Czasami gdy powołanie do narodowej reprezentacji otrzyma piłkarz, o którym ciężko powiedzieć, że na takie wyróżnienie zasłużył, mówi się: „to będzie dla niego pozytywny kopniak, który zmotywuje go do jeszcze bardziej wytężonej pracy”. Gdy grający w I-ligowym Dolcanie Ząbki Rafał Leszczyński został zaproszony przez Adama Nawałkę na zgrupowanie polskiej kadry, również padały takie słowa. No i Leszczyński dostał kopniaka, po którym… do dziś nie może się pozbierać. 

Zadebiutował w kadrze, a w Ekstraklasie wciąż nie. I na razie się nie zanosi…

Oczywiście nie oskarżamy selekcjonera o złamanie nieźle zapowiadającej się kariery. Bardziej zastanawia nas to, w jak spektakularny sposób Leszczyński swoją szansę spartolił.

Raczej trudno było zakładać, że przy takiej konkurencji chłopak na stałe wskoczy do pociągu prowadzonego przez Nawałkę i zajedzie nim aż do Francji, ale – trzymając się tej metafory – dzięki powołaniu kilka stacji na drodze do dużej kariery można było minąć w ekspresowym tempie. W zasadzie – „dzięki powołaniom”, bo Leszczyński został przecież zaproszony przez Nawałkę na dwa zgrupowania. Najpierw przed meczami ze Słowacją i Irlandią, gdzie mógł potrenować z pełną kadrą, a później przed spotkaniami z  Norwegią i Mołdawią, gdzie zjawili się tylko ligowcy, ale za to przy nazwisku bramkarza pojawiło się „1A”.

Zyskał popularność, na jaką pierwszoligowi zawodnicy liczyć z reguły nie mogą. Tygodnik Piłka Nożna wybrał go „pierwszoligowcem roku”, choć raczej nie zasłużył. Angaż w klubie Ekstraklasy był w zasadzie formalnością, agenci mogli zacierać rączki. Wszystko ładnie-pięknie, poza tym, że Leszczyński… przestał grać w piłkę. To znaczy najpierw za tym stwierdzeniem ukryć można było spadek formy, a później już dosłownie – sensacyjny reprezentant przestał wychodzić na boisko.

18 stycznia 2014 roku Leszczyński zadebiutował w kadrze (na marginesie – pierwszy mecz w narodowych barwach zagrali wtedy również m.in. Masłowski i Wilusz, a Pazdan pojawił się na boisku na 17 minut) i nie dał się pokonać Norwegom. A jego dalsza kariera wyglądała następująco…

Wiosna 2014: 7 występów w I lidze (na 16 możliwych)
Jesień 2014: 16 meczów w I lidze (na 18 możliwych)
Wiosna 2015: 12 meczów I lidze (na 16 możliwych)
Jesień 2015: 0 występów w Ekstraklasie (na 21 możliwych)
Wiosna 2016: 0 występów w Ekstraklasie (na 16 możliwych)

Przejście do Piasta Gliwice miało być wyrwaniem się z przeciętności, w którą popadł w Ząbkach, a okazało się bolesną lekcją życia. Jak już pewnie zauważyliście – Leszczyński, który ma za sobą debiut w kadrze u obecnego selekcjonera, wciąż nawet nie zadebiutował w Ekstraklasie!

Miał pecha, bo życiową formę osiągnął Jakub Szmatuła, wybrany najlepszym bramkarzem poprzedniego sezonu? No nie do końca jest to wymówką, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują przecież na to, że dwójką w Piaście był i jest nie Leszczyński, a Dobrivoj Rusov.

Po pierwsze: to Słowak w zeszłym sezonie zaliczy jeden występ (w przegranym meczu Pucharu Polski ze Stalą Stalowa Wola).

Pod drugie: to Słowak zazwyczaj zasiadał na ławce rezerwowych w meczach Ekstraklasy (29 razy, Leszczyński tylko 8).

No i po trzecie (i kończące wszelką dyskusję): to Słowak broni w sparingach do spółki ze Szmatułą, a Leszczyński został wypożyczony do I ligi, do Podbeskidzia Bielsko-Biała.

A Emilijus Zubas raczej nigdzie się nie wybiera, więc wbrew pozorom o minuty wcale nie musi być zdecydowanie łatwiej niż w Gliwicach. Piszemy to bez cienia złośliwości – aż nam się zrobiło chłopaka szkoda. Być może jego czas jeszcze nastąpi (ma dopiero 24 lata), ale na razie od celu tylko się oddala.

Fot. FotoPyK