Od szydery, po przyśpiewki na jego cześć. Od czwartej ligi angielskiej, do polskiej ekstraklasy. Większość życia spędził na Wyspach Brytyjskich, choć jak sam przyznaje w Polsce mu lepiej. O swojej identyfikacji z Polską, wieloletniej przygodzie w Anglii, starciu z piłkarską rzeczywistością w naszym kraju, dawnych czasach i Turbokozaku opowiedział nam napastnik Arki Gdynia, Paweł Abbott.

Skompromitowałem się w Turbokozaku. Trzeba to wziąć na klatę

PRUSZKOW 06.09.2015 MECZ 7. KOLEJKA I LIGA SEZON 2015/16 --- POLISH FIRST LEAGUE FOOTBALL MATCH: POGON SIEDLCE - ARKA GDYNIA 2:2 PAWEL ABBOTT FOT. PIOTR KUCZA/NEWSPIX.PL --- Newspix.pl

Urodziłeś się w Anglii, tam spędziłeś większość kariery i ogólnie większość życia. Powiedz mi, jaki jest twój stopień identyfikacji z Polską i Anglią. Postawiłbyś między oboma krajami znak równości czy jednak z którymś z nich utożsamiasz się bardziej?

Nawet kiedy wyjeżdżałem z Polski, by grać w Anglii, zawsze powtarzałem, że czuję się lepiej w Polsce i że dążę do tego, by – prędzej czy później – wrócić. Jakoś lepiej mi tutaj.

A jeśli chodzi o aspekty czysto piłkarskie, czujesz się owocem polskiej czy brytyjskiej myśli szkoleniowej? W piłkę zaczynałeś grać na Wyspach, potem trafiłeś do Polski, gdzie w czasach nastoletnich grywałeś w juniorach Kujawiaka, Włocłavii, zadebiutowałeś w Ekstraklasie w młodym wieku w barwach Łódzkiego KS. Sportowo wychowałeś się tutaj czy w Anglii?

Występowałem także w Łokietku Brześć Kujawski, trzeba to podkreślić! Tak czy inaczej, myślę, że bliżej mi do angielskiego stylu. Jestem typową dziewiątką, a tego rodzaju zawodników najwięcej jest właśnie w Anglii. Grałem tam raczej w tych niższych ligach, gdzie w każdym zespole potrzebują przede wszystkim rosłego napastnika. W Łodzi podpisałem profesjonalny kontrakt i występowałem w ŁKS przez rok czy półtora, następnie wyjechałem na Wyspy i spędziłem tam ponad dziesięć lat. Szkolono mnie na dziewiątkę, która musi dobrze grać tyłem do bramki, wygrywać pojedynki główkowe i – co najistotniejsze – strzelać gole.

Jakie są twoje wspomnienia z etapu w ŁKS? Zaliczyłeś kilka meczów w Ekstraklasie i wyjechałeś. Powiedziałeś sobie, że twój pobyt w Polsce mija się z celem, może chodziło o sprawy bardziej osobiste?

Nie, nie. Pod koniec pobytu w Łodzi Dawid Ptak powiedział mi, że jest w Anglii klub, który wyraża mną zainteresowanie i chciałby mnie sprawdzić. Kraj miał tu duże znaczenie. Gdyby chodziło o inny kierunek, być może bym się zastanawiał, ale można powiedzieć, że Anglia to też mój drugi dom. Mieszkałem tam od urodzenia do jedenastego roku życia, wiedziałem więc, że nie miałbym problemów z językiem czy aklimatyzacją. Dlatego postanowiłem spróbować, no i… już zostałem.

Siedziałeś tam kupę lat w niższych ligach. W Polsce niektórzy kibice cię kojarzyli, wiedzieli, że gdzieś tam istnieje ktoś taki jak Paweł Abbott, że coś strzela, ale byłeś traktowany tu bardziej jako ciekawostka.

Nie wiem, jak mnie kojarzono, ale wiadomo, że jak ktoś lubi angielską piłkę, interesuje się Premiership, a nie League One. Zdaję sobie z tego sprawę. Najwyżej grałem w Championship, do Premier League było mi daleko. Jestem świadomy, że większość kibiców nawet nie widziała w życiu meczu na niższym szczeblu.

Czułeś się tam w pełni profesjonalnym piłkarzem? Jak wyglądają tamtejsze realia?

Dwa sezony spędziłem nawet w czwartoligowym zespole. Jeśli chodzi jednak o stopień profesjonalizmu, spokojnie można to porównać z Ekstraklasą. Wszystko jest, niczego nie brakuje. Pierwsze cztery szczeble są profesjonalne, chyba nawet już piąty. Nie wiem, jak wygląda to teraz w większości drużyn w Polsce, ale mieliśmy tam w klubie śniadania, obiady, siłownia na miejscu, sprzęt zawsze gotowy. Nie było grzebania, szukania getrów czy koszulki z twoim numerem. Wszystko miałeś podane na tacy. W Anglii jesteś od grania, niczym nie musisz się przejmować. Masz tylko wyjść na trening i dobrze wypaść w meczu.

Trochę tych klubów obskoczyłeś. Czy grałeś z kimś lub przeciwko komuś, kto z niższych lig zdołał przebić się na najwyższy szczebel?

Był Gary Taylor-Fletcher, który w barwach Leicesteru miał okazję zagrać w Premier League, występowaliśmy razem w Huddersfield. Był też Jonathan Walters, którego potem wzięło Stoke, gdzie sobie spokojnie radzi i grywa też dla reprezentacji Irlandii. Jeśli spisujesz się wystarczająco dobrze w niższych ligach, nie ma problemu z tym, żeby potem zaistnieć w Championship czy nawet w Premier League. W Anglii – mam wrażenie – łatwiej przedostać się z niższego szczebla na wyższy.

Tobie natomiast najlepiej szło w Huddersfield. Po internecie krąży nawet filmik z fanami skandującymi podczas imprezy twoje imię, co zresztą potem podchwycili kibice Arki. Myślisz, że mógłbyś dziś się wybrać do knajpy w Huddersfield bez portfela?

Nie wiem, czy by mnie teraz rozpoznali. Na razie nie było okazji, by wrócić, choć planuję pojechać tam tej zimy. Wtedy się dowiem, jak to będzie (śmiech).

Czyli portfel na wszelki wypadek weźmiesz.

Tak, na wszelki wypadek tak. Z żoną jadę, więc będę musiał (śmiech).

Czułeś się tam lokalną gwiazdą? Byłeś kochany przez kibiców?

Tak, tak, chociaż nie powiedziałbym, że czułem się gwiazdą. No ale miło było, bo szedłeś ulicą i zawsze ktoś cię rozpoznawał, porozmawiał, pogratulował. No i ta wspomniana przyśpiewka też jest jakąś tam fajną sprawą, która mnie cieszyła. Koniec końców, zobaczymy, czy ktoś o mnie pamięta, bo – wiadomo – piłka ma krótką pamięć. Nie zagrasz przez pół sezonu i nawet we własnym klubie mogą już o tobie zapomnieć, a co dopiero po upływie takiego czasu. No ale zobaczymy, też jestem ciekaw.

Kontynuując temat przyśpiewki, zdziwiło cię, że w Gdyni ktoś zdołał odszukać ten filmik? Trybuny zaczęły ją nawet intonować po twoim golu z Rozwojem Katowice. 

Trochę mnie to zaskoczyło, ale było to miłe zaskoczenie. Nie wiem, czy palców nie maczał w tym Michał Nalepa, bo to on zawsze odnajduje wszystkie te przyśpiewki i siedzi ciągle na YouTubie. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że to on to puścił dalej.

W końcu wróciłeś do Polski. Jakie były tego powody? Znudziło ci się granie w niższych ligach angielskich? Chciałeś się pokazać szerszej publiczności w Polsce? Jak to było, bo przecież w Ruchu na pewno nie mogłeś liczyć na komin płacowy?

Tak, jak wspomniałem na początku – powtarzałem, że kiedyś chciałbym wrócić. Pojawił się sygnał od menedżera, że jest kilka polskich klubów, które byłyby mną potencjalnie zainteresowane. Zgodziłem się. Padło na Ruch, w którym pobyt mile wspominam. Z perspektywy czasu, być może trochę za wcześnie wróciłem, ale na pewno nie żałuję decyzji.

Mówisz, że za wcześnie wróciłeś, ale czego tak naprawdę się spodziewałeś po powrocie? Że będzie łatwiej, trudniej? Miałeś co prawda za sobą przygodę w Ekstraklasie, ale podejrzewam, że miałeś również świadomość tego, że przez tyle lat w Polsce sporo się zmieniło. 

Sam nie wiedziałem, czego mogę oczekiwać. Ja jednak ogólnie nie obawiam się wyzwań. Na początku rzeczywiście była to kompletnie inna piłka, trudno było mi się odnaleźć. Przez pierwsze pół roku w Chorzowie bardzo słabo to wyglądało.

Czyli myślałeś, że będzie łatwiej?

Myślałem, że będzie trochę inaczej. Na szczęście w drugim sezonie poszło mi lepiej. Dziesięć lat poza krajem to kupa czasu i tak naprawdę nie wiedziałem, jak bardzo zmieniła się polska liga. Moje doświadczenie z Ekstraklasy w ŁKS też nie było zbyt bogate, bo po sezonie spadliśmy.

Nie czułeś rozczarowania po przygodzie w Ruchu? Strzeliłeś sześć bramek, może nie jest to wymarzony wynik, ale też daleki od tragedii. Nie było ci trochę szkoda, że jednak nie udało ci się zaczepić na dłużej w Ekstraklasie i musiałeś zejść ligę niżej?

Miałem nadzieję, że coś jednak w Ekstraklasie znajdę, bo nie miałem tak złego sezonu, ale Maciek Jankowski i Arek Piech wystrzelili i trudno było z nimi wygrać rywalizację. Cieszyłem się więc gdzieś z tych sześciu goli. Sądzę, że gdy pojawiałem się na murawie, wnosiłem coś do drużyny. Myślałem, że dalej uda się w jakiś sposób pozostać na najwyższym szczeblu. Życie jednak pokazało… (śmiech)

Czyli nie było konkretnych ofert z Ekstraklasy?

Nie, nie. Tak naprawdę nie było żadnych, nie ma co oszukiwać. Może za bardzo uwierzyłem w siebie po sześciu bramkach (śmiech). No ale trafił się szykujący się do awansu Zawisza. Trzeba było zejść niżej, ale udało się awansować.

Przez pewien czas byłeś tam jednak na zesłaniu w rezerwach.

Posunięcie to zostało dokładnie przedyskutowane z Tarasiewiczem. Wracałem akurat po kontuzji i trener po prostu zakomunikował mi, że potrzebuje piłkarzy przygotowanych w stu procentach. Doskonale to rozumiałem. Będzie sto procent, wracasz do składu.

Nie zostałeś więc oddelegowany karnie.

Tak mi się wydaje. Po rozmowie z trenerem nie odebrałem tego jako karę, bo gdy byłem już w pełni dyspozycji, zacząłem znowu normalnie trenować z pierwszą drużyną.

Awansowaliście do Ekstraklasy, byłeś drugim najlepszym strzelcem ligi na zapleczu i przyszła poważna kontuzja. Uważasz, że gdyby nie ona, nie musiałbyś znowu schodzić niżej?

To wszystko takie gdybanie. Tak samo jak po pobycie w Ruchu pomyślałem, że na pewno coś znajdę, tak samo mógłbym teraz pomyśleć, że na pewno bym został w Ekstraklasie. Życie pokazuje, że nie można być zbyt pewnym tego, co się wydarzy. Po ciężkim urazie chciałem chociaż, by w pierwszej lidze coś się znalazło. Realia w polskiej piłce się zmieniły, budżety maleją, trudniej gdzieś się zaczepić. Trochę się martwiłem, myślałem, że może być ciężko.

Wtedy rękę wyciągnęła do ciebie Arka. Miałeś inne opcje z tego samego poziomu rozgrywkowego? Po ciężkiej kontuzji twoja forma była zagadką.

Rozmawiałem z dwoma czy trzema klubami, z jednym z nich przerwaliśmy negocjacje. Gdy dowiedziałem się o Arce, była ona moim pierwszym wyborem. Mamy od dawna mieszkanie w Trójmieście, jeszcze gdy grałem w Anglii, był plan, by tutaj wrócić, zamieszkać i powoli układać sobie życie po zakończeniu kariery. Dlatego cieszyłem się, że akurat Arka wyciągnęła do mnie pomocną dłoń i dała mi szansę po długiej przerwie spowodowanej kontuzją.

Twój pierwszy sezon w Gdyni nie był zbyt udany. Przez pewien okres także występowałeś w rezerwach, w okolicach grudnia zeszłego roku zakomunikowano ci natomiast, że możesz szukać nowego pracodawcy. Patrząc na końcówkę pobytu w Zawiszy i późniejszą sytuację już w Arce, nie przeszło ci przez myśl, że może jednak czas się spakować i wracać do Anglii? 

Była nawet taka możliwość, ponieważ dostałem zaproszenie na testy od jednego klubu z Wysp. Kiedy w Arce powiedziano mi, że mogę rozglądać się za czymś nowym, byłem już gotowy lecieć do Anglii, ale pojawiły się formalne przeszkody i ostatecznie nie wyszło. Przez zimę też myślałem, że to już być może koniec, że trzeba się z tym pogodzić. Miałem ludzi, którzy mnie wspierali i mówili, że nic nie jest stracone, że na pewno pokażę się jeszcze z dobrej strony, że trzeba walczyć. Trener Niciński w końcu zadzwonił i poinformował mnie, że jednak da mi szansę, ale muszę zdecydowanie poprawić formę.

Nie miałeś wrażenia, że zostałeś w Gdyni, ponieważ zarząd zwyczajnie nie zdołał zakontraktować nikogo na twoje miejsce i ostatecznie dyrekcja doszła do wniosku, że już lepiej Abbott niż nikt?

Dzięki.

Nie no, ale tak szczerze.

Żartuję przecież. Tak było, ale podobało mi się to, bo otwarcie mi to powiedziano, nikt nie bawił się w ściemnianie. Wolę taką gorzką prawdę niż słodkie kłamstwo.

I odpaliłeś. Odpaliłeś mimo że mało kto się tego spodziewał. Jeszcze na początku tego sezonu spotykałeś się z krytyką, a po pierwszej rundzie okazuje się, że jesteś najlepszym strzelcem drużyny i wyprzedzasz na przykład Marcusa, którego wielu typowało na gwiazdę ligi. Masz cichą satysfakcję z powodu tego, że udowodniłeś, iż nie warto było cię przedwcześnie skreślać?

Myślę, że jeszcze nic nie udowodniłem, bo uważam, że powinienem więcej pokazać, przede wszystkim powinienem strzelać więcej bramek. Po cichu jest mi jednak fajnie, bo chociaż nie wyzywają (śmiech). Ta krytyka też mi nie przeszkadza. Zdaję sobie z niej sprawę i ją akceptuję.

Słyniesz ze sporego dystansu do siebie. To też pewnie ci w jakiś sposób pomaga. 

Dokładnie, myślę, że to mi rzeczywiście pomogło. Wiem, na co mnie stać, wiem, że nie jestem jakimś wirtuozem. Tak samo jednak wiem, ile mogę dać drużynie i czego mogę od siebie wymagać. Zazwyczaj jestem swoim największym krytykiem, choć często, gdy siedzę przy obiedzie z rodziną, powtarzają mi – jak to rodzina – że przecież byłem najlepszy (śmiech).

Jak układa się twoja współpraca ze szkoleniowcem Grzegorzem Nicińskim? Oglądając jego konferencje, można odnieść wrażenie, że to zdystansowany facet, który ponadto ma famę trenera krótko trzymającego swoich piłkarzy. Pytam cię o to, bo Niciński też w przeszłości był napastnikiem.

Niciński często powtarza mi właśnie to, że grał w ataku. Na treningu czasami, gdy coś pójdzie nie tak, zawsze podpowie, mówi, jak on by to zrobił, jaki on nie był wspaniały (śmiech).

Są to bardziej relacje koleżeńskie czy też istnieje jakiś wyczuwalny dystans, jaki podejrzewam, dzieli jego i młodszych zawodników?

Jest tak, że trener goni akurat bardziej tych starszych. Tak jak mówiłeś – trzyma krótko. Czasami też jednak pożartujemy, kiedy nadarzy się ku temu odpowiednia pora. Jak trzeba krzyknąć czy kogoś przyprowadzić do porządku, nie waha się tego zrobić. No ale pożartować tak czy siak też się z nim da.

Powiedz mi, czy Niciński każe ci czasami strzelać na treningach wolne?

(śmiech)

Wiesz, do czego zmierzam?

Tak, wiem. Nie, nie, nie każe.

Nie jesteś – przykładowo – w pierwszej trójce czy piątce wykonawców?

Nie, nie…

Nie chcę cię aż tak nękać, bo kiedyś w wywiadzie dla Weszło już się w tej sprawie wypowiadałeś (TUTAJ), ale po prostu ciekawi mnie, czy w Arce też ktoś o tym Turbokozaku pamięta i czy również zostaje po treningach strzelać wolne „a la Abbott”, jak robił to kiedyś w Zawiszy Jakub Wójcicki.

Do pewnego czasu chyba tego nie widzieli. Dopiero potem – wydaje mi się – Kuba Miszczuk nie wiem, gdzieś to wyczaił. Mówiłem sobie: „Jest dobrze, nikt raczej nie wie, nie będę się z tym wychylał”. I nagle Kuba mówi: „O, oglądałem Turbokozaka z tobą”. No to fajnie!

Niepotrzebnie rozdrapałem stare rany?

No właśnie… Nie no, przecież też to oglądałem i śmiałem się z tego. Żartowałem sobie, że i tak z dziesięciu prób wzięli trzy najlepsze. No trochę się skompromitowałem, ale trzeba to wziąć na klatę.

Przyjąłbyś jeszcze raz zaproszenie?

Nie (śmiech). Bez wolnych najwyżej.

Teraz i tak zamiast wolnych rozwieszają na bramce płachtę z dziurami.

A jest jakiś otwór na ziemi?

Jest coś po bokach kilkanaście centymetrów nad murawą. 

A, to szkoda… Żeby było coś równo z ziemią, może by jedna wpadła… Ogólnie przez Turbokozaka zrezygnowało ze mnie kilka klubów. Mówili mi: „Niestety, widzieliśmy Turbokozaka”. Oczywiście żartuję.

Wróćmy do tematu Arki. W Gdyni uchodzisz za dobrego ducha zespołu. Kto oprócz ciebie dba w szatni o atmosferę? Z kim najlepiej się dogadujesz?

Świetnie rozumiem się z Kubą Miszczukiem, bo także lubi pożartować. Ale i Michał Nalepa  mimo młodego wieku bardzo dobrze potrafi zadbać o odpowiedni humor w szatni…

Nie ma więc jakichś komunikacyjnych barier między starszyzną i młodymi? Obecna Arka jest mieszanką młodości i doświadczenia. Z jednej strony mamy Michała Nalepę z rocznika 1995 czy rok starszego Michała Marcjanika, z drugiej – jesteś ty, Antoni Łukasiewicz czy Krzysztof Sobieraj, który z trenerem Nicińskim wspólnie grał w barwach Arki w Ekstraklasie.

W dzisiejszych czasach już tego nie ma. Młodzież i starsi są sobie równi. Potrafią odpyskować. Kiedy ja zaczynałem, to było to nie do pomyślenia.

Wchodziłeś jako świeżak do szatni Łódzkiego Klubu Sportowego i zastanawiałeś się, czy starszyzna poda ci rękę?

Tak było. Wdrażałeś się do zespołu i poznawałeś piłkarzy, których mogłeś oglądać dotąd jedynie w telewizji, a nagle z nimi trenujesz, przebierasz się w jednej szatni. Był to jakiś stres, ale nawet teraz gdyby doszedł do nas ktoś z juniorów, początkowo odczuwałby tremę. W Łodzi po pół roku nie przeszłoby mi jednak przez myśl, by odpyskować. Nie przeszkadza mi jednak to, jak wygląda to teraz. Jestem zdania, że już nawet nie tylko w piłce te granice gdzieś się zacierają. Może niektórym jeszcze się to nie do końca podoba, bo gdy stawali się częścią zespołu musieli mówić innym per „pan”, a tu młody przychodzi i jeszcze pyskuje…

I na dodatek nie chce nosić sprzętu.

Pod tym względem nie ma akurat problemów. Sami się organizują i o to dbają. Myślę, że dzieje się tak nie tylko w Gdyni, ale i w każdym innym klubie.

Co według ciebie może stanowić wasz główny argument w walce o awans do Ekstraklasy? 

Drużyna. Nie mamy dwóch czy trzech zawodników, którzy muszą ciągnąć wózek w pojedynkę. Każdy dokłada swoją cegiełkę, dobrze ze sobą współpracujemy jako zespół.

Jak na piłkarza nie jesteś najmłodszy. Masz już plan na życie po zakończeniu przygody z piłką?

Albo menedżer, albo trener, no bo co mi innego zostało? A tak na poważnie, nie wiem, czy zostanę przy piłce, bo szkoleniowiec ma jednak o wiele więcej roboty. Będąc zawodnikiem, przychodzisz, przebierasz się, trenujesz, myjesz się i jedziesz do domu. Trener musi natomiast przygotować plan zajęć, przeprowadzić je, dokonać analizy… Myślałem też o otwarciu wraz z bratem, który trenuje młodzież w Brześciu Kujawskim, szkółki piłkarskiej. Działałem już nawet w tej sprawie w Urzędzie Miasta i wszystko wydaje się być na dobrej drodze. Na razie jednak jeszcze sam gram, a pakując się w podobne przedsięwzięcie, wolałbym nad nim czuwać i móc w stu procentach się w nie zaangażować. Tak, żeby miało to ręce i nogi. Mój syn jeździ czasami na różne turnieje i widać, że niektóre drużyny są, bo po prostu są. Poświęcając się czemuś takiemu, chciałbym, żeby jakoś to wyglądało.

Jest coś, czego w swojej karierze żałujesz? Uważasz, że mogłeś podjąć po drodze w którymś momencie jakąś lepszą decyzję, że nie wykorzystałeś którejś szansy?

Różnie można na to spojrzeć. Ktoś może na mnie popatrzeć i powiedzieć, że grałem przecież w Ekstraklasie i wycisnąłem maksimum. Kiedy już zastanawiam się nieraz, co by było, gdyby, to myślę o transferze z Huddersfield do Swansea. Nie do końca byłem przekonany, czy chcę tak naprawdę zmieniać klub. Jak już tam trafiłem, to też być może zbyt pochopnie podjąłem decyzję o odejściu po pół roku. Mogłem zostać dłużej albo w Huddersfield, albo w Swansea, by jednak powalczyć o miejsce w składzie. Do klubu przyszedł Roberto Martinez, który po wakacjach poinformował mnie, że daje mi wolną rękę w poszukiwaniu nowej drużyny. Czyli sytuacja podobna jak w Arce, w której koniec końców zostałem i podjąłem rękawice. Wtedy mogłem zrobić tak samo. Szczególnie, że Swansea awansowało później do Championship. Najwyżej odpalili by mnie po kolejnym awansie. Martinez mówił mi zresztą, że jeśli nic nie znajdę, mogę zostać i walczyć o plac.

Rozmawiał Janusz Banasiński