Po tym jak w sobotę Barcelona przejechała się brutalnie po Betisie, w niedzielę wieczorem Real postanowił nie pozostawać dłużnym. „Królewscy” może i nie znęcali się nad rywalem w aż tak okrutny sposób, jednak trzeba przyznać, że oglądało się ich naprawdę bardzo, bardzo przyjemnie. Zespół Zinédine’a Zidane’a rozegrał przeciwko Realowi Sociedad w zasadzie mecz kompletny – bez przestojów, ładnie dla oka i skutecznie.

Asensio nowym ulubieńcem kibiców Realu, Atlético traci punkty po absurdalnej końcówce

Tak czy inaczej, jeszcze zanim dało się cokolwiek powiedzieć o starciu na Anoeta, było już 1:0 – w pierwszej akcji po wrzutce Carvajala bramkę zdobył bowiem Bale. Walijczyk zadbał zresztą o symetrię, trafiając do siatki również na kilka sekund przed końcem. Środkowy akt dopisał natomiast Marco Asensio, któremu kilka słów poświęcimy jednak za chwilę.

Przy tym wszystkim należy zauważyć, że w Realu brakowało przecież kilku kluczowych zawodników. Wystąpić nie mogli Cristiano Ronaldo, Karim Benzema czy też Luka Modrić. Zmiennicy już na starcie sezonu wysłali jednak czytelny sygnał, że tanio skóry sprzedać nie zamierzają. Morata – choć na listę strzelców wpisać się nie zdołał – zagrał doprawdy wyśmienicie. Kovacić? Również pokazał się w końcu z dobrej strony.

Prawdziwy zwycięzca był mimo wszystko tylko jeden – wspomniany Marco Asensio. Zidane przed sezonem zarządził, by młody Hiszpan, który minione rozgrywki spędził na wypożyczeniu w Espanyolu, pozostał w stolicy Hiszpanii i – jak dotąd– wiele wskazuje na to, że strzelił w dyszkę. Wychowanek Mallorki dostał szansę od pierwszej minuty w Superpucharze z Sevillą, gdzie strzelił fantastycznego gola, dziś natomiast również wyszedł w podstawowym składzie. I po raz kolejny czarował.

Tu przytrzymał piłkę, tam kiwnął, kiedy trzeba było potrafił zagrać w tempo, miał ciąg na bramkę, a wszystko to na nieprawdopodobnym luzie. Wisienką na torcie był zaś gol, po którym pewnie niejednemu kibicowi Realu przed oczami jak żywy stanął nie kto inny, jak sam Raúl. Podcinki w podobnym stylu zawsze były bowiem domeną właśnie legendy „Królewskich”.

„Asensio? Talent”, w prosty sposób skwitował po meczu przed kamerami występ Balearczyka Emilio Butragueno. I – choć pewnie jeszcze za wcześnie, by kreować go na gwiazdę, bo wiemy przecież, jak to nieraz bywa z młodymi piłkarzami w Realu – jak na razie trudno się z tym nie zgodzić. Asensio to jeden z tych graczy, w przypadku których po spodenkach widać, że – jeśli coś nagle spektakularnie się nie spieprzy – mają papiery na poważne granie. Naprawdę ciekawi jesteśmy, jak potoczą się jego losy w stolicy Hiszpanii. Występami z Sevillą i Realem Sociedad apetyty rozbudził do granic możliwości.

* * *

Zdecydowanie gorzej spisali się z kolei rywale zza miedzy „Królewskich”. Atlético zdążyło już przyzwyczaić do tego, że nawet jeśli długo się męczy, ostatecznie w zdecydowanej większości przypadków znajduje jakiś magiczny sposób, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Tym razem jednak nie pykło – „Los Rojiblancos” zaledwie zremisowali u siebie z Deportivo Alavés. Okoliczności, w jakich doszło do podziału punktów to jednak jakieś kompletne science fiction.

Trzeba sobie powiedzieć, że Atlético było znacznie lepsze od beniaminka, powinno było wygrać i to różnicą kilku goli. Pretensje piłkarze Diego Simeone mogą mieć jednak wyłącznie do siebie i do bramkarza gości, Fernando Pacheco, któremu w stolicy Kraju Basków powinni po tym spotkaniu postawić pozłacany pomnik w centrum miasta. Nieprawdopodobnymi interwencjami mógłby on bowiem śmiało obdzielić kilka kolejek. Skapitulował dopiero w ostatniej minucie doliczonego czasu po dość dyskusyjnym karnym podyktowanym za faul na Fernando Torresie, którego na gola zamienił Kevin Gameiro.

Zanim jednak zdążyło nam się zrobić żal Pacheco, że cały jego wysiłek poszedł psu w dupę… Alavés wyrównało. Laga, licytacja o futbolówkę, którą wygrał ostatecznie Manu García, typowy strzał rozpaczy zza pola karnego, pach, 1:1. Nawet nie chcemy myśleć, jakie piekło po czymś takim zaserwował w szatni swoim zawodnikom Diego Simeone.

Alavés cierpiało, pociło się krwią, dało sobie wejść na plecy, jednak nawet gdy na ostatniej prostej w końcu ugięło się pod ciężarem rywala, pokazało typowo baskijski charakter. I choć z przebiegu gry nie zasługiwało na remis, należy im się za to ogromny szacunek.