Choć życie niejednokrotnie potrafi zaskakiwać i często jest równie przewidywalne, jak szesnastodniowa prognoza pogody, niektóre rzeczy można przyjmować w nim za pewne. Wiecie – śmierć, podatki, zejście Robbena do środka na lewą nogę… Do listy rzeczy nieuniknionych podczas naszej wędrówki po ziemskim padole z czystym sumieniem możemy też jednak dodać jeszcze jedną pozycję.

Kiełb wraca do swojej Itaki. Po raz sto czterdziesty siódmy

Konkretniej – powroty Jacka Kiełba do Kielc. Dziś bowiem oficjalnie ogłoszono jego definitywny transfer ze Śląska do Korony. Wyjedzie, chwile pokopie gdzie indziej, a następnie znowu ląduje w miejscu, z którego wyruszał na podbój świata. I tak aż do porzygu. Wystarczy przyjrzeć się, jak wygląda kalendarium jego wyjazdów i powrotów do kieleckiej Itaki:

– Po sezonie 2009/10 Kiełb przenosi się z Korony do Lecha
– W sierpniu 2011 roku na zasadzie wypożyczenia jest już nowo w Kielcach – pierwszy powrót
– Po sezonie Lech po raz kolejny go wypożycza, tym razem do Polonii Warszawa, gdzie Jacek spędza sezon 2012/13
– Po wycofaniu się „Czarnych Koszul” z rozgrywek, Kiełb po raz drugi wraca do Korony
– Po dwóch niezłych sezonach w Kielcach znów robi się dla niego za ciasno i ostatecznie ląduje we Wrocławiu
– W minionych rozgrywkach Kiełb zalicza w Śląsku 25 meczów, jednak z regularną grą bywa momentami różnie
– Po trzech kolejkach obecnego sezonu Kiełb nie ma na koncie ani jednej rozegranej minuty, więc pakuje walizki, a Korona przygarnia go po raz trzeci

Podsumowując – w ciągu pięciu lat Jacek Kiełb do Korony Kielce wracał trzykrotnie. Podobnych historii w Ekstraklasie naprawdę szukać ze świecą. Jedni przyciągają do siebie nieszczęścia, drudzy pieniądze, jeszcze inni piękne kobiety… A Korona? Korona przyciąga do siebie Jacka Kiełba. I rzecz jasna na odwrót.

Jakkolwiek jednak spojrzeć, jego ponownego meldunku na starych śmieciach w obecnej sytuacji kielczan nie można rozpatrywać tym razem wyłącznie jako aktu dobrej woli i nieopisanej łaski ze strony działaczy Korony, którzy po raz 147 puszczają wszystko w niepamięć i postanawiają jeszcze raz przygarnąć syna marnotrawnego pod swoje skrzydła. Z czystym sumieniem można bowiem stwierdzić, że dla obu stron jest to po prostu rozwiązanie typu win-win – Kiełb wygrywa, ponieważ, jeśli nie wydarzy się żadne trzęsienie ziemi, będzie mógł liczyć na regularną grę (a już na pewno bardziej regularną niż w Śląsku), w Koronie natomiast trener nie będzie zmuszany do wystawiania na prawym skrzydle będącego nominalnie prawym obrońcą Gabovsa.

Na stadionie w Kielcach wywiesiliby pewnie transparent z napisem „Jacek, witamy w domu!”, jednak z pewnych źródeł dochodzą do nas informacje, że od ostatniego powrotu Kiełba nikomu nawet nie chciało się go ściągać.

Fot: FotoPyK