Wczoraj przed meczem kadry Hirek Wrona puścił motyw z „Gry o tron”. Bardzo trafnie. Uważam, że HBO mogłoby z sukcesem stworzyć wyciskającą łzy z oczu hitową superprodukcję „Gra o miejsce na lewej obronie reprezentacji Polski”, nie mniej poruszającą i posiadającą nawet bardziej wstrząsające zwroty akcji.

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Kontuzja Rybusa to jest taka wiadomość, którą najlepiej spuentowałby kilkuminutowym monologiem Zbigniew Stonoga. Wróciliśmy do wieków ciemnych. Wieków, kiedy każdy lewonożny piłkarz w kraju – wliczając oldbojów i dziesięciolatki – na wszelki wypadek powinien spać z telefonem w ręce.

Tak, Jędza fajnie się kiedyś się pokazał, nie przeczę. Ale umówmy się: to nie jest ta półka, a sam Jędrzejczyk o klasę lepiej wygląda po prawej stronie. Po Jędzy – z całym szacunkiem – już piłkarski żużel. Jak się ma toporny stoper Cionek do współczesnych wymagań wobec tej pozycji? Jak zaprzężona w kulawego muła furmanka na liście startowej Formuły 1. Powrót do Wawrzyniaka? Szanuję „Rumianego”, ale mówimy o Euro. Drugiej najważniejszej imprezie piłkarskiej świata, o najlepszych na kontynencie. A w tym kontekście powrót do 33 letniego Wawrzyna to desperacja. Tonący chwytający się brzytwy (chociaż nie, tym byłoby powołanie „Brzytwy” Brzyskiego).

Żaden kadrowicz na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy nie zrobił takiego postępu co Rybus – postępu w sensie wagi dla reprezentacji. Powiecie – Zieliński! Ktoś krzyknie – gdzie był jeszcze niedawno Kapustka i jak bardzo nigdzie! Będziecie mieli rację. Ale Zieliński, jakkolwiek jestem fanem jego talentu o czym już pisałem, ma konkurencję. Można tak przemodelować ustawienie, że będzie wyglądało rzetelnie i bez niego. Kapustka jest niezwykle wszechstronny, ma i technikę i potrafi popracować jak przecinak w obronie, ale nie jest zawodnikiem niezbędnym.

Natomiast Rybus? Rybus wypada i mamy brazylijską telenowelę. Husarską zbroję bez pleców.

Wreszcie był spokój. Wreszcie wydawało się, że po tylu latach ciężkich kaźni jakimi było oglądanie różnych parodystów na naszej lewej obronie, choćby powracającego tam jak bumerang Dariusza Dudki (powtarzającego, że nie cierpi tu grać), była jakość. Był gość, który znakomicie potrafił włączyć się do przodu, bo pozostawały w nim nawyki skrzydłowego, a który odnajdywał się w obronie znacznie lepiej, niż się tego po nim spodziewałem.

Uważam, że posiadanie naprawdę mocnych boków obrony w dzisiejszym futbolu to kwestia kluczowa. To w optymalnej sytuacji dwóch graczy robiących przewagę w każdej ofensywnej akcji, a zarazem dających pewność w tyłach. Mało która pozycja wymaga takiej wszechstronności, takiej umiejętności godzenia dwóch żywiołów. I, upieram się, jeszcze niedawno byliśmy tu świetnie obsadzeni. Mieliśmy skarb. Skarb, którego zostaliśmy pozbawieni. W ataku braknie balansu, bo jedna strona niedociążona, a i formacja w tyłach niepewna.

Martwi mnie to, jak i opinia Michaela Caleya, analityka piłkarskiego, z którym swego czasu robiłem wywiad. Michael opierając się na suchych faktach, na liczbach, udowadniał mi, że jeden słaby zawodnik w jedenastce ma wpływ na łączną jakość drużyny znacznie większy, niż jeden bardzo dobry.

Udowadniał przekonująco. Niestety przyjdzie się przekonać, czy ma rację.

***

Mecz z Holandią? Kuriozum. Nerwowo reagowałem tylko wtedy, gdy którykolwiek z naszych padał na ziemię po kontakcie z Holendrem, natomiast tracone gole spływały po mnie tak, jakby rywal dostał kornera.

Nasza drużyna całe eliminacje grała na maksymalnym zaangażowaniu. Wójcikowe „wślizg, wślizg, wślizg” i cytat o kiełbasach może byłby przesadą, ale coś było na rzeczy. Tymczasem dopiero co wypadli Rybus i Wszołek, odpoczywa Krychowiak. Te zdarzenia musiały działać na wyobraźnię. Widziałem jak atakowaliśmy: każdy jakby z blokadą. Z myślą, że jak nic dziś nie ugra to trudno, ale jak pójdzie na chama i zostanie wycięty, to może być osobisty koszmar.

Dlatego nie mam najmniejszych pretensji o to jak graliśmy w ataku. Ta zachowawczość jest uzasadniona, więcej: jak po kwadransie leżeli Lewy i Glik, to marzyłem, żeby mecz się skończył natychmiastowo. Presja końcowego gwizdka może nie jak z ostatnich minut Widzewa z Brondby, ale sam fakt, że przypomniało mi się tamto starcie, swoje mówi.

Inaczej jednak z oceną naszych defensorów. Tu ty polujesz na kogoś z piłką, a nie na ciebie polują. I co tu duży kryć – rewelacji nie było.

Z drugiej strony, czy my czasem przez prawie całe eliminacje nie mieliśmy radosnych epizodów w tyłach? Nadrabianych przez fantazyjny atak? Trochę tak. Natomiast na taki bilans wczoraj nie było szans, bo każdy patrzył tylko na to, czy ma nogi całe, a nie czy jest szansa na strzelenie bramki.

***

To Euro będzie niesłychanie nieprzewidywalne. Patrzysz na składy, a tu kozak na kozaku? No fajnie. Ale każdy z tych kozaków w takim układzie grał w klubie, który zaszedł daleko we wszelkich możliwych rozgrywkach i jest zajechany. Słabszy piłkarz, ale który takich obciążeń nie miał, ma wszelkie prawo liczyć, że w osiemdziesiątej minucie będzie miał przewagę nad tym teoretycznie lepszym.

Dlatego za czarnego konia turnieju uznaję Włochów. Włochów bez Verrattiego, Włochów ze składem, w którym dla przeciętnego kibica roi się od anonimów. Gdzie ta Squadra Azzurra z przełomu wieków, gdzie do dyspozycji był Vieri, Totti, Del Piero, Montella, Baggio i masa innych fantastycznych graczy? Cała plejada. A teraz tylko wyrobnicy.

Z drugiej strony są to jednak wyrobnicy ponadprzeciętni. I nie rozegrali miliona meczów, Italia poległa w pucharach, niektórzy w ogóle ich nie liznęli, mieli tylko młockę w Serie A. Nie widzę tam takich, którzy mają prawo narzekać na wyjątkowo wymagający sezon, który fizycznie ich zdemolował. A to wciąż piłkarze więcej niż poważni.

***

Piękna historia ostatniego tygodnia – awans Wimbledonu. Kilkanaście lat po tym, jak MK Dons okradli ich ze wszystkiego, jedni i drudzy spotykają się w lidze. Na tym samym poziomie rozgrywkowym. Tamci mimo ordynarnego złodziejstwa nie zyskali przez te lata nic, Wimbledon – choć zaczynał od Sunday League i castingów w parku – powrócił. Wymowne? Jak cholera.

Wielkiej marki piłkarskiej nie da się złamać, można ją tylko nagiąć. I jest to fakt bezwzględnie pocieszający.

Najbrzydszą, najgorszą historią zeszłego tygodnia jest natomiast zachowanie Pepe z finału. Nie ogarniam tego zawodnika – to byłby zupełnie solidny defensor, czołowy, zasługujący na szacunek. Tymczasem regularnie odstawia taką szopkę, że człowiek ma ochotę przerzucić się na szachy. No wybaczcie, ale skoro taki komediant ma wielomilionowy kontrakt i wygrywa Ligę Mistrzów, to jest to swoista pochwała tak patologicznych zachowań.

Leszek Milewski