Londyn, milion naszych rodaków. Milion Polaków w mieście szalonym na punkcie futbolu, gdzie trudno nie skręcić tak, by nie natrafić na stadion. Potężny futbolowy kapitał, który przecieka nam przez palce, nie jest w żaden sposób wykorzystywany. London United Tigers Football Club to jedna z oaz polskiej piłki w stolicy Anglii, z ambicjami, by rosnąć w siłę.

Mała piłkarska Polska. Czy marnujemy potencjał polskiego Londynu?

***

Screen Shot 05-20-16 at 08.05 PM 001

Kuba Mrozik, trener i prezes Tigers: Milion Polaków w samym Londynie. To kilka tysięcy dzieciaków grających w piłkę w przeróżnych akademiach, szkółkach, klubach. To kilka tysięcy dzieciaków, z których wiele pracuje pod okiem fachowców najwyższej klasy, na świetnych obiektach. Nie czuję jednak, żebyśmy mieli wsparcie, żeby się nami interesowano. I nie chodzi mi o jakiekolwiek pieniądze – chodzi o to, byśmy byli traktowani jak część polskiego środowiska piłkarskiego.

Konkretne sprawy, które chciałbyś zmienić?

PZPN jest tu w zasadzie nieobecny, poza pracą Dawida Ambrożego, skauta na Wielką Brytanię. Gdyby PZPN się zainteresował, flagował jako związek jakieś projekty, to łatwiej byłoby naszym chłopakom startować do najlepszych akademii. Jest też niewykorzystany potencjał w kwestii szkolenia trenerów. Nie mówiąc o tym, że po prostu możemy stracić utalentowanych chłopców przez brak zainteresowania. Te dzieci się tutaj urodziły, wyrastały w angielskim środowisku, jeśli zdecydują się reprezentować Anglię jak Phil Jagielka, to trudno mieć do nich pretensje, można mieć tylko do siebie, że się kiedyś nic nie zrobiło. Tigers ograło Śląsk Wrocław 4:0 – dlaczego mamy mieć mniejsze szanse, dlaczego mamy być na marginesie, dlaczego nas i nam podobnych lekceważyć?

PZPN przez Dawida interesuje się młodymi polskimi piłkarzami, ale są zastrzeżenia: tylko tacy, którzy grają w profesjonalnych akademiach, a także tylko tacy, którzy mają wiek, pod który jest już rocznik reprezentacji. Tymczasem Chelsea kiedy robi najwięcej naborów? U6, U7 – wtedy testy są co chwilę, a gdy przychodzi czas U11, robią raz na rok. Zwykły rozsądek sugeruje, że warto monitorować uważnie młodszych, aby wiedzieć, kto za chwilę może zasilić rocznik reprezentacyjny – względnie można mu w awansie do lepszej akademii pomóc. Ale na to wszystko potrzeba zainteresowania. Póki co jest takie, że zastanawiamy się nad założeniem swojego PZPN – Polonijnego Związku Piłki Nożnej.

***

2014 rok, Daniel Denisiuk i Radosław Kałużny zakładają akademię. Zainteresowanie jest ogromne. Na promocyjne eventy potrafią przyjść inni reprezentanci, choćby Kłos, chyba pojawił się Fabiański, ale to Kałużny, który oddaje się projektowi w pełni, jest głównym magnesem. Trenerzy chodzą po innych szkółkach polonijnych i namawiają dzieci, rodziców, by przechodzili do nich. Po trzech miesiącach u Denisiuka jest 250 chłopców. A potem zaczynają wypadać trupy z szafy. Na treningu jedna piłka na 40 osób. Niepopłacone boiska wynajmowane na ogromne kwoty. Denisiuk z jakąś kuriozalnie wysoką tygodniówką. Wreszcie wielka ucieczka, ukradzione pieniądze.

Kim był Denisiuk?

Koleś, który gdzieś grał kiedyś w czwartej lidze i miał – cóż – smykałkę do manipulacji. Wykorzystał osobę Kałużnego, by się uwiarygodnić i zrobić szum, a potem oszukał wszystkich. Organizując obóz w Polsce kazał płacić rodzicom po 350 funtów od łebka. Pieniądze wziął, obozu nie było, Denisiuka też. W niektórych szkółkach do dziś pracują ludzie wówczas zatrudniani przez niego, widuję ich czasem to tylko palą buraka, bo ja wiem, że oni z Denisiukiem chodzili po ludziach namawiać. Denisiuk zatruł wtedy całe piłkarskie środowisko polonijne. Szedłem wynajmować boisko – nie chcieli nam dać. Aha, jesteś trenerem piłkarskim i Polakiem? To wam nie wynajmiemy. Gówno ich obchodziły tłumaczenia, że z Denis Cup nie mieliśmy nic wspólnego – Polak ze środowiska piłkarskiego stał się synonimem wszystkiego, co najgorsze, także w opinii samej polonii. Kwestia zaangażowania mediów w nasz klub, znalezienie sponsorów – to graniczyło z cudem. Nie bo nie, jesteście związani z piłką, my się na tym bardzo przejechaliśmy. Słyszałem Denisiuk w Polsce też próbował coś zakładać, ale już go ganiali. Za mocno się to rozeszło.

***

Tigers zakładały dwie osoby w 2014. Główny zamysł był taki, by integrować społeczność polską na emigracji i żeby dzieciaki miały coś wspólnego ze sportem, zażywały ruchu. Na pewno nie było wtedy jednak takiego zamysłu, by wejść gdzieś do ligi, żeby jeździć na turnieje, grać sparingi z akademiami Premier League, organizować obozy. Na początku były dwie grupy koło polskich szkół, ale w 2014 założyciele wyjechali do Polski i zostawili to mi. Od tamtegu czasu zaczęła się zabawa.

Dlaczego zostawili to tobie?

Bo byłem trenerem. Mieli wybór – albo to zamknąć albo mi zostawić. Ja stwierdziłem – ok, przejmę. Ludzie mnie nie znali aż tak, bałem się, czy ktoś w ogóle przyjdzie. Ale przyszli, zostali. Dzieciaki z U11 są z nami już od czterech lat. Rozbudowa szła na wszystkich frontach, począwszy od wizerunkowych, na przykład logo. Mieliśmy pierwotnie rysowane jak w Paincie, od tamtego czasu trzy razy zmieniałem, by wyglądało dobrze. Funkcjonowaliśmy początkowo jako Polish Tigers Football Academy, byliśmy nastawieni stricte na polską społeczność. Zmieniłem nazwę na London United Tigers Football Club. Niektórzy trochę byli poruszeni, że ta nazwa polska zniknęła, ale my się po prostu nie zamykamy na inne nacje. Nie jesteś Polakiem i chcesz u nas grać? Proszę bardzo, dostaniesz szansę, dlaczego by nie? Poza tym nie chciałem narażać dzieciaków. Kiedyś graliśmy w turnieju i bardzo jasno mi powiedziano, że jestem fucking polish cunt. Nie chciałem, by nazwa gryzła ludzi, prowokowała, by przełożyła się na przykre da dzieci sytuacje. Potem okazało się, że ta decyzja była też o tyle dobra, że w lidze, do której się przyłączyliśmy, był wymóg regulaminowy – nie może być klubów, by tak rzec, etnicznych.

Milowym krokiem był wyjazd na pierwszy turniej do Polski. Miesiąc wcześniej umówiłem się z Maćkiem Stolarczykiem, udało się spotkać z nim i Olgierdem Moskalewiczem, w lutym zagraliśmy z Pogonią. Przegraliśmy sromotnie, to były początki. Bardziej mnie jednak martwiły dziwne sytuacje pozaboiskowe. Dostaliśmy na przykład jogurty przeterminowane o trzy tygodnie. Jak poszedłem z tym do kelnerki, powiedziała tylko: pan z Londynu, pan wydziwia! Podejrzewam, że dzieciakom przyjeżdżającym na obóz nie pierwszy raz coś podobnego serwowano, skoro taka reakcja. Nas udobruchano darmowymi obiadami, żebyśmy tego nie rozdmuchali. Było też przykre zdarzenie podczas rzeczonego sparingu z Pogonią. Gra u nas chłopak, wołamy go „Królik”, wtedy był w U8. Ma niesamowicie agresywny styl, to taki nasz Vinnie Jones. I rodzice z Pogoni zaczęli do niego krzyczeć: zdrajco, faulujesz swoich! Ja wiem, że mógł zagrać za ostro, ale zobacz kontekst: pierwszy raz przyjeżdża do Polski na obóz, a jest wyzywany z boku. I to przez rodziców! To na pewno nie było wychowawcze. Dziecko zeszło z boiska zapłakane. Byliśmy przerażeni.

Co myślałeś po powrocie z obozu?

Ja zawsze patrzę na siebie, że coś źle zorganizowałem najwyraźniej, skoro takie kwaśne sprawy się przydarzyły. Następny obóz był już dużo lepszy – ośrodek wypoczynkowy w Pobierowie, zaraz obok hale sportowe, dobre boisko, na plażę sto pięćdziesiąt metrów. Świetnie zostaliśmy przyjęci na wsi, gdzie stanowiliśmy swoistą atrakcję. Wiadomo jak jest w Szczecinie – Pogoń i nikt więcej się nie liczy. A tam się cieszono, że mogą nas ugościć. Chcecie z nami zagrać? Super! Pół godziny, telefon, wszystko zorganizowane. To budowało dzieciaki, że tak zostały przyjęte. Ognisko, atrakcje, wszystko super. Złapaliśmy oddech. Potem podobnie ruszyliśmy z kopyta w Anglii: pierwszy zorganizowany turniej. Mecz z Chelsea. W maju postanowiliśmy wejść do ligi.

Co to za liga?

W Anglii w pełni profesjonalne są cztery ligi, od Premier League do League Two. Jeśli chodzi o juniorów, to te kluby grają tylko między sobą w rozgrywkach. Jasne, czasem zagrają sparing z kimś z Sunday League, my też przecież z nimi grywamy, ale w czym rzecz: poza tymi klubami też jest życie. Też jest masa dobrych klubów. Też jest rywalizacja na poziomie. I jest Harrow Youth Football League, najlepsza i największa liga juniorskich w Anglii z amatorskich, z Sunday League. Ile było załatwiania dokumentów, żeby się tam dostać – audyty finansowe, rachunki za boiska, potwierdzenia niekaralności, no cuda na kiju i kilka miesięcy załatwiania. Ale udało się i wprowadziliśmy cztery roczniki. Od września zaczęliśmy grać.

Czego się obawiałeś przed wejściem do ligi? Poważny krok.

Czy ludzie będą jeździć. Każdy tu zasuwa od rana do wieczora w pracy, a w lidze jeszcze wolne niedziele też musiałby poświęcać na obowiązek – zawiezienia dziecka na mecz.

Jak duże odległości wchodziły w grę?

Nawet czterdzieści, pięćdziesiąt mil. Rodzic musi wstać o ósmej w każdą niedzielę, pojechać na mecz, dowieźć, zabrać. Ale zagrało. Rodzice zaangażowali się mocno.

Nie miałeś obaw o poziom?

Nie. Wiedziałem, że już trochę gramy, że nie jesteśmy zbieraniną. Miałem zaufanie do pracy, jaką wykonujemy – regularne treningi, obozy, sparingi, dobra organizacja. To musiało zaprocentować. Poza tym nie wsadzono nas od razu do pierwszej dywizji – w każdym roczniku jest ich osiem, dziewięć, my trafiliśmy gdzieś na piąty, szósty szczebel. Koniec końców na 98 meczów wygraliśmy 91.

Powychodziliście ze swoich dywizji?

Tak. Liga narzuca, że nie można awansować wyżej niż o jedną dywizję, ale jesteśmy premiowani do zmiany dywizji. U11 wygrał wszystko, strzelił 130 goli, stracił 11. U9 prowadzony przez Pawła Jurgielewicza przegrał tylko jeden mecz. Ale w Anglii nie wyniki są najważniejsze, liga nawet nie prowadzi tabel, nie podaje wyników – jeśli sam robiłbyś to na stronie klubu, mógłbyś mieć problemy. To jest to co Tomek Król mówił, a co funkcjonuje też w klubach profesjonalnych. Skupienie się na tym, co najistotniejsze – na równomiernym rozwoju dzieciaków. Gdzieś dopiero w U12 czy U13 wchodzi puchar, jakakolwiek stawka.

Screen Shot 05-20-16 at 08.04 PM

***

Mieliśmy ogrom szczęścia, że znaleźliśmy sponsora. Pojawiłem się w największym magazynie polonijnym Cooltura, potem w radiu, a wreszcie udało się złapać kontrakt do Polish Village Bread.

Poza tym nie było chętnych?

Jacyś pojedynczy co nas znali normalnie reagowali. Ale generalnie było ciężko, zbyt wielkie pieniądze zostały nakradzione przez Denisiuka, spalił ziemię. Polish Village Bread nie pokrywa wszystkiego, ale dofinansowuje. Współpraca z nimi daje nam stabilność, to jednak marka, dzięki której można stawiać fundamenty, budować zaplecze. Warunek z ich strony był jeden: nie bierzemy innego sponsora pod uwagę. Mają nas na wyłączność. Co ciekawe, później dostaliśmy ciekawe propozycje, choćby od firmy obsługującej promy między Dover a Calais, ale już odmówiliśmy. Potraktowali nas bardzo poważnie, to my ich też.

Możesz powiedzieć jaki macie budżet?

Nie, ale myślę, że mało która akademia w Polsce ma takie pieniądze, bo do tego dochodzą jeszcze składki rodziców. Wszystko jest inwestowane w dzieciaki, nic nie rozchodzi się po kieszeniach. To jeden z warunków naszej współpracy – absolutna transparentność wydatków, co przedsięwzięcie rozliczamy się fakturami. Wydawać jest na co: stroje meczowe. Dresy. Dofinansowanie na buty. Kwestia organizacji turniejów, wynajmu boisk, wyjazdów, dofinansowania obozów, noclegów. Mamy też swoje proporczyki, szaliki.

Trenerzy dostają pieniądze z tej puli?

Jeśli chodzi o pieniądze od sponsora, ani funta. Pieniądze od sponsora są tylko pieniędzmi dla dzieci. Trenerzy dostają kwoty, po kilkanaście funtów za trening, ale ze składek rodziców.

Wspominałeś mi, że dzięki temu stać was na różne nowalijki.

Chcemy być klubem, który szkoli dzieciaki do profesjonalnych akademii, chcemy być ich zapleczem. Z każdego rocznika „dostarczać” przynajmniej jednego chłopca do, by mógł coś fajnego osiągnąć.

Jak chcecie to zrobić?

Stawiamy na innowacyjność. Mamy swoją filozofię. Po pierwsze: metoda Coervera. Stosowana od 84, doskonale pracują z nią choćby w Southampton, teraz w Polsce też coraz częściej wchodzi. To cały czas praca z piłką – w każdych ćwiczeniach. Jak bieganie, to z piłką, jak gimnastyka, możliwie z piłką. My nawet przy drabinkach potrafiliśmy ćwiczyć z piłką. Przede wszystkim chcemy wyszkolić takich, którym nie przeszkadza piłka, zdolnych technicznie, bo na takich zwracają uwagę w profesjonalnych klubach. W tamtym roku wydałem też dość duże pieniądze na materiały ze szkółki Ajaksu. Tam też głównym założeniem są czucie piłki, dynamika, zwody, koordynacja.

Jak w Palace. Piłka, piłka, piłka.

Każdy trener ma maksymalnie 8-9 dzieciaków pod sobą, by każdy chłopiec był uważnie potraktowany. Wysyłam trenerów nad staże, szkolenia. Nie żałujemy na sprzęt, ostatnio kupiliśmy „Smartball” Adidasa. Mierzą trajektorię, szybkość oraz wysokość lotu piłki, można świetnie uczyć się dzięki temu bić wolne czy rożne. Ściągasz aplikację, która pokazuje ci jak uderza Ronaldo – to bardzo konkretne wskazówki np. do strzału knuckleball, gdy piłka się nie kręci – a potem masz wykres jak uderzyłeś, jak ta piłka poszła, po jakim torze. Wszystko widać jak na dłoni. Jeżeli chodzi o wyposażenie, to wiadomo, pachołki, tyczki, ale też zakupiliśmy maty do jogi dla dzieciaków i specjalne kółka do ćwiczenie mięśni tułowia. Ćwiczymy na zajęciach, ale też przekazujemy zadania domowe…

Sto pompek jak u Tomka Króla z Palace?

Moim zdaniem sto pompek to przesada. Jeśli dziecko od trzech lat robi po kilka pompek dziennie to wystarczy, choć zgadzam się: dzisiaj konkurencja jest taka, że wcześnie trzeba budować tę fizyczność. My mocno stawiamy na wzmocnienie części tułowia, niesamowicie ważnej w piłce nożnej. Te mięśnie odpowiadają za trzymanie wszystkich innych, więc zadbanie o nie jest kluczowe. Dajemy do domu zadania ogólnorozwojowe plus dieta: wiadomo, u siódemek to nie ma sensu, poza tym ogólnie nie przypilnujesz. Niemniej próbujemy dawać wytyczne. Co powinno dziecko jeść przed treningiem, po treningu. Jak się nawadniać, ile wody pić. Na obozach kupowanie żelków, czipsów, napojów gazowanych i izotoników jest zabronione. Najlepszy izotonik to miód, woda, cytryna i trochę soli.

Sporo uwagi poświęcasz temu, by jak najczęściej grać na trawiastej murawie.

Dla zdrowia staramy się grać jak najczęściej na prawdziwej murawie, unikając sztucznych. Zakupiliśmy przenośne oświetlenie, lampy 4.5 metra – cały sprzęt ważył 150 kilo – za blisko piętnaście tysięcy złotych, żeby tylko móc częściej grać na naturalnej nawierzchni, a przez to zadbać o stawy najmłodszych, które na sztucznej murawie są kilkanaście razy bardziej obciążone. Oświetlenie własne sprawia, że jesteśmy „plastyczniejsi” przy terminach treningów.

Dzisiaj gracie na sztucznej.

Tylko dlatego, że przygotowujemy się do turnieju w Poznaniu, który – niestety – będzie grany na sztucznej murawie. Trener zdecydował, że potrzebuje chociaż dwóch, trzech treningów na takiej nawierzchni. Na bieżąco współpracuje z nami fizjoterapeuta i wiemy doskonale jakie zagrożenia wynikają z takich treningów. I nie tylko z takich: jak byliśmy na Gryf Cup, gdzie my nigdy nie gramy na parkiecie, chłopcy potem bardzo narzekali. Baliśmy się nawet, że poszły więzadła, najedliśmy się strachu. Albo Baltic Football Cup – 240 minut gry w 36 godzin!

Profesjonalny piłkarz mógłby wymięknąć.

Dwanaście spotkań po 2o minut, cztery godziny grania w ciągu 36 godzin. Dla organizatora nie było żadnego problemu, a przecież to absurd. Na ostatni mecz wypuściłem w pole bramkarzy, bo byli najmniej zajechani i było najmniejsze ryzyko, że ktoś złapie kontuzję. Uczymy się na błędach, następnym razem trzeba uważniej takie rzeczy analizować, chociaż tu akurat reguły zmieniły się w środku turnieju. Dobrze, że mamy współpracę z fizjoterapeutą, to na bieżąco możemy wyłapywać zagrożenia, a jakakolwiek kontuzja, uraz, od razu jest monitorowana i diagnozowana.

Skoro fizjoterapeuta, to może psycholog?

Próbowaliśmy we wrześniu. To były dwie kwestie, które bardzo chcieliśmy wprowadzić: fizjoterapeuta i psycholog. Tego drugiego nie udało się załatwić, rozbiło się o kwestie finansowe. Może za rok. Na pewno będziemy do tego dążyć, chcemy robić różnicę.

Screen Shot 05-20-16 at 08.04 PM 001

***

Mecz U11 z Hayes Yeading. Rozmawiam z rodzicami chłopców.

My tu jesteśmy od samego początku w Tigersach, jeszcze Kuby nie było, a my już tak!
– Pamiętasz pierwszy trening? Bez strojów było, bez niczego na początku. Żółte t-shirty.
– Ja je ciągle mam, bo mój zbiera wszystko. Ma każdą koszulkę, wszystkie korki.

Jak z perspektywy postrzegają panie współpracę z Tigers?
– Stworzyła się polska społeczność wokół drużyny. Trudno jednak, żeby było inaczej – wszystkie niedziele spędzamy razem (śmiech). To spore wyrzeczenie, żeby zawsze przyjeżdżać, czasem poświęcać godzinę na sam dojazd. Samo kopanie piłki to już meta.
– Jesteśmy związani jak rodzina. Trzy razy w tygodniu niektórzy się widują, więc to naprawdę dużo w Londynie, gdzie każdy ma czasu niewiele. Nie wiemy jak inne grupy, ale my, jedenastki, bardzo jesteśmy zżyci. Poza tym organizowane są różne imprezy: wigilia, mikołajki, zakończenia, klubowe rozdanie odznaczeń, nagród.

A jak to ważne dla waszym zdaniem chłopców?
– Kiedyś mój syn miał zatarg z trenerem. Mówię mu: synek, nie chcesz, zrezygnuj, jest tyle klubów. Ale nie było szans. Nie ma mowy o zmianie klubu. Wpada do domu, 10 minut, i jedzie na mecz lub trening.
– Najważniejsze w Londynie jest zarazić dzieci pasją do czegoś. To wielkie miasto, łatwo wsiąknąć w złe towarzystwo, w problemy, nawet gangi. A jeśli dziecko będzie miało swoją pasję, która wypełni mu czas, to ma większe szanse, by tego uniknąć.
– Ważne są też obozy. To szansa na kontakt z Polską i kultywowanie polskości. My możemy rozmawiać po polsku w domu, ale to co innego jak na miejscu mają styczność z kulturą, z ludźmi. Teraz na obozie zaprzyjaźnili się na przykład z Zawiszą Bydgoszcz.

Chce się, by te więzi z krajem utrzymały się, nie zaniknęły.
– Tak. Żeby ta kultura polska przeszła na nich. Tu mamy język, szkoły polskie, ale to nie to samo co bycie w kraju.

Szczególnie, że z językiem różnie bywa. Słyszałem, że nawet w szkole polskiej mówią po angielsku.
– Między sobą to już nagminnie. Niestety w polskiej szkole też tak się zdarza.

Państwo dopingują z trybun?

Na początku coś tam staraliśmy się krzyknąć, ale Kuba nam zwrócił uwagę, że mają się słuchać trenera, a nie rodzica.
– w zeszłym roku Kuba zapytał dzieci: czego nie lubią w klubie? A oni, że nie lubią, jak rodzice komentują i krzyczą podczas meczu (śmiech). Więc my już tylko ograniczamy się do Go Tigers i oklasków po bramce.

To kiedy oprawy i race? Mam dojścia, mogę załatwić.

Nie, nie, dziękujemy (śmiech).

Denisiuka państwo pamiętają? Szkółkę sygnowaną wizerunkiem Kałużnego?

Pamiętam to. Jeździli po klubach i wyciągali dzieci.
– Denis Cup. Wziął dużą pulę pieniędzy i zniknął, zostawił wszystkich. Alex ma zdjęcie z Kałużnym jak ten przyjechał do polskiej szkoły – nawet mu się podpisał. Ale jak Alex powiedział, że jest w Tigers to Kałużny tylko się spojrzał spode łba (śmiech). Ale zdjęcie zrobił, choć zbyt chętny nie był. Wyciągali bardzo, sporo mieli tych szkółek.
– Ty tak nie syp nazwami, bo pan nagrywa!
– Ale ja nic tu nie kłamię! Prawdę mówię.
– A później nam samochód porysują albo coś.

***

Żona, przytrzymaj jabłuszko mężowi.

Sędzia „narożny” jak go określono, jeden z ojców, rusza z chorągiewką sędziować.

***

Ósemka, Kacper!
– Przecież cicho mieliśmy być.
– Przecież ja po polsku krzyczę.

***

Trójkę chłopców mam w Tigers, to jest dopiero zobowiązanie.
– Ale jakie będziesz miała dochody jak trafią wszyscy do Premier League. Co ty zrobisz z 80 milionami?

***

Screen Shot 05-20-16 at 08.10 PM

Mecz toczy się pod absolutne dyktando Tigers. Są lepsi technicznie, grają kombinacyjnie, widać wśród nich takich, którzy potrafią przejść dwóch, trzech – przyjemnie popatrzeć, jak cieszą się grą, a grać potrafią.

To różnica klas, ale przy 7:0 Kuba szaleje przy linii: „Doskakujemy! Nie wolno tak! Co to było, krycie, krycie!”.

Niektórzy chłopcy do siebie mówią po polsku, choćby bramkarz drze się na wszystkich bez cienia akcentu. Ale inni… czysta, niczym nie zmącona angielszczyzna, jak u rdzennego Anglika. Kuba, który zapewniał mnie, że treningi prowadzi po polsku, czasami się ugina i rozmawia z chłopcami po angielsku.

***

Tak naprawdę to w Sunday League nie mamy rywali, sam widzisz.

Różnica poziomów.

W sumie choć było 8:0, to nie zagraliśmy dobrego meczu. To było takie przetarcie.

Tymek świetnie gra.

Dobry chłopak, nie?

Cztery gole swoją drogą, ale niektóre kiwki… jak przerzucił piłkę nad rywalem w kontrze – po prostu widać duży talent gołym okiem.

Był na testach w Chelsea, ten chłopak z piętnastą był w Crystal Palace. A ten mały taki…

Franek. Świetny też.

Franiu był wszędzie, ale nie przyjęli go przez wzrost. Był w Chelsea, Arsenalu, Watford, Tottenham, Crystal Palace.

Podrośnie jeszcze. Czyli na testy do uznanych marek już się można z Tigersów dostać?

Testy to jest nic. Co z tego, że jeżdżą, jak się nie dostają? Nie ma sensu zamydlać oczu ludziom.

Skoro dzisiejszy mecz ci się nie podobał, a wygrali 8:0, to jak wypadliście na tle znanych klubów?

W Gdyni graliśmy z Evertonem, przegraliśmy 0:5. Różnica fizyczna była ogromna. Oni – niesamowita szybkość, dynamika. Ale ostatnio graliśmy z Crystal Palace i przegraliśmy 6:3. Było 3:3, bardzo dobrze graliśmy, dopiero na koniec fizycznie wymiękliśmy. Z U11 naszym polonijne drużyny nie chcą grać, twierdzą, że nie ma większego sensu, jesteśmy za dobrzy. Ale Everton – oni trenują codziennie. Z każdym tygodniem robi się więc różnica. Ja też bym chciał mieć dzieciaki na treningach pięć razy w tygodniu, i potem mecz, ale to niemożliwe.

Mówią, że niektórzy zakładają tu akademię, bo to szansa na biznes.

Tak, akademia potrafi być biznesem. Jak Tigers było akademią to był mój etat, utrzymywałem się z tego. Ale teraz jesteśmy klubem, organizacją no profit – nawet liga tego wymaga, co jest poparte rocznym zestawieniem finansowym. Ja pracuję na magazynie w Lidlu, nocki nie nocki (Kuba przyjeżdża po nas po zarwanej nocy i lecimy na treningi – przyp. red.). Są tu akademie, gdzie są dwie godziny treningów, a płacisz 60 funtów miesięcznie. Policz to sobie razy 30 dzieciaków.

Wszedł do Londynu też Lech Poznań.

Wszyscy się go obawiali. Wiadomo, wielka marka. Co się stanie? Telefony się urywały, co to będzie. Okazało się, że na pierwsze zajęcie przyszło trzech chłopaków. Teraz, po siedmiu miesiącach, mają kilkunastu. Owszem, na akcję promocyjną z Robakiem i Sisim przyszło z siedemdziesiąt osób zobaczyć profesjonalnego piłkarza, ale jakoś to nie chce im póki co odpalić.

***

Nasi w Londynie sobie poradzą. Będą rozwijać szkółki, dzięki sieci kontaktów proponować najlepszych na testy, a niektórzy, jak Kuba i jego Tigers, to naprawdę fajne projekty, które mogą nabrać skrzydeł. Od Emila Kota słyszałem o idei, by stworzyć w Londynie seniorską drużynę polonijną – zebrać mógłby się naprędce lepszy skład, niż podejrzewacie, plany też w tym przypadku mają być ambitne. Na ile to wypali nie wiem.

Ale byłem, widziałem. Jest wielki potencjał. Możemy pozwolić, by został wchłonięty przez Anglię, ale możemy też spróbować o niego zadbać. Nie trzeba wiele. Na początek – przyznać, że są, zainteresować się tą społecznością. Przyjść i powiedzieć: w czym mogę pomóc? Tam nie oczekują czarodzieja, kogoś, kto będzie spełniał życzenia albo dawał pieniądze. Chcą dialogu, swoistego przyłączenia do wielkiej polskiej piłkarskiej rodziny.

Leszek Milewski

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments