Gdybyśmy mieli wskazać największą zmianę, jaka na przestrzeni trwającego sezonu dokonała się w Ekstraklasie, byłby to wysyp piłkarzy eleganckich i technicznych, na których grę patrzy się z niekłamaną przyjemnością. Mamy tu na myśli typowych ofensywnych pomocników, którzy potrafią grać do przodu (wreszcie!), i którzy mogą stanowić prawdziwy magnes na kibiców przychodzących na stadiony. Już jesienią polska liga odzyskała chociażby Mateusza Cetnarskiego, który po wielu latach marazmu wreszcie pokazał błysk (aktualnie 11 goli i 11 asyst). Jesienią też do Ekstraklasy trafił reprezentant Czech, Kamil Vacek oraz wybił się bardzo zdolny Patryk Lipski. Jak się okazało, był to jedynie przedsmak tego, co czekało nas wiosną.

Czas kreatywnych pomocników: taką ligę chce się oglądać!

Można powiedzieć, że w samym 2016 roku w Ekstraklasie liczba efektywnie grających „dziesiątek” niemal się podwoiła. A to za sprawą:

Piotra Nowaka, który odzyskał dla ligi Michała Chrapka (wiosną gol i 3 asysty) oraz Milosa Krasicia (3 gole, 3 asysty, wywalczony rzut karny).
– transferu Rafała Wolskiego (4 gole, 5 asyst, wywalczony rzut karny)
– transferu Filipa Starzyńskiego (3 gole, 8 asyst)
– transferu Ryoty Morioki (5 goli)
– drugiej młodości Rafała Murawskiego (wiosną 4 gole i 3 asysty)

Ekspansję kreatywnych pomocników widać gołym okiem, co potwierdza były rozgrywający Widzewa i Wisły, Ryszard Czerwiec: – Wreszcie nasze zespoły są budowane od środkowych pomocników. Zawsze mówiło się – jakich masz środkowych pomocników, taką masz drużynę. Tu jest klucz.

Jeśli środkowi pomocnicy świadczą o całej drużynie, to naprawdę mamy w lidze wielki potencjał. Właściwie na każdego z dziewięciu wspomnianych rozgrywających patrzy się z przyjemnością. To właśnie dla takich graczy ludzie chcą przychodzić na mecze. Z całym szacunkiem, kibice raczej nie będą zabijać się o bilety dla rajdów Michała Kucharczyka czy ostrych wejść Abdula Aziza Tetteha. Pomijając fanatyków, dla których wydarzenia boiskowe często mają drugorzędne znaczenie, nasze stadiony mogą się wypełnić właśnie dzięki takim akcjom:

Im więcej będziemy mieli takich zawodników jak Wolski, tym atrakcyjniejsza będzie cała liga. Pamiętajmy też, że obecnie mamy kilku uśpionych rozgrywających, którzy nie tak dawno potrafili pokazywać wielką klasę – Dudę, Hamalainena, Jevticia, Gajosa, Akahoshiego czy Vassiljeva. Miejsca wystarczy dla wszystkich, co niejako potwierdzają przewidywania menedżera, Mariusza Piekarskiego: – Myślę że jest to jakiś trend, zwłaszcza że w większości polskich zespołów obserwujemy przewagę ofensywnych graczy w środku pola. Pytanie, czy kluby będą w stanie utrzymać odpowiednią jakość.

Wydaje się, że wreszcie będziemy mogli odetchnąć z ulgą, bo pomału odchodzi się u nas od siermiężnej taktyki z dwójką defensywnych pomocników. Czyli w pewnym sensie powracamy do polskich początków systemu z czwórką obrońców, w którym całkiem naturalne było, że na boisku znajdowało się miejsce dla dwóch napastników i ofensywnie usposobionego rozgrywającego.

Przykłady można tylko mnożyć. Wisła miała kiedyś Szymkowiaka, który – chociażby w pamiętnym meczu z Schalke – grał za plecami Kuźby i Żurawskiego, ramię w ramię tylko z jednym „ochroniarzem”, Pawłem Strąkiem. Nieco później w Groclinie błyszczał Mila, grając pod Rasiakiem i Niedzielanem. Następnie Legia zdobywała mistrzostwo ze świetnie grającym na ósemce Burkhardtem, a rewelacją ligi zostawał GKS Bełchatów z Gargułą za plecami Matusiaka i Ujka. Rzecz jasna mieliśmy też zespoły z taktyką na dwóch defensywnych pomocników, ale granie z kreatywnym rozgrywającym i dwójką napastników było na porządku dziennym. Kilka lat temu taka taktyka nikogo nie miała prawa dziwić.

Dziś natomiast ludzie łapią się za głowę widząc Wdowczyka czy Nowaka, budujących środek pola w Wiśle i w Lechii z nominalnych ofensywnych pomocników.

– W poprzednich sezonach kluby często grały na dwóch defensywnych, obowiązywał taki dziwny system, czterech obrońców i dwóch typowo defensywnych pomocników – mówi nam Ryszard Czerwiec. – Za moich czasów zawsze byli rozgrywający w środku pola i zawsze był zawodnik, który decydował o obliczu drużyny. Na przykład w Legii robił to Leszek Pisz. Tacy piłkarze są niezbędni do utrzymania się przy piłce. 

A wywołany do tablicy Leszek Pisz dodaje: – Kiedyś rozgrywający grał obok cofniętego piłkarza. Ja na przykład mogłem się skupić na atakowaniu, poświęcać się ofensywie w 70 procentach, a za moimi plecami wszystko czyścił Radek Michalski. Dzięki temu nie miałem problemu z tym, czy stracę piłkę, czy nie. Na boisku zawsze popełnia się błędy i warto mieć za sobą kogoś, kto będzie mógł je naprawić. Nie zmienia to faktu, że często bywały mecze, w których każdy walczył w defensywie. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Zmianę, która na przestrzeni ostatnich lat dokonała się w pomysłach taktycznych naszych trenerów, najlepiej obrazują dwa epizody Jana Urbana w Legii. Za pierwszym razem szkoleniowiec często zestawiał środek pola warszawian z trzech ofensywnych piłkarzy – Rogera, Gizy i Iwańskiego. Za drugim podejściem zdarzało mu się już grać na trzech defensywnych środkowych, na przykład z Vrdoljakiem, Jodłowcem i Furmanem (chociażby mecz z Lechem z sezonu 2013/14). Rzecz jasna nie była to jakaś autorska koncepcja samego Urbana, ale przeniesienie światowych trendów na polskie realia. Skoro w najlepszych ligach świata ryglowano środek pola, to zaczęto to robić także u nas.

I teraz nasuwa się pytanie, czy podążanie za zagranicznymi trendami naprawdę pchnęło naszą piłkę do przodu? W kontekście ryglowania środka pola jest to co najmniej wątpliwe. Różnica polega na tym, że ofensywni pomocnicy z przykładowej ligi hiszpańskiej czy angielskiej w zdecydowanej większości lepiej bronią, niż nasze największe przecinaki. Natomiast tamtejsi defensywni pomocnicy często lepiej atakują, niż nasze czołowe „dziesiątki”. Innymi słowy, zmiana proporcji na bardziej defensywne, która ma rację bytu u najlepszych, u nas może w zupełnie inny sposób odbić się na zespole. Na przykład, przy niewielkim wzmocnieniu defensywy, może wytrącić z rąk większość atutów ofensywnych. Do zastosowania takiego rozwiązania trzeba mieć odpowiednich piłkarzy, których w wielu polskich drużynach zwyczajnie brakowało. A przecież z tego samego powodu – tu dosyć skrajny przykład – nikt u nas nie próbował wdrażać skądinąd genialnej taktyki Pepa Guardioli.

Zaciekłym przeciwnikiem ryglowania środka pola jest Dariusz Dźwigała, niegdyś środkowy pomocnik, dziś trener. Były szkoleniowiec Arki i Dolcanu przyznaje, że w swoich klubach nawet boiskowe „szóstki” wybiera pod względem umiejętności grania do przodu. – Proszę zwrócić uwagę, że w naszej piłce obserwujemy coraz więcej podań na połowie przeciwnikaCzasem statystyki nieco przekłamują, bo ogólnie przedstawiają słaby wynik i nie pokazują, że więcej podań wymienia się w strefie ataku. To jednak idzie w dobrym kierunku. I nam, jako klubom, łatwiej będzie dzięki temu rywalizować w pucharach ze średniakami z Europy. Co więcej, kreatywni pomocnicy pozwolą nam dłużej utrzymać się przy piłce, częściej grać do ziemi. To absolutnie kluczowa sprawa.

Poza tym zawodnicy typowo defensywni coraz mniej komfortowo czują się w środku pola. Przyznaje to chociażby Michał Pazdan, któremu do tej pory zdarza się grać w pomocy, czy to w Legii, czy w reprezentacji Polski: – Po przejściu do Legii czułem, że spokojnie poradzę sobie w obronie, ale dużo większy problem miałem z graniem w pomocy, głównie ze względu na rozegranie. Nie mam takiego patrzenia peryferycznego, obracania się, umiejętności grania do przodu. Z najprostszą grą sobie poradzę, ale gdy zaczynam kombinować, to czasem brakuje umiejętności. W obronie nauczyłem się schematów i jest mi łatwiej. Sam często wychodzę po piłkę i chcę rozgrywać. W pomocy – zwłaszcza w Legii – gra się zdecydowanie szybciej, nie ma czasu na myślenie. I to mi sprawia kłopot.

Wracając do meritum, warto się zastanowić, czy ograniczając potencjał ofensywny środka pola – poprzez forowanie surowych technicznie defensywnych pomocników – sami nie wyrządzamy sobie największej krzywdy. Skoro współczesny futbol praktycznie od każdego wymaga pełnej uniwersalności, czyli zarówno umiejętności ofensywnych, jak i defensywnych, to jak dziś należałoby tworzyć środkowych pomocników w Ekstraklasie? Czy przykładowego Tosika można jeszcze nauczyć umiejętności technicznych Starzyńskiego? Byłoby to o niebo trudniejsze, niż nauczenie Starzyńskiego umiejętności defensywnych Tosika. A zatem, który z piłkarzy Zagłębia ma większe szanse, by w niedługim czasie stać się kompletnym środkowym pomocnikiem, Starzyński czy Tosik?

Niezależnie od umiejętności wyjściowych, od zawsze kluczowy pozostaje jeden aspekt treningu. Mówi o tym Leszek Pisz: – Najważniejszą cechą u ofensywnego pomocnika jest dla mnie pracowitość. Praca, praca i jeszcze raz praca, zarówno na boisku, jak i poza nim. Wszystko zależy od samego piłkarza oraz od tego, ile z siebie wyciągnie. Ważne też z kim się gra, ja miałem Kowalczyka, Śliwowskiego, Podbrożnego czy Cyzio. Jeżeli przykładowy Rafał Wolski wróciłby do Legii, pokazywałby jeszcze więcej. Inna sprawa, na jak wysoki poziom Rafał może się jeszcze wspiąć. Nie wydaje mi się aby on, czy Filip Starzyński załapali się do Legii, w której ja grałem.

Jeśli rozgrywający jest pracowity, to stosunkowo łatwo można go nauczyć bronić. Innymi słowy, charakterny i pojętny ofensywny zawodnik względnie szybko powinien się zaadaptować na bardziej defensywnej pozycji, i to z korzyścią dla całej drużyny. Wydaje się, że ten fakt jest coraz częściej wykorzystywany w polskim futbolu, a przy okazji obserwujemy też coraz większy szacunek dla kreatywnych piłkarzy. Przykłady?

Reprezentacja Polski, w której do gry obok Krychowiaka szykowany jest Zieliński. A w ostatnim meczu z Finlandią tę rolę pełnił Kapustka.
– Cracovia, która regularnie gra z jednym defensywnym pomocnikiem i trzema nominalnymi „dziesiątkami”, Cetnarskim, Budzińskim i Kapustką.
– Pogoń, która w pomocy gra z jednym nominalnym defensywnym (Matrasem) oraz dwoma kreatywnymi (Murawskim i Akahoshim).
– Lechia, której zdarza się – między innymi w meczu z Legią w Warszawie – zagrać bez klasycznego defensywnego pomocnika, za to z Milą, Chrapkiem i Krasiciem.
– Lech, który na wiele meczów wychodzi z jednym stricte defensywnym pomocnikiem (Trałką), obok którego gra Karol Linetty.
– Wisła, w której zdarza się, że za dwójką napastników gra dwóch ofensywnych pomocników, Wolski i Popović.
– Piast, który – niezależnie od systemu – gra w środku z jednym defensywnym pomocnikiem, Radosławem Murawskim.
– Czy nawet Legia, gdzie w ostatnim czasie pierwszym zmiennikiem Jodłowca był Guilherme.

Takie podejście bardzo odpowiada Ryszardowi Czerwcowi. – Wreszcie podoba mi się gra mojej Wisły, bo wreszcie system jest dobry. Wdowczyk odważnie ustawia zespól i efekty są widoczne. Odbiór piłki jest tak samo ważny, co pomysł, co z tą piłką później zrobić. A Wolski i Popović ten pomysł mają. To jest w ogóle problem wszystkich naszych drużyn – co zrobić po odbiorze piłki. Szkoda, że w Krakowie nie ma już Semira Stilicia. Zastąpił go Rafał Wolski, ale to nie jest wymiana jeden do jednego. Bośniak miał magiczny dotyk i jednym muśnięciem piłki potrafił zrobić bramkę. Rafał więcej pracuje, więcej biega i pokazuje się na pozycje. Potrafi znaleźć się w szesnastce – nawet wykańcza akcje głową – a Stilić raczej nie wchodził w pole karne. Chętnie zobaczyłbym ich kiedyś razem, chociaż pewnie żaden trener nie zdecydowałby się na takie rozwiązanie.

Stilić i Wolski w jednej drużynie? Brzmi naprawdę dobrze i wiele wskazuje, że nasze zespoły pomału dojrzewają do tak ofensywnego grania. Udowodnił to chociażby Piotr Nowak w niedawnym meczu z Legią w Warszawie, który – jak wspomnieliśmy – wystawił obok siebie Milę, Chrapka i Krasicia. Skąd tak ofensywny manewr – tłumaczy Mariusz Piekarski: – Według mnie to nieobecność ofensywnie grającego Jodłowca pozwoliła Nowakowi tak odważnie zestawić środek pola. Szkoleniowiec gdańszczan wiedział, że Borysiuk i Vranjes nie będą się podłączać do akcji ofensywnych, więc do zneutralizowania ich nie potrzebował typowo defensywnego pomocnika.

Nie było tu więc respektu dla wyżej notowanego rywala, tylko chłodna, taktyczna kalkulacja. Nowak wybrał ofensywny wariant, a przebieg meczu pokazał, że to nie była pomyłka. Przy współczesnej uniwersalności piłkarzy tego typu rozwiązania niosą ze sobą praktycznie same korzyści. A czy w dłuższej perspektywie zmiana proporcji przełoży się na lepsze wyniki i podniesienie poziomu polskiej piłki?

Dariusz Dźwigała pozostaje optymistą, dlatego ostatnie zdanie pozostawiamy jemu: – Kiedyś usłyszałem od prezesów w jednym z klubów, że moje ładne granie się nie opłaci. Sam jednak nie mam wątpliwości, że odwracając proporcje w środku pola na korzyść ofensywy zbliżymy się do najlepszych. Zmierzamy w dobrą stronę.

MICHAŁ SADOMSKI


Fot. 400mm.pl

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments