Inzaghi z rekordem Ligi Mistrzów! Ale nie Filippo. Słabszy z braci ma swoje 5 minut

Piotr Tomasik

14 marca 2016, 11:17 • 3 min czytania

Reklama
Inzaghi z rekordem Ligi Mistrzów! Ale nie Filippo. Słabszy z braci ma swoje 5 minut

W ponad dwudziestoletniej historii Ligi Mistrzów takich wieczorów nie było zbyt wiele. Dokładnie trzynaście – tyle razy na poziomie Champions League było nam dane zobaczyć „strzeleckie One Man Show”, spotkanie, w którym jeden zawodnik pakuje piłkę do siatki przynajmniej cztery razy. Bohaterowie? Udawało się wielkim snajperom – van Basten, van Nistelrooy, Szewczenko, Messi, Ibrahimović, Lewandowski, Ronaldo – ale na krótkiej liście figurują również nazwiska, które do takiego osiągnięcia niekoniecznie pasują. Na przykład: Inzaghi. 

Reklama

OK, wyraziliśmy się nieprecyzyjnie. Akurat to nazwisko pasuje idealnie. Ale jeśli dodamy do tego imię, jest już nieco inaczej. Nie chodzi bowiem o Filippo, a jego młodszego brata – Simone. Wiemy, że dla gimbów może być to szok, ale tak – „Superpippo” miał brata, również napastnika. Ale do „urodzonego na spalonym” brakowało mu sporo.

14.03.2000. Ten wieczór należał tylko do niego, cały świat mówił o jego wyczynie. Druga faza grupowa Ligi Mistrzów, mecz pomiędzy Lazio Rzym a Olympique Marsylia. Bardzo ważne spotkanie dla Włochów, bo w dwóch wcześniejszych meczach nie potrafili ograć Feyenoordu i awans do ćwierćfinału trochę się oddalił. A nie wypadało, by taka ekipa – z Nedvedem, Nestą, Mihajloviciem, Simeone, Boksiciem, Veronem czy Salasem w składzie – odpadła na w tej fazie. Ale sprawę załatwił właśnie młodszy Inzaghi.

Cztery gole i wyrównanie rekordu Marco van Bastena z 1992 roku. A był przecież jeszcze rzut karny, ale – mimo tzw. „dnia konia” – akurat tej sytuacji nie udało się zamienić na gola i Włoch nie został samodzielnym rekordzistą. Zrobił to później dopiero Leo Messi w 2012 roku (powtórzył Luiz Adriano), ale wyczyn i tak był wielki.

Reklama

Jeszcze wtedy nikt nie mógł zakładać, że dziś pamiętać będziemy głównie o jego bracie, że on na zawsze zostanie w jego cieniu. Do wielkiego Lazio trafił latem po świetnym sezonie w barwach Piacenzy (15 goli w Serie A). W klubie z rodzinnego miasta był już od kilku lat, ale nie mógł się doczekać debiutu w najwyższej lidze, tułał się po wypożyczenia. Dlatego gdy nagle zaczął dziurawić siatki, wszyscy pluli sobie w brodę, że nie dostał szansy wcześniej.

Pierwszy sezon w Lazio? Naprawdę bajka…

– 19 goli we wszystkich rozgrywkach (7 w lidze, 3 w Pucharze Włoch, 9 w pucharach),

– wspomniany rekord Champions League,

Reklama

– powołanie i debiut w reprezentacji Włoch,

– podwójna korona – Scudetto i krajowy puchar.

Ciężko lepiej zacząć przygodę z tą najpoważniejszą piłką, prawda?  Ale pierwszy genialny sezon w jego wykonaniu był zarazem… ostatnim tak świetnym. Piłkarzem Lazio był jeszcze przez okrągłą dekadę, ale nigdy nie nawiązał do osiągnięć z przełomu wieku. Gdy grał w miarę regularnie, nie było jeszcze tragedii. Na przykład w sezonie 2003/04 zdobył 10 goli ze wszystkich rozgrywkach, a Lazio zgarnęło Puchar Włoch.

Ale następne sześć lat w jego trwającej do 2010 roku karierze to koszmar. Już wtedy można było zacząć nazywać go byłym napastnikiem, choć jeszcze ciągle pojawiał się na murawach. Zawodził w Lazio, trafiał na wypożyczenia do Sampdorii i Atalanty, ale do formy nie wrócił już nigdy. Wyobraźcie sobie, że snajper cały czas utrzymujący się na poziomie Serie A w trakcie sześciu sezonów strzelił… cztery gole! Zdarzały mu się rzecz jasna kontuzje, ale też ciężko uznać, że to właśnie one całkowicie zarżnęły jego potencjał. Przedziwna kariera. A starszy brat w tym czasie zostawał mistrzem świata i gwiazdą światowej piłki. On był nią chyba tylko ten jeden jedyny raz, po meczu rozegranym 16 lat temu.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Królewski ma uwagi do Mariusza Jopa. „To nie może tak wyglądać”

Mikołaj Duda
11
Królewski ma uwagi do Mariusza Jopa. „To nie może tak wyglądać”

Weszło

Reklama