Zaliczył 251 meczów w Ekstraklasie, w barwach Wisły Kraków grywał u boku Żurawskiego, Frankowskiego czy Szymkowiaka przeciwko Barcelonie, Interowi czy w pamiętnym dwumeczu Białej Gwiazdy z Realem Saragossa. Po ostatnim spotkaniu na najwyższym krajowym szczeblu został zatrzymany przez CBA, po czym zdecydował chwilowo usunąć się w cień. Dziś natomiast jest pierwszym szkoleniowcem walczącej o awans Arki. O pracy w Gdyni, trenerskich początkach i sukcesach w Pucharze Polski z Gryfem Wejherowo, dawnych czasach w Krakowie i zarzutach korupcyjnych opowiada nam w obszernym wywiadzie dla Weszło Grzegorz Niciński.

Niciński: Na boisko wchodzić nie muszę. Arkę stać na awans

***

We wrześniu 2014 roku z Arki z powodu słabych wyników zwolniono Dariusza Dźwigałę, a pieczę nad zespołem przejął pan. Był pan jednak początkowo postrzegany bardziej jako tymczasowy trener. Cóż, trochę się pan zasiedział…

Tak się stało, Darek odszedł po zremisowanym meczu z Chojnicami. Przez dwa tygodnie Arka poszukiwała nowego trenera, ja zaś w tym czasie prowadziłem zajęcia. Wygraliśmy wyjazdowy mecz w Płocku, przegraliśmy u siebie z Wigrami, potem jednak na stałe zostałem pierwszym szkoleniowcem i jestem nim do dziś. Zostałem rzucony na głęboką wodę, ale nie bałem się tego wyzwania, bo nie ukrywam, że było to wyzwanie. Myślę jednak, że udowodniłem sobie, że w przyszłości mogę być dobrym trenerem i bardzo się cieszę, że pracuję tutaj do obecnej chwili.

Jak wyglądały kulisy tego, że pan jednak został, bo mówiono też, że wkrótce może pan wyjechać z Gdyni, że być może będzie pan współpracował gdzie indziej z trenerem Dźwigałą. Czy było tak, że Arka po prostu nie dogadała się z żadnym innym szkoleniowcem?

Arka prowadziła rozmowy z innymi trenerami. Co do Darka, jest to mój bardzo dobry kolega, mamy ze sobą super kontakt i to nie jest tak, że czyhałem tylko aż powinie mu się noga. Po jego zwolnieniu rozmawialiśmy ze sobą i dalej łączą nas świetne relacje. Ostatecznie wyszło tak, że przejąłem po nim zespół na stałe.

A czy przed startem obecnej kampanii nie obawiał się pan, że może nastąpić zmiana szkoleniowca? W Gdyni zaczęto głośno mówić o awansie do Ekstraklasy, a jednak – nie ma co czarować – końcówka zeszłego sezonu dla Arki nie była wymarzona. 

Trener musi zawsze spodziewać się każdego scenariusza. Po przepracowanej zimie zeszłego sezonu potrafiliśmy momentami pokazać się z fajnej strony, jednak potem przytrafiła nam się ta feralna passa dziewięciu meczów bez zwycięstwa. Końcówka nie była udana, a ostateczne miejsce w tabeli bez cienia wątpliwości nie było zadowalające. Po sezonie trzeba było liczyć się z każdą możliwością. Prezes zaproponował mi jednak umowę na kolejny rok, ja natomiast nie bałem się jej zaakceptować. Wierzyłem, że to co robię ma sens i że wspólnie z Arką możemy zajść daleko. Działamy zgodnie z trzyletnim planem, jest cel awansu do Ekstraklasy i na tę chwilę jesteśmy na dobrej drodze. Praca, którą wykonaliśmy daje już po takim czasie jakieś efekty, co na pewno nas cieszy.

W Arce jest pan jedną z klubowych legend. Czy nie boi się pan, że ewentualne niepowodzenie może sprawić, że straci pan w oczach kibiców?

Sam sobie wybrałem taki zawód. Praca trenera jest naprawdę atrakcyjna, jeśli się wygrywa. Jeśli się przegrywa, wszystkie problemy spadają jednak na ciebie. Tak samo jest w Gdyni. Jestem wychowankiem Arki, mieszkam tu, prowadzę klub z Gdyni, więc jest to dla mnie spora nobilitacja. Mimo wszystko zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim się to podoba i nie wszystkim jest się w stanie dogodzić. Na pewno wśród części pojawiają się głosy, że jestem za słaby, że się nie nadaję. Różnie bywało w tych momentach kryzysowych, ale – tak jak wspomniałem – sam sobie taki zawód wybrałem i wierzę w to co robię. Jestem zdania, że wspólnymi siłami jesteśmy w stanie awansować na najwyższy szczebel.

Zna pan klub od podszewki, jednak ekstraklasowa Arka, z której pan odchodził, musiała sporo się różnić od tej, którą objął pan jako trener.

Oczywiście. Mamy inne czasy, minęło kilka ładnych lat. Postawionym przed nami wyzwaniem jest wyczekiwany awans do Ekstraklasy, bo tylko o tym teraz się mówi. Chcą tego zarówno kibice, jak i my sami. Przed nami kluczowe pół roku, pozycja wyjściowa jest dobra. Musimy się solidnie przygotować i spisywać się jak w końcówce jesieni, gdy nasza dyspozycja i gra były zadowalające.

Czy nie uważa pan, że ta kilkuletnia stagnacja w pierwszej lidze to efekt polityki klubu, gdy w Arkę zaczął inwestować Ryszard Krauze? Po karnej degradacji zaczęto do niebotycznych rozmiarów pompować balonik, sprowadzać piłkarzy, którzy byli bardzo sowicie opłacani, a w Gdyni w perspektywie kolejnych sezonów zaczęto nawet przebąkiwać o Lidze Mistrzów. Potem nadszedł awans wywalczony przy zielonym stoliku, wyników w Ekstraklasie też nie było, a Krauze powoli zaczął się wycofywać. Czy to wszystko do dziś nie odbija się Arce czkawką?

Dużo rzeczy się tutaj działo. Arka miała aspiracje, bogatego sponsora, ale nie udało się osiągnąć celów, które zakładano. Nie tylko Arka, ale i wiele klubów na świecie ma jakieś ambitne plany, dużo pieniędzy, lecz mimo wszystko nie jest w stanie zrealizować założeń. To już jednak odległa przeszłość. Tak było, ale trzeba zrobić wszystko, by wrócić do Ekstraklasy z tym, co mamy teraz. To może na nowo otworzyć nam wiele możliwości, czego każdy tutaj bardzo chce. Zachowujemy spokój i jesteśmy przekonani, że możemy tego dokonać.

Wróćmy do tematu Nicińskiego-szkoleniowca. W jakim stopniu do podjęcia rękawic w Gdyni przygotował pana pobyt najpierw w Orkanie Rumia, gdzie był pan grającym trenerem, a następnie w Gryfie Wejherowo? 

Wszystko bardzo szybko się potoczyło. Jestem młodym trenerem, który cały czas się uczy i nabiera doświadczenia. Wiadomo, że trzeba trochę lat przepracować. Najpierw byłem grającym asystentem trenera w Orkanie, a potem spróbowałem samodzielnej pracy w Gryfie…

… gdzie udało się zrobić coś bardzo fajnego.

Tak, pobyt w Wejherowie dał mi odpowiedź na pytanie, czy mogę okazać się dobrym materiałem na trenera. To co zrobiliśmy tam wspólnie z drużyną i działaczami, było niesamowite. Drużyna miała po rundzie jesiennej siedem punktów straty do lidera, na dodatek graliśmy w Pucharze Polski. Okazało się, że w rok jesteśmy w stanie zrobić awans do II ligi i zagrać w ćwierćfinale krajowego pucharu z Legią. Co prawda w dwumeczu okazaliśmy się gorsi, ale w Warszawie zdołaliśmy zremisować 1:1. Po drodze wyeliminowaliśmy jednak Górnika Zabrze Adama Nawałki oraz spisującą się bardzo dobrze wówczas Koronę Kielce. Przedtem pokonaliśmy także Zawiszę Bydgoszcz czy Olimpię Grudziądz. Bardzo fajnie wspominam tamten okres. Gdybym jako młody trener poszedł do Wejherowa i powiedział, że za rok będziecie w II lidze i ćwierćfinale Pucharu Polski, myślę, że wiele osób potraktowałoby podobne słowa w ramach żartu. W piłce jednak wszystko jest możliwe, na każdym poziomie. Przykład Wejherowa pokazał mi, że mam predyspozycje. Po jakimś czasie pojawiła się propozycja pracy jako asystent w Arce. Nie zastanawiałem się ani sekundy. Późniejsze losy potoczyły się tak, że dziś jestem w niej już samodzielnym trenerem. Znajdujemy się jak na razie w czołówce i sądzę, że gdzieś tam spełniają się powoli moje marzenia. Cały czas jednak będę podkreślał, że przede mną jeszcze dużo pracy i dużo nauki.

Czy sam przeskok z gry na trenerkę był szokiem? Myślał pan, że będzie łatwiej lub trudniej?

To dwie różne sprawy. Myślę, że ci szkoleniowcy, którzy także w przeszłości byli zawodnikami są w stanie to potwierdzić. Piłkarz patrzy tylko na siebie, na trening, mecz i jedzie do domu. Wszystko jest dostosowywane do niego. Trener natomiast musi patrzeć przede wszystkim na drużynę. Nie liczą się dla niego poszczególne jednostki, lecz zespół jako całość. To, żeby wszystko funkcjonowało jak należy, kosztuje sporo zdrowia i wymaga masy analiz, ale – jak powiedziałem – jest to zawód, w którym, jeśli jest wynik, wszystko wygląda bardzo fajnie, a gdy go nie ma, nadchodzą też trudne momenty.

Obserwując pana przed kamerami, a nawet podczas tej rozmowy, można odnieść wrażenie, że jest pan bardzo stonowanym człowiekiem. Jako że jest pan jak na trenera młody, to chciałbym spytać, czy to zdystansowanie, które widać na przykład podczas pomeczowych konferencji przenosi pan także na treningi czy jednak w pracy z zespołem ma pan w sobie coś z trenera-dobrego wujka? Jak wygląda pana podejście na co dzień?

W prowadzeniu zajęć z zespołem pomaga mi bez wątpliwości przede wszystkim bagaż doświadczeń zebrany podczas gry w piłkę. W drużynie jest ponad dwudziestu zawodników. Często w różnym wieku, z niektórym nawet jeszcze wspólnie występowałem. Podczas gry w piłkę miałem okazję pracować z wieloma trenerami. Na pewno od większości z nich staram się czerpać wzorce. Myślę, że w podejściu jestem normalny. Kiedy trzeba krzyknąć, krzyknę, a kiedy trzeba podejść z większą wyrozumiałością, także staram się to robić. Moi zawodnicy wiedzą, na co mogą sobie pozwolić po tym półtora roku, ja natomiast wiem, kiedy mam wkroczyć do akcji. Wykładnikiem naszej pracy w każdym tygodniu są mecze. Tylko wynik może nas obronić. Jestem stonowany i spokojny, lecz nie zawsze. Nieraz należy zareagować. Wszystko to jednak robię w dobrej wierze, ponieważ łączy nas ten sam cel.

Istnieją jakieś różnice w interakcji ze starszyzną i młodzieżą?

Nie. Wszyscy funkcjonują na równych zasadach. Każdy zasługuje na szacunek. Oczywiście, mamy dwudziestu kilku zawodników i tylko jedenaście miejsc, ale każdy walczy o swoje. Nie ma z tym jednak żadnego problemu. Wszyscy piłkarze wiedzą, że mogą przyjść do mnie z jakąkolwiek sprawą, od najmłodszego, do najstarszego. Trzeba pracować na treningu niezależnie od tego, czy ktoś ma 18 czy 35 lat. Mamy w kadrze kilku bardziej doświadczonych graczy, jak chociażby Antek Łukasiewicz, Krzysiek Sobieraj czy Paweł Abbott, którzy jednak nie mają żadnego problemu z zachowywaniem profesjonalizmu i dają przykład tego, jak należy wywiązywać się ze swoich obowiązków. Nikt im nie odpuszcza, wszyscy pracują równo, co potem przekłada się na formę sportową.

Czy w takim razie Sobieraj, z którym grał pan razem w Arce zwraca się teraz do pana per „trenerze”?

Są zasady. W szatni mówi się do mnie „trenerze” , co innego może być nieraz w prywatnych rozmowach. Zawodnicy są jednak świadomi dystansu, który musi istnieć i nikt nie stara mi się wchodzić na głowę. Wiedzą, kto wszystkim zarządza i jakie są zasady.

Jakiś czas temu rozmawiałem też z Pawłem Abbottem, którego wypytywałem o pana podejście do napastników, ponieważ pan także przez większość kariery grywał w napadzie. Paweł mówił, że rzeczywiście stara się pan im przyglądać, że często daje pan wskazówki, mówi, co zrobiłby pan tak, a co inaczej i – cytuję – „jaki to pan nie był wspaniały”.

Nigdy się nie przechwalałem na temat swojej gry, ale grałem na „dziewiątce” i zebrałem 251 meczów w Ekstraklasie. Ta pozycja jest mi bliska. Sądzę, że te moje wskazówki dobrze Pawłowi i innym służą. To specyficzna rola, w której Abbott zresztą dobrze się spełnia. Nie ma więc mowy o słabej komunikacji między mną i nim.

A nie tęskni pan za samą grą w piłkę? Nie ma pan czasami tak, że przy niekorzystnym wyniku najchętniej sam wszedłby pan na murawę i wziął sprawy w swoje ręce?

Nie ma szans. Za każdym razem powtarzam, że pogoń za młodością się skończyła. Mam 43 lata, a czas nie stoi w miejscu. Może i nieraz serce by chciało, ale organizm zaraz daje znać, że jednak nie. Ogólnie nie mam jednak czegoś takiego. Skoncentrowałem się wyłącznie na trenerce. Nawet podczas zajęć staram się stać z boku i nie brać w nich czynnego udziału. Swoje kilometry już w życiu przebiegłem, co nie oznacza, że w ogóle się nie ruszam. Czasami pogrywam w oldboyach czy jeszcze gdzieś tam indziej, ale to już wyłącznie dla czystej rekreacji.

Jeśli już poruszyliśmy ten temat, chciałbym popytać o pana karierę piłkarską. Konkretniej, chodzi mi o dosyć odległe już czasy, gdy występował pan w Wiśle Kraków. Dwa mistrzostwa Polski, Puchar Ligi, Puchar Polski, spotkania w europejskich pucharach z Barceloną, Interem, Saragossą… Przyzna pan, że to chyba najlepszy etap w pana karierze, jak pan wspomina tamte czasy?

To był zdecydowanie najlepszy okres mojej gry w piłkę. Ciężko jednak na to pracowałem. Poszedłem z Arki do Pogoni, potem do Wisły i do dziś bardzo się cieszę, że potrafiłem się w tamtej drużynie utrzymać. W Krakowie grałem blisko cztery lata i w tym czasie przewinęło się przez klub bardzo wielu znakomitych trenerów i zawodników. Raz grałem, raz nie, ale jednak utrzymać się przez cztery lata przy takiej konkurencji to było jakieś osiągnięcie. Jest to moja zasługa, ponieważ nie byłem nigdy wybitnym zawodnikiem, ale utrzymałem się i grałem w Wiśle, która była wówczas numerem jeden w kraju.

No i te europejskie puchary…

Był pamiętny dwumecz z Saragossą, były też starcia z Interem i Barceloną, w których zaznaczyłem swój akcent. Bardzo fajna sprawa, nikt mi już tego nie zabierze.

Odpala pan czasami Youtube’a, żeby powspominać tamte spotkania?

Może nie aż tak, ale nieraz z chłopakami jeszcze, jak się spotykamy, to o tych meczach rozmawiamy, bo to naprawdę były bardzo udane lata. Mieliśmy bardzo fajny zespół zarówno pod względem piłkarskim, jak i czysto ludzkim. Wszyscy bardzo dobrze wspominają tamte wydarzenia. Byliśmy zżyci, co przekładało się potem na wyniki.

Paczkę rzeczywiście mieliście wtedy niezłą… Żurawski, Frankowski, Kosowski, Głowacki…

Przez tamtą Wisłę rzeczywiście przewinęło się wielu świetnych zawodników. To też w dużej mierze dzięki temu, że mieliśmy bogatego sponsora, pana Cupiała. Pamiętam, że na moim pierwszym obozie, za trenera Wojciecha Łazarka, było nas 44. Ten zespół stale się kształtował i później bardzo dobrze funkcjonował.

Nie dziwi pana, że gracze, którzy naprawdę wydawać by się mogło mieli papiery na poważne granie poza Polską, za granicą ostatecznie nie zrobili jednak wielkiego szału?

Był Maciek Żurawski, który przeszedł do Celtiku i kilku innych, jednak tamta Wisła to był raczej zespół, do którego inni wracali z zagranicznych lig. Był Ryszard Czerwiec, który przyszedł do nas z Guingamp, byli także Grzegorz Kaliciak z belgijskiego Sint-Truidense czy Kazimierz Węgrzyn z SV Ried. Wówczas to Wisła ściągała graczy z zagranicznych klubów. Mieliśmy w swoich szeregach naprawdę wiele gwiazd.

Utrzymuje pan do dziś kontakt z kimś z tamtej paczki czy każdy poszedł w swoją stronę?

Nie no, sporo tych znajomości przetrwało. Jest Bodzio Zając, z którym robię kurs UEFA Pro, jest Olo Moskalewicz, Tomek Frankowski, Kamil Kosowski… Jest wiele osób, z którymi podtrzymuję relacje. Jeszcze Grzesiu Pater, Mirek Szymkowiak… W miarę możliwości staramy się spotykać, czy to przy jakichś turniejach, meczach czy też z innych okazji. Dzwonimy do siebie czasami, żeby poprosić o jakąś radę czy żeby najzwyczajniej w świecie powspominać: „ale to były dobre czasy!”.

W Wiśle zetknął się pan także z kilkoma szkoleniowcami o znanych nazwiskach. Chodzi mi głównie o Adama Nawałkę, Franciszka Smudę i Oresta Lenczyka. Jakie było pana pożycie z nimi? Z którym współpracowało się panu najlepiej?

Na początku zaznaczę, że do Wisły ściągał mnie z Pogoni Szczecin inny świetny fachowiec, pan Wojciech Łazarek. Potem był dwa razy trener Smuda, dwa razy Nawałka, raz Lenczyk. Bardzo dobrze każdego z nich wspominam. Smuda zrobił z Wisłą pierwsze mistrzostwo od dwudziestu lat. Nawałka jest dziś przecież selekcjonerem, Lenczyk także był świetnym szkoleniowcem. Z „Nestorem” pracowałem jeszcze najpierw w Pogoni Szczecin, dopiero potem objął on Wisłę. Na żadnego z wymienionych nie dam powiedzieć złego słowa. Każdy z nich mi pomógł.

Pomyślałby pan wówczas, że Smuda czy Nawałka po latach obejmą reprezentację?

Na pewno byli to topowi trenerzy. Smuda dostał kadrę na EURO, Nawałka awansował na turniej we Francji. Od zawsze byli bardzo dobrzy i nie dziwi mnie, że potem trenowali reprezentację.

Został w panu po takim czasie jakiś sentyment do Wisły?

Każdy klub, w którym występowałem pomógł mi zaistnieć jako piłkarzowi. Wszystkie te zespoły są mi gdzieś bliskie. Arka, Pogoń, Wisła, GKS Katowice, Zagłębie Lubin, Orkan, Gryf… Zawsze staram się śledzić ich losy. Jest sentyment, ponieważ w trakcie przygody z piłką każda z tych drużyn bardzo mi pomogła.

Nie boli więc pana to, co dzieje się z obecną Wisłą?

Każdy ma swoje lepsze i gorsze momenty. Miejmy nadzieję, że Biała Gwiazda wkrótce wróci na właściwe tory, stanie się na nowo jedną z drużyn czołówki Ekstraklasy i będzie się biła o mistrzostwo kraju. Tego im życzę.

Następnie trzy i pół sezonu w Zagłębiu i powrót do Arki, czyli klubu z którego wypłynął pan na głęboką wodę.

To była duża odpowiedzialność. Przez dwanaście czy trzynaście lat grałem poza Gdynią, a mój powrót zbiegł się akurat z jej awansem do Ekstraklasy. Fajna sprawa wyjechać z Arki w wieku 21 lat i wrócić w wieku bodajże 33. Coś niesamowitego. Mimo wszystko zdawałem sobie sprawę, że będzie to spore wyzwanie, że oczekiwania są wysokie, ale nie bałem się tego. Graliśmy na najwyższym szczeblu, potem spadliśmy, potem znowu awansowaliśmy… Można powiedzieć, że to było zwieńczenie mojej kariery. Rzadko się zdarza, że zawodnik wyjeżdża a potem wraca do tego samego klubu po kilkunastu latach i gra w nim w najwyższej lidze. Wyjeżdżałem z Arki drugoligowej, a wróciłem do ekstraklasowej. Żałuję tylko, że nie było mi dane zagrać na nowym stadionie.

Właśnie tak to pan sobie wymarzył, gdy opuszczał Gdynię?

Wiedziałem, że na pewno wrócę do Gdyni, bo to przepiękne miasto, w którym chce się mieszkać. Będąc w Szczecinie, Lubinie czy Krakowie, zawsze byłem pewien, że w końcu wrócę na stare śmieci, ale nie spodziewałem się, że zagram w Arce w Ekstraklasie. Wszystko bardzo fajnie się potoczyło.

Rozmawiając z panem, nie można jednak uniknąć tematu tego zatrzymania przez CBA po pana ostatnim spotkaniu w barwach Arki przeciwko Zagłębiu Lubin…

Ja nie uciekam od tych tematów. Nie są to fajne sprawy. Chodziło o grzechy, które popełniłem w 2003 czy 2004 roku. Proceder korupcyjny był w naszym kraju daleko posunięty, zaangażowanych w niego było bardzo dużo osób. Ja już swoje odcierpiałem, poniosłem karę i mam nauczkę do końca życia, takie jest życie. Nie będę się wybielał. Poniosłem konsekwencje i można powiedzieć, że dostałem drugą szansę od piłki, którą próbuję wykorzystać. Będę starał się pracować jak najlepiej. Z tamtych czasów pozostała jakaś rysa, ale nie jestem jedynym, który w tym uczestniczył. To już jednak poza mną i – jak wspomniałem – pozostała mi nauczka do końca życia.

Uważa pan, że ta rysa po kilku latach jest już mniejsza?

Na pewno jest mniejsza, ale nie da się wymazać tego, że kiedyś w czymś uczestniczyłem. Było to 13 lat temu, ale stało się i trzeba z tym żyć. Chcę być trenerem, dostałem drugą szansę, a konsekwencję dawnych błędów już poniosłem. Z korupcją nigdy nie będę miał już styczności.

Ale tak szczerze, nie spodziewał się pan wtedy, że przy tak szeroko zakrojonej akcji w końcu się do pana dobiorą? 

Cały proceder działał na wielką skalę. W Lubinie brałem w nim udział i zostałem zatrzymany, podobnie jak dużo innych osób, które także w nim uczestniczyły. Nie byłem w tym sam. Mogę tylko powiedzieć, że było to coś niedobrego, ale podkreślam, że już odciąłem się od tego grubą kreską i bardzo się cieszę, że mogę się realizować jako trener.

Zmierzałem bardziej też do tego, żeby spytać, czy nie przeszło panu przez myśl, żeby dobrowolnie się zgłosić do prokuratury, bo w ten sposób można było uniknąć nagłówków o zatrzymaniu Grzegorza N.

Z pewnością. Dużo mnie ta cała sytuacja nauczyła, była to też dla mnie próba mojej psychiki. Najpierw zatrzymanie, a potem trzeba z tym żyć. To nic łatwego. Po tym zajściu nie chowałem się jednak, wyszedłem od razu do ludzi. Nie byłem w klubie sam, jednak na pewno niczym przyjemnym nie jest, gdy zatrzymują cię w świetle reflektorów. Rysa zostanie, ale nie chcę o tym już myśleć. To było dawno temu, obecnie staram się robić wszystko, by jak najlepiej móc funkcjonować w polskiej piłce.

Po zatrzymaniu zrezygnował pan z gry w Arce i usunął się w cień. Czy psychicznie długo dochodził pan do siebie?

Na pewno nie jest to łatwe. Rzeczywiście troszeczkę usunąłem się w cień, ale w końcu nikogo przecież nie zabiłem. Mam prawo normalnie funkcjonować, a każdy zasługuje na drugą szansę. Dlatego po Orkanie zostałem samodzielnym trenerem Gryfa, odcierpiałem nieuniknioną dyskwalifikację, a potem na nowo czysta karta i praca w Arce. Mam nadzieję pracować tu jak najdłużej, bo konkurencja wśród trenerów jest duża. Z tą pracą naprawdę jest nieraz ciężko, ja na szczęście ją mam w bardzo dobrym klubie i chcę się w niej utrzymać, ile tylko się da. Tylko wyniki przemawiają za trenerem.

Rozmawiał JANUSZ BANASIŃSKI

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments