Roma rzutem na taśmę dogania Górnik, ale potem i tak sprzyja nam los

redakcja

Autor:redakcja

15 kwietnia 2016, 09:42 • 2 min czytania

Reklama
Roma rzutem na taśmę dogania Górnik, ale potem i tak sprzyja nam los

Rzut monetą nie pełni w dzisiejszym futbolu jakiejś bardzo istotnej roli – kapitan wybiera jedynie stronę po jakiej zacznie jego drużyna i tyle, wpływ na końcowy wynik może mieć to minimalny. Kiedyś było inaczej – kilka obrotów w powietrzu zadecydowało o tym, kto zagra w finale europejskich rozgrywek. Właśnie w takich okolicznościach, 46 lat temu Górnik eliminował Romę z Pucharu Zdobywców Pucharu.

Żeby do losowania doszło, Górnik najpierw musiał postawić się piłkarsko. Cóż to były za batalie, zawsze na styku – nikt nie chciał odpuścić tej przepustki do wielkiego finału. W pierwszym spotkaniu, rozgrywanym na wyjeździe to Górnik był lepszy, prowadził po golu Banasia, a dwie okazje miał jeszcze Lubański – najpierw trafił w poprzeczkę, a potem gdy już zostawił za sobą bramkarza, to zamiast strzelić na pustaka, stracił równowagę. Niewykorzystane sytuacje się mszczą, tak jest teraz, tak było prawie pół wieku temu – z wolnego wyrównał Salvori. Inna sprawa, że sędzia gwizdnął wtedy wątpliwe przewinienie.

Drugi mecz, rozgrywany właśnie 15 kwietnia, to już fart Górnika – długo przegrywał 0:1, ale sprawy w swoje ręce wziął Lubański – najpierw strzelił karnego w 90 minucie, a potem na początku dogrywki wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Było już o krok… niestety, Scaratti wyrównał po dwóch godzinach grania. Górnicy myśleli że to koniec, Rzymianie mieli w końcu dwa gole na wyjeździe – okazało się, że ta zasada jednak nie obowiązuje i potrzeba trzeciego meczu. Na neutralnym terenie, w Strasburgu skończyło się na 1:1, nie było jeszcze wtedy karnych i decydował ślepy los.

Do arbitra podszedł kapitan Górnika Stanisław Oślizło, a ze strony Rzymian delegatem był Fabio Capello. Sędzia pokazał żeton i dał Polakowi wybór – zielony czy czerwony kolor? Stawka była ogromna, chodziło w końcu o wielki finał, a Górnicy już jedno losowanie przegrali w tej rywalizacji, gdy obie drużyny spierały się o kolor koszulek. Los chciał, że Roma wygrała starcie o pierdołę, a Górnik o coś nieporównywalnie większego – Oślizło postawił na zielone i taki też kolor było widać, gdy żeton upadł na trawę. Euforia, „sprawiedliwości stało się zadość” krzyczał rozentuzjazmowany Jan Ciszewski, który był święcie przekonany, że arbiter losuje monetą.

Reklama

Górnik awansował, ale w finale nie dał rady – za mocny był Manchester City, choć nawet po latach piłkarze przyznają, że Angoli trzeba było walnąć. Szkoda, ale Polacy i tak przeżyli piękną przygodę, przed Romą eliminując Olympiakos, Rangersów i Lewskiego. Spróbujcie sobie wyobrazić taki rajd dzisiaj – „ostatnio” mamy problemy, by z klubem pokroju City zagrać inne spotkanie, niż towarzyskie.

Najnowsze

Weszło