Kiedyś, kiedy MTV było jeszcze stacją muzyczną, a nie promującą przebierańców z Pudelka, leciał tam program: „Pimp my ride”. Zwyczajni ludzie podjeżdżali jeszcze bardziej zwyczajnymi autami do warsztatu, gdzie mechanicy-magicy instalowali wszelkie wodotryski, sprzęt grający jak ze studia raperskiego i inne bajery. Generalnie – tuning pełną gębą, po którym aż chciałoby się tak odpicowanym autkiem rozbijać po ulicach Los Angeles, bo chyba tam to kręcili. Dlaczego piszemy o tym teraz? Ano dlatego, że obejrzeliśmy mecz Korony z Lechią i mamy nieodparte wrażenie, że Marcin Brosz z dala od wścibskich kamer wybrał się tam z Łukaszem Sierpiną.

Pimp the player – Sierpina po zaawansowanym tuningu

Jeśli ktoś spojrzał na naszą grafikę pomeczową, a nie oglądał tego spotkania – miał prawo się zdziwić. Bo jak to – piłkarzem meczu został Sierpina, a nie autor hat-tricka Cabrera? Tak się jednak na kieleckim torfowisku złożyło, że to skrzydłowy był głównym architektem zwycięstwa, a Hiszpan jedynie dokonał dzieła zniszczenia. Kto wie, jak spotkanie potoczyłoby się, gdyby Łukasz nie ruszył jak dzik w kierunku Maricia i nie wywalczył karnego? Niby nie pokazał nic wyjątkowego – taki sprint z wątroby to jedynie czysta ambicja, a nie jakieś wybitne umiejętności, ale… ilu w ogóle podjęłoby się tej próby? No właśnie. Dlatego to dzięki Sierpinie Korona wyszła dziś na prowadzenie.

To był jednak dopiero początek. Sierpina zaliczył „asystę”, bowiem to po jego zagraniu Marić wypluł piłkę pod nogi Cabrery, (choć tu Hiszpan – oddajmy – był na minimalnym spalonym), a potem świetnie uderzył z dystansu, piłka odbiła się od Malocy i wpadła do bramki. Powiecie, że raz do roku to i kij od miotły strzeli, ale… nie do końca. Już bowiem jesienią, kiedy Sierpinie do bólu brakowało liczb w ofensywie, widać było, że przynajmniej zaczął cokolwiek dawać. Żebyśmy nie byli gołosłowni, oto kilka wniosków z InStata:

– 12. prawy pomocnik ligi wg tzw. InStat Index

– 17. zawodnik Ekstraklasy pod względem liczby zwodów (skuteczność – 62%)

– 10. pod względem liczby podań w pole karne przeciwnika (celność – 59%)

– 13. pod względem liczby dośrodkowań (celność – 19%).

Oczywiście, że te statystyki nikogo nie zwalą z nóg ani nawet nie pozwolą na transfer do lepszego klubu. Nie o to jednak chodzi. Sam fakt, że Sierpina znalazł się w tych klasyfikacjach – a mówimy o całej lidze, czyli kilkuset piłkarzach – świadczy o tym, że… przynajmniej mu się chce i podejmuje próby wrzutek czy dryblingów. Nie umie? To prawda, że na ogół mu nie wychodzi – a kiedy wychodzi, to pewnie z przypadku – ale w tej lidze pada tak wiele goli z chaosu, że ktoś, kto przynajmniej przejawia chęci, jest na wagę złota. Dziś – i tu nie przesadzamy – ten właśnie Sierpina zagwarantował Koronie trzy punkty nad Lechią, a przecież wcześniej ten gość miał taką skuteczność jak stereotypowy student informatyki na afterparty po wyborach Miss Wenezueli.

I to – właśnie ten rozkwit Sierpiny – jest nie tylko wielkim sukcesem Marcina Brosza, ale wręcz symbolem jego pracy w Kielcach. Facet zastał skład na środek tabeli pierwszej ligi, jednak nie narzekał, tylko wycisnął maksa z niemal każdego zawodnika. A po namiary do warsztatu, w którym stuningował Sierpinę, powinni do niego dzwonić wszyscy trenerzy Ekstraklasy.

Fot. FotoPyK