Przyznamy się szczerze – to dla nas jedno z największych zaskoczeń ostatnich lat. Gość, którego nie posądzaliśmy nawet o to, że ktokolwiek w Ekstraklasie da mu pracę, nagle staje się motorem napędowym Korony Kielce. Z Łukaszem Sierpiną pogadaliśmy o Golfie III, krowich plackach na boisku, pobitych sędziach, kompleksach i pokorze. Zapraszamy. 

Tak sobie myślę: skoro udało się Piątkowskiemu, dlaczego ma się nie udać także i mnie?

Jak było w pimp the player?

Powiem ci, że trochę się uśmiechnąłem jak to napisaliście. Ciężko mi się w ogóle do tego odnosić, ale trzeba się z tym zgodzić, że przy trenerze Broszu odżyłem i złapałem wreszcie to coś.

Czułeś, że – tak już pozostając w tej metaforze – byłeś rozwalającym się Golfem III, a Brosz odpicował się na tyle, że można spokojnie pokazać się z tobą na mieście?

Może nie aż tak, że się rozlatywałem, ale nie ma co ukrywać – to u trenera Brosza zrobiłem największy postęp. Już kompletnie nie pamiętam o tym, co było złe. Wreszcie zacząłem się cieszyć grą. Mam świadomość, że może być dużo lepiej, bo jeszcze przecież nic nie zrobiłem. No bo co ja niby osiągnąłem? Taka jest prawda. Twardo stąpam po ziemi. Wcześniej za trenera Ojrzyńskiego miałem sporo szans, ale nie mogłem odpalić. U Pachety grałem bardzo krótko, u trenera Tarasiewicza w ogóle. Trener Brosz ma coś takiego, że z danego piłkarza potrafi wyciągnąć to, co najlepsze. Dużo rozmawia indywidualnie, zresztą mamy nawet personalne odprawy, nie tylko od trenera Brosza, ale od całego sztabu, przede wszystkim od trenera Wilmana. Jak dostaniesz takich odpraw kilkadziesiąt – w końcu załapiesz, co robić na boisku. Wcześniej, wiadomo, też jakieś były, ale bardzo rzadko. One nie ograniczają się do tego, że trener pokazuje mi mecz i mówi „ta akcja była dobra, ta była zła” i tyle. Wchodzimy w najmniejsze detale jak gra bez piłki, wyjście na pozycję, analizujemy każdy ruch. To mi dużo pomogło. Nawet przed meczem z Lechią Gdańsk trener Wilman pokazywał mi, jak mam się ustawiać, żeby zaskoczyć obrońcę. No i to przyniosło efekt – Gerson nie widział mnie, jak wybiegłem mu zza pleców, dzięki czemu zrobiłem karnego.

Gdzie dzięki tym analizom zrobiłeś największy progres?

W taktyce.

Jeździec zyskał głowę?

(śmiech) Ujmę to tak: stałem się o wiele bardziej dojrzałym piłkarzem. Wcześniej miałem problem z odbiorem, ustawieniem się w defensywie. Postępy zrobiłem jeszcze w grze jeden na jeden. Już się nie boję przed wejściem w drybling.

A miałeś tak, że się bałeś?

Tak. Za trenera Pachety wiedziałem, że jak coś zrobię źle, to będę miał problem, żeby zagrać w następnym meczu. A wtedy nie miałem swobody w działaniu. Wielu piłkarzy – w tym ja – ma tak, że kiedy nie czuje zaufania wybiera na boisku najprostsze decyzje, same podania do najbliższego. Jak mam pewność – jestem w stanie zaryzykować.

48 meczów, zero bramek. Zdajesz sobie sprawę, że wielu trenerów już dawno straciłoby do ciebie cierpliwość.

Zgadza się, w piłce najważniejsze są liczby. Udało się strzelić w ostatnim meczu jesienią, liczę teraz, że ta runda będzie w jakiś sposób przełomowa. U trenera Brosza są proste zasady – możesz zagrać fatalnie, ale jeśli strzelisz bramkę lub dasz asystę to konto ci się zeruje. Co z tego, że grasz dobrze, lecz nie przełoży się to na wynik? Ze mną tak było. Spinałem się. Można mówić, że się o tym nie myśli, ale to bzdura. W głowie siedziało to, że muszę strzelić bramkę. Dobrze, że trenerzy mnie tonowali. „Rób swoje, graj dobrze, wykonuj założenia i nie skupiaj się na tym, żeby za wszelką cenę strzelić gola. On przyjdzie”. Dużo było sytuacji, w których coś zepsułem, lecz czasami zwyczajnie brakowało szczęścia – jak w meczu z Ruchem, kiedy obrońca wybił mi piłkę z linii. Ostatnio po moim strzale Maloca wbił sobie piłkę do bramki, więc szczęście się chyba odwróciło.

Jak reagowałeś na to, co się o tobie – także i u nas – pisało? Odcinałeś się czy traktowałeś to z dystansem?

Ja jakoś nie patrzyłem szczególnie na noty, ale koledzy mówili:

– Łukasz, wejdź na Weszło, coś się zmieniło!
– Chwalą?!
– Chwalą, chwalą!

To nie było tak, że dowiadywałem się „o nie, Weszło znowu o mnie napisało” i zamykałem w domu na dwa dni i się do nikogo nie odzywałem. Ale raczej się odcinałem. Nie wchodziłem, nie czytałem komentarzy. To nie ma sensu, przecież w nich często wypowiadają się ludzie, którzy nie mają nic wspólnego z Koroną, albo jakieś niespełnione talenty, które muszą sobie ulżyć. Jak zagrasz słabo, to napiszą, że zagrałeś słabo, to oczywiste. Ale można napisać to na piętnaście różnych sposobów. A wy z piłkarzami jedziecie. Najbardziej zabolało mnie jak napisaliście, że skoro Korona przedłuża kontrakt z Sierpiną, to w tym klubie może grać już każdy. Zaraz, jak to było? Lepiej podpisać kontrakt w Koronie niż pracować na budowie? Coś takiego.

Ale chyba zdajesz sobie sprawę, że nie dałeś zbyt wielu argumentów, żeby ten kontrakt przedłużać. Paradoksalnie zyskałeś na tym, że Korona miała problemy finansowe. Gdyby w klubie było jak dawniej raczej byś w nim nie został.

Sytuacja jest, jaka jest. Wiadomo, że to zamieszanie odbiło się na pensjach. Ci, którzy nie zgadzali się na obniżkę zarobków, musieli odejść, stworzyła się szansa dla mnie…

Tak zupełnie szczerze: zaskoczyło cię to, że dostajesz jeszcze jedną szansę w Koronie?

Zaskoczyło, oczywiście, że zaskoczyło. Wracam z wypożyczenia z pierwszej ligi, gdzie prawie w ogóle nie grałem i spędzam pół roku w Kielcach, ale ani minuty na boisku. Pisaliście, że to nieporozumienie, ale czas pokazał, że zarówno dla mnie jak i dla klubu była to bardzo dobra decyzja. Czułem, że to już ostatnia szansa. Trzecie podejście do Korony, 27 lat na karku… Mówiłem sobie tak – albo zaczynasz jakoś grać, strzelać i mieć jakieś liczby, albo dajesz sobie spokój i idziesz do niższej ligi.

D09R1627

Wcześniej trener Tarasiewicz zabiegał o to, żebyś został w klubie, natomiast nie dał ci żadnej szansy. Dziwne to.

Tak było, wtedy miało się rozstrzygnąć, czy zostaję w Koronie czy mam szukać sobie innego klubu. Trener powiedział mi – zresztą mówił to nawet kieleckim mediom – że dobrze się zaprezentowałem i chce, żebym został. Tarasiewicz jest dobrym trenerem, to muszę przyznać. Dawał zawodnikom swobodę, pewność piłkarską. Cokolwiek byś zrobił na boisku, trener zawsze będzie za tobą. Przegrałeś jakiś pojedynek, to i tak cię chwalił za to, że w ogóle go podjąłeś. Umiał przelać w zawodników ten spokój, pamiętam ostatni mecz poprzedniego sezonu z Podbeskidziem. Mogliśmy spaść, wcześniej przegraliśmy parę meczów, więc było gorąco. Trener mówi przed meczem z totalnym luzem: – Panowie, ja, jak kiedyś grałem, i to we Wrocławiu, moi na mnie wiecie co robili? Gwizdali! Ja tam mieszkałem, ja stamtąd jestem! A ja co? Stanąłem z piłką w środku, popatrzyłem się na nich i tak stałem w środku i się patrzyłem. I co? I nic. Także nie przejmujcie się!

U trenera Pachety chyba po prostu nie pasowałeś do koncepcji. Stawiał na grę piłką, ty jesteś raczej do gry z kontry.

No tak, chyba tak. Było widać po nim, że pograł na najwyższym poziomie. Nawet jak wchodził do treningu i operował swoją lewą nogą, to aż chciało się na to patrzeć. Nie pasowałem mu, więc musiałem odejść na wypożyczenie, chociaż mówiło się też, że dyrektor Kobylański pozbywa się z klubu ludzi Ojrzyńskiego. Strasznie mieszał się do tego, co się działo w drużynie. Nie ma co ukrywać, że to głównie przez niego wyrzucono Ojrzyńskiego. Było widać, że Kobylański tylko czeka na moment. Był taki okres, że pokłócili się, bo Kobylański chciał siedzieć podczas meczów na ławce, a Ojrzyński nie chciał się na to zgodzić. W rezerwach później wylądował Tomek Lisowski i to też nie była decyzja trenera. Poszedłem na wypożyczenie do Dolcanu, grałem, nagle do klubu przyszedł trener Sasal i z pierwszego piłkarza stałem się tym, który ledwo łapał się nawet na ławkę. Wy to widzicie z boku: nie gra, czyli jest za słaby. A czasem jest tak, że trener nawet nie wie jak grasz i od razu mówi, że cię nie widzi w składzie.

Żaden trener nie jest samobójcą. Gdybyś był gwarancją goli czy asyst, to byś grał, to jasne.

Poszedłem do trenera i zapytałem, czemu nie gram, o co chodzi. Powiedział tylko, że nie pasuję do jego koncepcji i że ktoś inny sprawdzi się lepiej na wahadle. Kontrowałem, że za Podolińskiego grałem wszystko i walczyliśmy o awans, a teraz idzie nam gorzej, ciągle remisujemy, mieliśmy chyba siedem czy osiem remisów z rzędu. Odpowiadał: „to było za Podolińskiego, a teraz jestem ja”. U Podolińskiego graliśmy ustawieniem 3-5-2. Sasal zaczął nas ustawiać po swojemu, ale po jakimś czasie powiedział:

– Muszę się wam do czegoś przyznać. Nie mam pojęcia jak się gra w 3-5-2, ale wrócimy do tego ustawienia!

Trochę stracił wtedy w oczach piłkarzy, nie ma co ukrywać.

W Dolcanie grałeś u trenera Podolińskiego, który idealnie leży takim piłkarzom jak ty – daje luz.

Na każdą zaczepkę potrafi cię podwójnie skontrować. Jak nie miałeś argumentów, to lepiej było siedzieć cicho i nie wchodzić w dyskusję. To świetny facet. Pamiętam jak graliśmy u siebie z Wisłą Płock. Prowadziliśmy, ale ostatecznie przegraliśmy, Wisłę dopiero co zaczął trenować wtedy Libor Pala. Przyjechał w takim bardzo specyficznym sweterku. Odprawa po meczu, trener kogo miał pochwalić to pochwalił, ale po przegranej raczej szybko poszło, wytyka nam po kolei błędy. W końcu nie wytrzymuje:

– To ja cały tydzień ubieram się w Zarze, żeby przegrać z gościem, który ubrał się w sweterek w serek?! Tak to ma wyglądać?!

Komedia. Nagle wszyscy leżeliśmy ze śmiechu. Podoliński jest mistrzem w rozładowywaniu atmosfery po porażkach.

GY5Q4047

Tak z ręką na sercu – ty w ogóle myślałeś, że będziesz piłkarzem Ekstraklasy? Do pierwszego klubu poszedłeś w wieku 15 lat, w wieku 20 kopałeś jeszcze w czwartej lidze.

Pewnie, że nie. Poszedłem do klubu, bo chciałem grać w piłkę, po prostu, nie miałem żadnych planów. Załapałem się do juniorów w klubie u mnie na wiosce, w wieku 16 lat przenieśli mnie do pierwszej drużyny, to był wówczas poziom okręgówki. Przechodziłem szczebel po szczeblu te wszystkie ligi. Ja to mówiłem już nie raz, że straciłem masę czasu. To, co inni robili za małolata – te wszystkie aspekty techniczne czy taktyczne – ja musiałem nadrabiać dopiero w seniorskiej piłce. Teraz tym bardziej doceniam to, co mam, te niższe ligi mimo wszystko trochę mi pomogły. Nauczyły mnie takiej życiowej pokory.

Wiesz, ja nie miałem wtedy zbyt wiele powodów by sądzić, że będę grał w piłkę na poziomie Ekstraklasy. Myślałem, co będę robił w życiu. Grałem w czwartej lidze i równolegle studiowałem zarządzanie i inżynierię produkcji w Legnicy. Piłka była obok, w wolnym czasie, trenowałem trzy czy cztery razy w tygodniu. Za wygrany mecz w czwartej lidze dostawaliśmy 70 czy 80 złotych, bardziej myślałem o tym, czy starczy mi na paliwo niż co sobie za to kupię. Mieszkałem z rodzicami, pomagał mi dziadek, bardzo się cieszył, kiedy wybijałem mu szyby piłką (śmiech). Zawsze chciał, żebym grał, czasami woził mnie na treningi albo dawał zatankowany samochód. Dopiero w Polkowicach zacząłem zarabiać, na początku dwa tysiące złotych. Nie miałem pojęcia, że tak się to wszystko potoczy.

Kiedy po raz pierwszy zacząłeś traktować piłkę na serio? Pamiętasz taki moment?

Tak, jak zrobiliśmy awans do drugiej ligi w Polkowicach. Zapaliła mi się wtedy lampka, że coś może z tego być. Potem awansowaliśmy do pierwszej ligi, grałem, strzelałem bramki, ale po jakimś czasie musiałem odejść na wypożyczenie do trenera Podolińskiego. W pierwszej lidze jeszcze to była bardziej pasja, ale już w Ekstraklasie stwierdziłem, że odpuszczam studia. Szkołę zawsze można zrobić innym razem, grać w piłkę już niekoniecznie.

Z jednej strony mówisz, że straciłeś masę czasu, z drugiej – że okręgówka jednak ci pomogła. W czym może pomóc granie na pastwiskach?

Uwierz mi, przy tych boiskach, na których grałem, to boisko na naszym stadionie sprzed tygodnia to był luksus. Tak na marginesie – jakbyś zobaczył je dzień przed meczem, to byś raczej nie miał zastrzeżeń. Pamiętam sytuację, jak pojechałem grać z B-klasowym klubem z Rokitek, czyli z mojej wsi, oni mieli boisko na polu. Kiedy nikt tam nie grał, to… wypasały się krówki. Zanim zaczęliśmy grać, trzeba było posprzątać boisko, bo krówki pozostawiały trochę po sobie. Ile razy była taka sytuacja, że umawialiśmy się na zbiórkę i przychodziły trzy osoby… I co wtedy robić? Musieliśmy jechać busem po wioskach i zgarniać ekipę na mecz. Jednego nie ma, drugi jedzie na cyku, bo dopiero co wrócił z imprezy, a trzech kolejnych będzie grać na kacu. Tak to wyglądało.

Inna sytuacja – nasz stadion wyglądał tak: nasyp, tam poustawiane jakieś ławeczki, trybuny od boiska oddzielała taśma, taka jak na budowach. Kibice dwa razy pobili sędziego. Ekipa zebrała się i ruszyła na boisko, przewrócili go, wyrwali mu chorągiewkę, masakra. Raz mecz został przerwany, ale za drugim razem graliśmy dalej.

Nie miałeś zbyt kolorowego startu w życiu.

Było ciężko. Rodzice mi tłukli do głowy, żebym się uczył, a nie grał w piłkę, jeśli chciałbym grać w szkółce, to musiałbym dojeżdżać po 40 kilometrów. Rodzicom nawet przez myśl nie przeszło, żeby mnie zapisać wcześniej do jakiejś akademii, choćby do Lubina, ja wcale nie przejawiałem takich chęci. U mnie we wsi nikt przecież nigdy nie grał w żadnej szkółce. Boisko? Musieliśmy zrobić sobie sami. Miałem kawałek pola za domem, jak przychodziła wiosna, to wyjmowało się z szopy kosiarki. Sami musieliśmy ściąć drzewa i zrobić bramki. Fajnie było patrzeć, jak zbierała się tam cała wioska.

Pytałeś, w czym niższe ligi mogą pomóc. To zawsze piłka seniorska, jest ciężej, bo nie grasz ze swoimi rówieśnikami, ale z facetami, którzy są od ciebie szybsi i silniejsi. Musisz myśleć jak ich ograć, a przy okazji zrobić wszystko, żeby ci nie urwali nogi. Poza tym – jak wspomniałem – nabrałem tam życiowej pokory. 30-latek mówi teraz przed meczem, że „wychodzimy panowie, warunki są jednakowe dla obu drużyn”, a 19-latek narzeka, bo mu murawa nie pasuje. Takich rzeczy się nie robi. Teraz przychodzę do klubu tylko z kosmetyczką, a wcześniej jechałem z wielką torbą, bo trzeba było zabrać ze sobą ciuchy, które potem musiałem jeszcze wyprać i wyprasować, i do tego cały asortyment. Ci wszyscy piłkarze, którzy z samą kosmetyczką chodzą od najmłodszych lat myślą, że im się to wszystko należy. A gdyby musieli przejść taką drogę, jak ja, jestem pewien, że wielu z nich by się wykruszyło.

Miałeś kompleksy, gdy pierwszy raz wszedłeś do ekstraklasowej szatni?

Miałem, ale już się z nich wyleczyłem. Trener Brosz mówił mi: „musisz w końcu poczuć się jak piłkarz!”. Jeżeli jesteś w elicie, w ekstraklasie, grasz – musisz się tak czuć. Ja, chłopak przesiąknięty niższymi ligami, czułem się trochę gorszy niż reszta. Nie chodzi o to, że za chwilę będę cwaniakował, ale złapałem sporo pewności.

Podpiszesz się pod tym, że pokora to świetna cecha, ale w nadmiarze może mocno utrudnić karierę?

Dokładnie. Pokorę trzeba mieć, ale dopiero do pewnego momentu. Kiedyś jak wszedłem do szatni Korony, zobaczyłem piłkarzy, których przed chwilą widziałem tylko w telewizji, to trochę się przeraziłem, że mam z nimi grać. A przecież to tylko Ekstraklasa, nic nadzwyczajnego. Skoro wchodzisz do szatni, to znaczy, że ktoś cię chciał i widzi w tobie potencjał. Teraz to już wiem. Patrzę na takiego Mateusza Piątkowskiego – to mój dobry kolega – i widzę, że można. Razem spadliśmy do drugiej ligi z Górnikiem Polkowice. Ja dostałem szansę w Koronie, Mateusz sobie szukał klubu. Byłem przy tym jak rozmawiał z menedżerem. Ten mówi mu: – Wiesz co, zostań w tych Polkowicach. Druga liga, chociaż będziesz grał. Ja już ci żadnego klubu wyżej chyba nie znajdę…

Myślę sobie „no fajnie, że menedżer go docenia”. Wiedziałem, że wtedy trener Podoliński szukał napastnika w Dolcanie. Zadzwoniłem, zapytałem. Przyjechał do Ząbek, pokazał się i został na dłużej. Jak się wszystko później potoczyło – wszyscy wiemy. Teraz się tylko śmieję z tych słów menedżera. Ale to dobry przykład na to, że można. Że z niższych lig, mimo paru lat na karku, można się wybić i stać się czołowym polskim napastnikiem. Tak sobie myślę, że skoro udało się jemu, a graliśmy razem i w Polkowicach, i w Dolcanie, to czemu ma się jeszcze nie udać także i mnie?

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. FotoPyK