakującego przeciwnika. Kompletnie niewidzialny stał się zaś po stracie w środku pola, po której padła druga bramka – niektórzy twierdzili, że rozpoczął pościg za piłkarzami Jagiellonii, ale na powtórkach zamiast Danielewicza jest tylko smuga cienia wolno wlokąca się za szarżującym Cernychem.

Danielewicz odnalazł się dopiero w szatni, do której trener Rybarski odesłał go jeszcze przed przerwą.

Reklama

Ale okazało się, że zastępujący go Łukasz Tymiński także zostanie wciągnięty przez trójkąt. Zagrał dokładnie 35 minut, po czym otrzymał czerwoną kartkę, a prawdę powiedziawszy – powinien ją dostać już wcześniej, przy bandyckim faulu od tyłu na Vassiljevie.

Dwóch środkowych pomocników utknęło w czarnej dziurze, dwóch środkowych pomocników niby weszło na murawę, ale mimo wszystko nie wzięło udziału w meczu.

Można by to zganiać na tzw. dyspozycję dnia, gdyby nie fakt, że Tymiński i Danielewicz nie są pierwszymi ofiarami klątwy środka pola w Górniku. Spójrzmy na przykład na Szymona Drewniaka:

Reklama

Tak, to ten sympatyczny człowiek, który rozpłynął się w powietrzu przed nadbiegającym Gersonem. Vukobratović? Wystarczyły trzy mecze, by trzy razy zebrał notę 3 od Weszło – głównie dlatego, że nie zapamiętaliśmy ani jednego zagrania tego człowieka. A dorzućmy jeszcze do tej wyliczanki poprzednie mecze Danielewicza, w których był widoczny łącznie przez 25 sekund, podczas których przechodził z szatni do koła środkowego. Dodajmy do tego występy Tymińskiego z Cracovią, gdy rozwalił Dąbrowskiego, czy w rezerwach, podczas „odpracowywania” zawieszenia od Komisji Ligi, gdzie dostał dwie żółte kartki i wyleciał z boiska.

To nie jest normalne. Mamy wrażenie, że Luka Modrić wpuszczony między Pitrego i Szmatiuka zapadłby się pod ziemię, a dorzucając mu Paula Pogbę sprawilibyśmy, że 89 milionów funtów zniknęłoby jak złoty pociąg.

Dla Andrzeja Rybarskiego nie mamy żadnej sprawdzonej recepty, ale spróbowalibyśmy gry w ustawieniu 5-1-4.

A przede wszystkim: gry bez Danielewicza, Tymińskiego i może także bez Drewniaka.

Reklama

Najnowsze

Weszło